ZEJŚĆ Z WIDOKU

Trzeba wiedzieć, kiedy należy zejść z widoku. Pokonanym lub nie, smutnym czy szczęśliwym, gotowym lub przestraszonym. Dobrze jest dostrzec moment, w którym świat daje znaki, by zamilknąć i zacząć słuchać, podnieść wzrok i spojrzeć na coś szerszą perspektywą. Objąć ten nieograniczony horyzont rozpostarty przed nami. Przestać oczekiwać i kreślić plany, i nareszcie zacząć doceniać głębie każdego dnia. Nie poddawać się żalowi, bo coś nie wyszło i jakaś furtka została zamknięta. Nie można też nakręcić się za bardzo, nastawiać na pewny sukces w momencie, gdy rzeczy idą tak gładko zgodnie z planem.

Zapętlenie w życiu przeszłością i przyszłością. Skacząc od wczoraj do jutro, od następnego dnia do poprzedniego, za każdym razem pomijając najważniejszy i jedyny słuszny przystanek – dzisiaj.

Słowa ciskają się na usta, ale każde, które przychodzi jest nietrafne. Skierowanie wzroku za siebie okazuje się niesłuszne, spojrzenie pod nogi niewłaściwe, obejrzenie w góre zgubne. Celowanie przed siebie? To właśnie tam są ludzie. Tam jest twoja droga, nadzieja i przygoda. Ona zaprowadzi cię do jutra, ale nie ominie teraz. Jeden pewny krok, potem kolejnych kilka przyspieszonych, zaraz kilkadziesiąt ostrożnych, wypełnionych skupieniem. Potknięcia i upadki jako integralna część wędrówki. Podskoki i zgrabnie wyminięte przeszkody jako skutek wprawy w kroczeniu. Pojawiające się liczbe obtarcia, skręcenia, złamania, ale także coraz lepiej rysująca się wytrenowana sylwetka, coraz silniejsze mięśnie, coraz potężniejsza kondycja. Siła i pewność siebie, naznaczona doświadczeniem samodzielności, kształtowana metodą prób i błędów.

Taka oto mała, niewinna dróżka.

Dla małego człowieka, jakim jest każdy z nas. Wyjątkowy, ale jednak drobny, kruchy. Mający swój kawalątek ziemi, swój punkt w tym świecie. Filigranowy. Łatwy do przeoczenia. Człowiek i jego miejsce. Jeden z wielu. Pora zanurzyć się w swojej małości. Jako ktoś pełen pokory, poddany cichości, skupiony na istocie. Nie warto krzyczeć, poki ma się w perspektywie jutro. Nie należy się zatrzymywać, jeśli ma się siłę iść dalej. Warto odpocząć, gdy słania się z nóg. Można płakać, być smutnym, cieszyć się i zastanawiać, wątpić i prosić. W stuprocetowej wolności.

Złożoność kogoś tak mikroskopijnego, jak człowiek fascynuje. Jest ona tak niepojęta. Każdy z nas jest jak chodząca bomba, noszący w sobie wulkan. Myśli, emocji, pragnień, planów, doświadczeń i trudności. Miłość przeplatana cierpieniem. Radość podszyta smutkiem. Oddech, dający siłę, pozbawiający nas energii, która umożliwia funkcjonowanie. Racjonalizm hamujący emocje, które z kolei umniejszają rolę intelektu. Ograniczenia ciała, z którymi się mierzymy w treningach, by poznawać je i zarazem przesuwać coraz dalej. Akceptacja i odrzucenie. Pełnia i pustka.

Jak siebie zrozumieć? Jak siebie poznać? Kim jesteśmy?

KORYTARZ

Powoli stawiane kroki. Spacerowym tempem przemierzam przestrzeń otoczoną ścianami. Rozległą, ale ograniczona. Rozkoszuję się doświadczeniem swobodnie pokonywanego dystansu. Rozglądam się. Mierzę wzrokiem. Oceniam. Wspominam. Tak znajome miejsca, swoje. Powoli zapominane, niestety sukcesywnie wymazywane z pamięci. Zacierane przez nową rzeczywistość.

