BEZ HISTORII

Aktualnie żyjemy w codzienności bez historii. Każdy dzień wydaje się być jednakowy, nudny, nijaki. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie z monotonią, jednostajnością i szarością, przez co poddaje się i przestaje walczyć. Nieustannie też poszerza się grono ludzi wyklinających każdy dzień. Stajemy się coraz wrażliwsi na własne emocje i uczucia, coraz bardziej stęsknieni interakcji, coraz delikatniejsi wobec dotyku obecności kogoś obok.

W myślach nieustannie prosimy o zmianę.

Pragniemy, by, na nowo i też ponownie, wydarzenia w naszym życiu były kreślone także przez innych. Perspektywa samorealizacji, która pojawiła się w czasie izolacji, szybko spaliła na panewce. Chwilowe zachłyśnięcie się większą ilością czasu, wynikającą z wyeliminowania dojazdów, możliwością siedzenia cały dzień w dresie lub piżamie i opcją nieruszania się na więcej niż kilka metrów od łóżka, by wypełniać swoje obowiązki, szybko przeminęło i oklapło. Pozornie błogie odetchnięcie od tłoku prawie natychmiast zmieniło kurs naszych pragnień. Spowolnienie rzeczywistości, o którym tak często, może, kiedyś marzyliśmy, trwało na tyle długo i było na tyle skuteczne, że codzienność wytraciła jakikolwiek pęd. Przeciągająca się stagnacja i codziennie rosnąca pozorna bezwładność, powoduje, że coraz trudniej jakkolwiek poruszyć, od wewnątrz, układ, by zaczął się toczyć. Wołamy o tę zewnątrzną siłę, która, w końcu, wyrwie nas z tego stanu zawieszenia i na nowo wprowadzi świat w ruch.

Możliwości pochylenia się na dłużej nad pasją, szansa odkrycia nowych obszarów do rozwoju czy sposobność efektywniejszego poszerzania wiedzy, okazała się niezadowalająca. Mimo ławtych do zaobserwowania rezultatów, jest w nas pozostawione głębokie i dojmujące poczucie niepełności. Piękno odkrywania, poznawania, działania niesie ze sobą potężny brak i głuche pustkowie.

Apatia w społeczności. Bo nie ma teraz: słowa „my”, zaimka „nas”, przysłówka „razem”, czasownika „współpracować”, rzeczywistości „jestem obok”.

Możemy dostrzec, że historie naszych dni są pisane przez wydarzenia przesiąknięte zmianami otoczenia i, co najważniejsze, wypełnione, przewijającymi się przez nasze życie, ludźmi. Chcemy pisać całkiem nowe opowieści, w których spotykamy siebie nazwajem. Będziemy diametralnie różni od tych, którymi byliśmy przed pandemią, ale we wszystkich pozostanie coś stałego: pragnienie odkrycia, co to znaczy być człowiekiem.

Ewolucyjnie przetrwaliśmy, bo potrafiliśmy działać razem. Znani sobie lub nie, lubiani przez siebie lub czujący do siebie wstręt, spodziewający się po sobie jakichś cech lub kompletnie zaskoczeni osobowością drugiego człowieka, gotowi na zaufanie lub stroniący od bliższych interakcji. My wszyscy, skryci i cisi introwertycy czy głośne i pewne siebie dusze towarzystwa, widzimy, że, bez siebie nazwajem, nie radzimy sobie. Potrzebujemy siebie.

Po sobie widzę, że chociaż mam motywację, by zastąpić różnymi rzeczami i działaniami to, czego mi brakuje z powodu ograniczonych interakcji, to jednak nie potrafię odaleźć głębszego sensu w swoich inicjatywach. Dochodzę też do wniosku, że nasze pasje nie są tak egoistyczne, jak mogły się kiedyś wydawać. Wszystkie przeżywane chwile powinny być, w odpowiednich proporcjach, dzielone z właściwymi osobami. Część z nich ma swoje miejsce na dnie serca i odkrywane są jedynie w chwilach samotności, tylko przed samym sobą. Jakiś ułamek naszej historii cechuje się byciem widocznym dla każdego. Pewien komponent z wydarzeń powinien być opowiedziany znajomym. Inne ogniwo prawdy o nas powoli, warstwa po warstwie, jest odkrywana przed tymi, z którymi buduje się bliższe relacje, stopniowo ufając coraz bardziej.

Czujemy tę miażdzącą dysproporcję. Wielu pewnie myśli o tym, jakie historie będzie chciało w końcu napisać, gdy zostanie im wręczone z powrotem pióro do ręki. Każdy z nas wie, co dla niego okazało się najważniejsze i za czym najbardziej tęskni.

Znajdą się tacy, którzy mają jakieś oczekiwania wobec przyszłości. Takie, na których może się przejadą, ale pewnie także te, dzięki którym na nowo odnajdą sens codzienności. Gdy wyjdziemy z tych fikcyjnych klatek, będziemy szukać brutalnie odebranego nam słońca, które rozświetli nam dzień. W chwilach nieznanej ciemności i mroku odnajdziemy nowe, własne konstelacje gwiazd i niespotkany wcześniej, piękny księżyc, który pozbawi lęku przez kolejnym wschodem i nastaniem nowego początku doby.

