SŁOWA

Tak często zapominamy w jak potężną broń jesteśmy wyposażeni. Jak wielką siłę rażenia mają słowa. Jak ogromny może być ich zasięg. Jak często, tylko raz wypowiedziane, na zawsze zapadają w pamięć. Są w stanie odcisnąć niezmywalne piętno, potrafią odebrać całą godność, mogą zgasić wszelką nadzieję, pozbawić chęci do życia czy ograniczyć pole działania. Tłumią naszą wiarę w siebie i swoją wartość.

A miały być tylko niewinnymi wyrażeniami… Nieintencjonalnymi przymiotami, w żadnym przypadku niemającymi być nam przypisanymi. Rzuconymi na wiatr stwierdzeniami, który nie powinny być do nas przywiane. Luźnymi myślami, które nie miały na celu uczynić nikomu krzywdy.

Czasem jest wręcz przeciwnie. Nadmiar emocji podsuwa nam pociski tak szybko, jak dzieje się to w karabinie maszynowym. Strzelamy na oślep, wszędzie dookoła. Byle tylko opróżnić magazynek jak najszybciej. Następnie ładujemy i ponownie ciskamy te pociski, znowu bez zastanowienia. Dopiero później, gdy kurz opadnie, a my złapiemy pierwszy, spokojny oddech, przyglądamy się jakie rany nieopatrznie zadaliśmy. Czasem jest za późno…

Przed takim atakiem często nie ma obrony. My za często szastamy słowami tak, jakbyśmy w rękach mieli wyłącznie niewinną zabawkę.

O wiele za dużo ich, wypowiedzianych bez przemyślenia. Bez refleksji nad tym, jaki mają nieść przekaz i co jest prawdziwą motywacją wypowiadania pewnych fraz. Wymykające nam się z taką łatwością, gdy obgadujemy czy nakręcamy się negatywnymi emocjami. Nie możemy ich ponownie złapać, bo, zwinne, sprytnie lawirują między przeszkodami i trafiają prosto w sam środek celu.

Żyjemy w świecie hałasu i chaosu. Straciliśmy umiejętność komunikacji. Coraz lakoniczniejsze wiadomości, coraz bardziej bezpośrednie przekazy, zawierające coraz mniej wrażliwości na estetykę, różnorodność i piękno formy komunikaty. Liczy się przekaz, liczą się emocje, liczy się „życie”.

W tym wszystkim zapominamy, że jesteśmy odpowiedzialni za każde jedno słowo, które pada z naszych ust. Te, które miało nie być wyartykułowane i te, które wysmnęło nam się nieświadomie. Te, wypowiedziane za szybko i te, wystrzelone bez konkretnego celu. Także za te, nieprawdziwe, niezweryfikowane, które dają fałszywy obraz inny osobom. Co najważniejsze – każde niepotrzebne, niewnoszące nic, nieprzemyślane wyrażenie będzie ciążyć na nas.

To nam przypisze się winę za rany na sercach innych, nawet jeśli zrobimy to nieintencjonalnie. „Ja nie chciałem” nie cofną niczego.

Ci, którzy przyjmują te pociski, są często jak tarcze. Starający się przebaczać, mówiący sobie, żeby się nie przejmować, skrywający się w cieniu i, w ciszy, pełni cierpliwości pozwolający się ranom zagoić. W samotności kujący tarczę, która ma w przyszłości chronić. Jest nią: dystans, chłodna obojętność, brak zaufania. Niewychodzenie z inicjatywą by zawiązywać relacje, niezwierzanie się nikomu z trudności, niemówienie o sobie więcej, niż to koniencze, unikanie kontaktu fizycznego, który może nieść jakikolwiek emocjonalny przekaz. Oblekamy się w kokon. Ubierajamy maskę twarzy bez wyrazu, by ukryć to, że w środku nas kipi od emocji. Stajemy się tęskniącymi za słowami, które są podszyte jedynie dobrem, wołającymi o przemyślane zdania, żyjącymi marzeniami, że będziemy w stanie poddawać refleksji komunikaty i punktować, czemu służy ich wypowiedzenie.

Bez ukrytych złośliwośći, bez chęcia dokuczenia, poniżenia, pozbawienia kogoś lub czegoś piękna, wartości i wyjątkowości. Bez gaszenia entuzjazmu, bez zabijania wiary, bez odbierania nadziei.