Czas na zmiany. Nie wrócimy tacy sami. Oklepane słowa… Ale czy jesteśmy świadomi ich wagi? Wszystko, to co było stare, stanie się nowe. Będzie dokładnie tak, jak z urywkami przeszłości zamykanymi w szufladkach naszego umysłu. Klatki z życia, wyjmowane, by przypomnieć sobie kim się było, co się przeżywało i jaka wtedy malowała się przed nami perspektywa tego, co nas dopiero spotka. Spoglądamy na nie z rezerwą, bo nasze widzenie jest tak różne od ówczesnego. Jesteśmy osobami z dzisiaj, nie z tamtych dni. Zaczynami pisać. Niekończące się i nierealne scenariusze: jakie emocje teraz by nam towarzyszyły, jak odmiennie byśmy postąpili, jaki byłby nasz stosunek do napotykanych osób, jak mocno byśmy kochali i nienawidzili, jak szczerze śmiali i płakali? Dajemy sobie lekcje, łykamy gorycz błędów, mierzymy się z żalem źle wykorzystanych szans, poddajemy się braku możliwości cofnięcia czasu.

Inaczej przeżywamy, bo przyglądamy się im z innym bagażem doświadczeń i bogatsi w pewną, wcześniej niezgłębioną wiedzę. Czasem zaglądamy pod tą przejrzystą wodę tak cudownego przeżycia i zaczynamy dostrzegać to wszystko, co kryło się na dnie. Czasem w mule i brudnym akwenie potrafimy wyłapać coś pięknego. Rzeczy stają się szare, bardziej stonowane, pozbawione wcześniejszych wyraźnie zarysowanych kontrastów. Czarno-biała polaryzacja zanika. Chwile latania nad powierzchnią ziemi stają się ledwie momentem oderwania na kilka sekund palców od ziemi. Przebywania na dnie, które wydawało się nieskończenie daleko od powierzchni, okazuje się teraz problemem mniejszego kalibru, a dystans jawi się jako tylko trochę wymagający.

Tak samo te stare miejsca, powoli zapominane, staną się dla nas czymś innym. Ponowny powrót pokaże nowe piękno, odsłoni niedostrzegane wcześniej mankamenty, wyzwoli nieznane dotąd emocje, zgasi zapał powracania do przeszłości malowanej przez innego malarza. I tak będziemy starali się zaadoptować. Do momentu, gdy pamięć nie wyzbędzie się rzeczy, do których nie chcemy z powodu obecnej chwili wracać, póki nie zrobi sobie miejsca na nowe historie wszystkiego wcześniej już poznanego.

Mamy tylko teraz, które za chwile stanie się tylko tym, co było. Szykujemy się na to, co ma dopiero nastać, wyczekująć i odliczając czas, by za chwilę znowu to przeminęło. Wszystko upływa zdecydowanie za szybko.

Idę dalej, z poczuciem, że przyjdzie czas na powrót. Szykuję kartki, by pisać nowe powieści. Nie mogę się ich doczekać. Obracam się ostatni raz, by zlustrować wszystko. Opuszczone, ciche, tak jak ja wyczekujące ściany, którym brakuje tła ludzi. Podłoga wyznaczająca dystans, który czeka, aż będzie znowu wielokrotnie pokonywany. Drzwi, których zawiasy chcą się zużywać od nieustannego otwierania i zamykania. Szyby, które są jednocześnie oknami na świat i lustrami nas samych. Nie pozwalają nam zapomnieć, że jest świat i jesteśmy my jako nieodłączne jego składowe. Oddzielają nas i dają przedsmak tego, co nas czeka, gdy przejdziemy na ich drugą stronę. Uchylają rąbka tajemnicy, wyznaczają granicę, chronią i ogradzają. Cienkie, kruche, delikatne.

Pora wyjść, by móc wrócić.

SŁOWA

Tak często zapominamy w jak potężną broń jesteśmy wyposażeni. Jak wielką siłę rażenia mają słowa. Jak ogromny może być ich zasięg. Jak często, tylko raz wypowiedziane, na zawsze zapadają w pamięć. Są w stanie odcisnąć niezmywalne piętno, potrafią odebrać całą godność, mogą zgasić wszelką nadzieję, pozbawić chęci do życia czy ograniczyć pole działania. Tłumią naszą wiarę w siebie i swoją wartość.