Zaskoczenie spontanicznością gestów, ekscytacja wynikająca z poznawania kogoś, zaciekawienie pojawiające się przy uczeniu się gestykulacji i mimiki czyjejś osoby, radość budząca się w nas podczas spotkań, szczególnie tych mających następować codziennie. Jedne z tak wielu okruchów, które będą mogły nas nakarmić do syta.

Większość z nas trzyma w pionie nadzieja, że ten pokarm istnieje, jest realny. Wiemy gdzie szukać tych drobinek. Nie wiemy tylko, w której chwili nastąpi przełamanie, kiedy nastąpi ta nowa codziennośc.

Dlatego nie można wykorzeniać z siebie tęsknoty. Ona przypomina nam co to znaczy być człowiekiem. Podkreśla, jakie cechy leżą u źródła naszego jestestwa. Przywołuje w naszych umysłach obrazy, które rezonują w nas słowami: żyj, oddychaj. Boleśnie wskazuje nam, że sami, nawet jeśli zostaniemy postawieni w centrum świata, nie przetrwamy. Po prostu potrzebujemy innych. Potrzebujemt bliskości. Potrzebujemy wrażliwości. Potrzebujemy nadziei. Potrzebujemy szeroko pojętej miłości, sympatii czy przyjaźni.

NA JUŻ

Na już, teraz, w tej chwili. Dostać odpowiedzi, zadać pytania, wysłać wiadomości, spotkać się, zrobić coś, wypowiedzieć, przelać na papier. Bez zastanowienia, bez zdefiniowanego celu, bez spokoju. Bez harmonii z samym sobą. To wszystko działa jak narkotyk. Zostajemy postawieni w sytuacji, że muszę, bo inaczej…

Właśnie. Czy musisz? Czy może jest coś kryjącego się za tymi nękającymi pragnieniami? Czy przypadkiem to wszystko, co teraz tak bardzo wysuwa się na pierwszy plan, nie jest wyłącznie przykryciem czegoś o wiele poważniejszego, głębszego, bardziej złożonego? Może te proste działania: mów, pisz, działaj są zintegrowane z jakimś wewnętrznym, nieoczywistym systemem? Z czymś tak bardzo skompliowanym, połączonym tak mnogą liczbą kabelków, zasilana z tak wielu źródeł, mająca ujście w tak wielu miejscach?

Czasem trzeba po nitce, do kłębka przejść każdy podsystem, by zrozumieć mechanizm. Pochłania to dni, tygodnie, miesiące, lata. Wszystko po to, by zrozumieć istotę tego, co nas wprowadza w jakiś stan. Pora skończyć pytać czemu coś męczy, a zacząć zastanawiać się dlaczego to nurtuje akurat ciebie.

Pora na test. Weryfikacje, czy na prawdę jest tak mało czasu na naszą odpowiedź na oddziałujący bodziec? Czy jakiś stymulant powienien skutkować w natychmiastowym efekcie? Czy coś musi na nas tak wpływać?

„Cóż Ci mam uczynić?”

To pytanie zawsze mnie zatrzymuje w pół kroku. Diabelnie skutecznie weryfikuje sensowność użalania się, próśb, przeżywania emocji tak intensywnie. Zmusza do zastanowienia. Pozwala spojrzeć na coś z dystansu. Na ile to, co teraz wydaje nam się konieczne do życia, w perspektywie dalszych dni pozostanie tym tlenem, bez którego nie jest możliwe oddychanie? Czy to, o co tak usilnie prosimy teraz, jutro będzie tak samo skutecznie rozwiązawać problem? Czy zmiany, których tak niecierpliwie upatrujemy, są daleko- czy krótkowzroczne? Czy odpowiedzi, które tak chcemy poznać znajdą teraz zrozumienie? Czy w danej chwili stanięcie z prawdą, twarzą w twarz, będzie możliwe?

„Cóż Ci mam uczynić?”

Gdzie leży problem? Stwierdzenie faktu, że jest źle, zauważenie, że coś jest nie tak, jest bardzo ważne. Jednak nie chodzi o to, by wyłącznie artykułować, że coś jest źle. Samo zapętlanie się w wirze negatywnych emocji nigdy nie pomogło. Należy zacząć szukać, rozumieć. Spróbować znaleźć rozwiązanie. W jaki sposób można zaradzić trudnościom, co trzeba zrobić, że wyjść z danej sytuacji? Co pozwoli zatamować tą kaskadę emocji? Dlaczego zapora, która pękła, stała się felerna, czemu puściła? Do kogo się zwrócić, żeby ją naprawić?

Czy w ogóle wiemy jaką wagę ma to, o co tak często prosimy? Czy mamy dosyć odwagi, by to przyjąć, zadbać o to, pielegnować, pozwalać się rozwijać? Czy jesteśmy gotowymi na to, że otrzymamy żywy, trójwymiarowy obiekt, a nie wyłącznie płaski obraz czy plan? Że rzeczywistość nie jest kreślona tymi samamy kolorami, które malują ideały w naszej głowie? Czy jesteśmy gotowi na niespodziewany rozwój sytuacji, to że jakaś droga zostanie otwarta, nie spowoduje tego, że będzie ona się pokrywać ze szlakami skrupulatnie nanoszonymi na mapę naszych pragnień?

Czy gdy spotkamy się z tym, co tak długo wyczekiwaliśmy, nie powiemy przypadkiem : to za szybko. To dla mnie za dużo. To jednak nie dla mnie. Nie dam rady…

Wydarzenia, odpowiedzi, pomoc, rozwiązanie – wszystko, co zostaje nam dane, niesie ze sobą cholernie dużą odpowiedzialność. Za siebie, za powierzone nam osoby, zadania i wiedzę. Świadomi, nie mamy wytłumaczenia na to, dlaczego nie zrobiliśmy tego, co mogliśmy. Gdy mieliśmy szansę przewidzieć skutki, mieliśmy szerszą gamę wyboru – to my będziemy ręczyć za swoje decyzje i zachowanie, słowa i gesty, działania i marazm w podejmowaniu akcji.

To wszystko będzie nie tylko darem, ale także brzemieniem.

WIARA

Stajemy z wiarą i nadzieją przed tłumem. Przed nami rozpościera się wielka, żywa ściana. Możemy przyjrzeć się każdej twarzy. My pozostajemy pewni siebie, wyprostowani, z głową uniesioną wysoko. Jest w nas przyczajony ogień, gotowy zapłonąć jasno, gdy nastąpi atak. Płomień pragnienia pozostania sobą, ze swoimi wartościami, ze swoją wiarą, nadzieją, dobrem do końca świata. Iskra. Niewielka, ale przez to tak trudna do zlokalizowania. Z tego powodu nie sposób ją zgasić.

Jesteśmy całkowicie obnażeni, szczerzy w tym, że pokazujemy siebie. Nie imitacje, nie obrazy, nie kukły, nie manekiny, nie modele. Nie zamierzamy się ukrywać, ani wycofywać, choć boimy się: liczby i rozmiaru, powierzchni i wymiaru. Tak. Pozwolimy sobie przykleić te łaty i etykiety. Zgodzimy się na te niemające granic, ani moralnych, ani w sile rażenia, osądy, komentarze, uprzedzenia.

Ilu z nich będzie tylko lustrować naszą powierzchnię?

Kto usłyszy te mocne, niestrudzone bicie serca, łączące wszystkich w jednakowy sposób? Dające każdemu tę samą, niezbywalną godność do życia i do nazywania się człowiekiem.

Czyżby? A może on jest tym, za kogo my go uznamy?

Kimś głupim?
Kimś bez wartości?
Kimś brzydkim?
Kimś grubym?
Kimś, kto nie osiągnie nic?
Kimś do kitu?
Kimś, kto zawiedzie?
Kimś kto nawali?
Kimś, kto się myli?
Kimś, kto nie ma racji?
Kimś o idiotycznych poglądach?
Kimś kto po prostu nie zasługuje na szacunek? Na akceptację? Na miłość?

A Ty wydając takie osądy zasługujesz na pochwały? Po co to mówisz? Lepiej się czujesz, gdy kogoś poniżysz? Na tym budujesz swoją wartość? Podbijasz swoje ego tym, że spojrzysz na kogoś jako tego gorszego od siebie? Co Ci daje to porównywanie? Myślisz, że uda Ci się zapełnić tę pustkę? Tę wielką, pochłaniającą każdę światło czarną dziurę, która wynika z tego, że nie czujesz się dostatecznie dobry, akceptowany, lubiany, kochany…

Taka brutalna metodyka. Brakuje Ci miłości, więc odbierzesz ją komuś innemu. Niech na tym świecie zapanuje sprawiedliwość. Równość złamanych serc, skrzywdzonych dusz, zapomnianych indywidualności, zgubionych wartości, zniszczonego piękna.

Nienawiść nie jest lekarstwem na brak miłości. Ale odważysz się do tego przyznać? Potrafisz uznać, że czegoś Ci brakuje? Że myśli o byciu głupim, brzydkim, bez wartości, bez intelektu, bez talentu, bez nadziei Cię przytłaczają? Że masz dosyć tego, jak brak akceptacji Tobą poniewiera? Że nie kochasz dostatecznie siebie, dlatego nie jesteś w stanie uszanować życia, godności innych?

Ta pustka jest do zalepienia. Wystarczy chcieć kochać i być kochanym. Przestać nienawidzić. Skończyć zabijać okruchy dobra, zalążki nadziei, ziarna wiary. Zmierzyć się z tłumem i zdobyć się na odwagę, by wyciągnąć rękę. Do każdego i do nikogo konkretnego. Pokazać, że nie chcesz walczyć, że nie jesteś przeciwko nim tylko jednym z nich. Kimś tak samo pięknym i cudownym. Że masz w sobie gotowość, by uświadomić ich o ich niesamowitej wartości i niepowtarzalności.

Chcesz być przykładem, że można? Bo można.