A miały być tylko niewinnymi wyrażeniami… Nieintencjonalnymi przymiotami, w żadnym przypadku niemającymi być nam przypisanymi. Rzuconymi na wiatr stwierdzeniami, który nie powinny być do nas przywiane. Luźnymi myślami, które nie miały na celu uczynić nikomu krzywdy.

Czasem jest wręcz przeciwnie. Nadmiar emocji podsuwa nam pociski tak szybko, jak dzieje się to w karabinie maszynowym. Strzelamy na oślep, wszędzie dookoła. Byle tylko opróżnić magazynek jak najszybciej. Następnie ładujemy i ponownie ciskamy te pociski, znowu bez zastanowienia. Dopiero później, gdy kurz opadnie, a my złapiemy pierwszy, spokojny oddech, przyglądamy się jakie rany nieopatrznie zadaliśmy. Czasem jest za późno…

Przed takim atakiem często nie ma obrony. My za często szastamy słowami tak, jakbyśmy w rękach mieli wyłącznie niewinną zabawkę.

O wiele za dużo ich, wypowiedzianych bez przemyślenia. Bez refleksji nad tym, jaki mają nieść przekaz i co jest prawdziwą motywacją wypowiadania pewnych fraz. Wymykające nam się z taką łatwością, gdy obgadujemy czy nakręcamy się negatywnymi emocjami. Nie możemy ich ponownie złapać, bo, zwinne, sprytnie lawirują między przeszkodami i trafiają prosto w sam środek celu.

Żyjemy w świecie hałasu i chaosu. Straciliśmy umiejętność komunikacji. Coraz lakoniczniejsze wiadomości, coraz bardziej bezpośrednie przekazy, zawierające coraz mniej wrażliwości na estetykę, różnorodność i piękno formy komunikaty. Liczy się przekaz, liczą się emocje, liczy się „życie”.

W tym wszystkim zapominamy, że jesteśmy odpowiedzialni za każde jedno słowo, które pada z naszych ust. Te, które miało nie być wyartykułowane i te, które wysmnęło nam się nieświadomie. Te, wypowiedziane za szybko i te, wystrzelone bez konkretnego celu. Także za te, nieprawdziwe, niezweryfikowane, które dają fałszywy obraz inny osobom. Co najważniejsze – każde niepotrzebne, niewnoszące nic, nieprzemyślane wyrażenie będzie ciążyć na nas.

To nam przypisze się winę za rany na sercach innych, nawet jeśli zrobimy to nieintencjonalnie. „Ja nie chciałem” nie cofną niczego.

Ci, którzy przyjmują te pociski, są często jak tarcze. Starający się przebaczać, mówiący sobie, żeby się nie przejmować, skrywający się w cieniu i, w ciszy, pełni cierpliwości pozwolający się ranom zagoić. W samotności kujący tarczę, która ma w przyszłości chronić. Jest nią: dystans, chłodna obojętność, brak zaufania. Niewychodzenie z inicjatywą by zawiązywać relacje, niezwierzanie się nikomu z trudności, niemówienie o sobie więcej, niż to koniencze, unikanie kontaktu fizycznego, który może nieść jakikolwiek emocjonalny przekaz. Oblekamy się w kokon. Ubierajamy maskę twarzy bez wyrazu, by ukryć to, że w środku nas kipi od emocji. Stajemy się tęskniącymi za słowami, które są podszyte jedynie dobrem, wołającymi o przemyślane zdania, żyjącymi marzeniami, że będziemy w stanie poddawać refleksji komunikaty i punktować, czemu służy ich wypowiedzenie.

Bez ukrytych złośliwośći, bez chęcia dokuczenia, poniżenia, pozbawienia kogoś lub czegoś piękna, wartości i wyjątkowości. Bez gaszenia entuzjazmu, bez zabijania wiary, bez odbierania nadziei.