PROCH

Prochem jesteś i w proch się obrócisz.

Sentencja, która dzisiaj pewnie towarzyszy jakiemuś szerszemu gronu osób. Ta, uderzająca swoją prostotą, szczerością i bezpośrednością, ma moc zwalić z nóg prawie każdego. (Taka jest przynajmniej moja opinia : ) )

Mnie osobiście towarzyszy ona już od jakiegoś czasu. W różnej formie. Głównie chyba przewija się w licznych pytaniach. Wielokrotnie puka w szybkę mojego bezpiecznego pokoju, najczęściej w momencie, kiedy próbuję zasnąć, przypominając mi o tych, którzy są dookoła. Tych, którzy nie mają tyle szczęścia, żeby nie musieć się martwić o to, czy będą mieli co jeść, czy będą mieli gdzie spać, czy nie zostaną kolejny raz zranieni na ciele lub na duchu. Również o tych, którzy walczą o oddech, walczą o sens, walczą o radość, walczą o nadzieję, walczą o spokój. Ilu jest tych, którzy odczuwają boleśnie skutki decyzji osób, które były skupione wyłącznie na sobie i zapomniały o tym, że są odpowiedzialne nie tylko za siebie, ale też za tych, którzy są przyjaciółmi, wrogami, nieznajomymi czy bliskimi.

Nie umiem wykorzenić ze swojego umysłu tych neurotycznych pytań: po co? Dlaczego? Co zapoczątkowało Wielki Wybuch? Jakim prawem (tym trochę wychodzącym poza te fizyczne) Wszechświat nie istniał, a nagle zaczął? W którym momencie, my jako ludzie, zyskaliśmy świadomość, zostały wzbudzone w nas mechanizmy o wiele głębsze niż popędy? Kiedy zyskaliśmy osobowość, jak na przełomie dziejów przejawiał się charakter? Jak bardzo różnimy się od naszych przodków, żyjących kilkudziesiąt tysięcy lat temu, a ile od tych sprzed dwóch tysięcy lat? Czy można zaobserwować wyraźne różnice już na przełomie wieku? Jak bardzo na przestrzeni dekad zmienia się poziom naszej inteligencji, sposób postrzeganie świata czy podejście do przeżywania, doświadczania? Mówimy, że co pokolenie ta mentalność się diametralnie zmienia. Co buduje ową mentalność? Co się na nią składa? Czym ona w ogóle jest?

Jakie kiedyś też kiedyś były odpowiedzi na pytania o sens wszystkiego? Czym było tak enigmantyczne i nieuchwytne szczęście? Czy było ono osiągalne? Czy jest teraz? Czy jest to jakiś stan, chwila, emocja, uczucie czy pewne nasze podejście i nastawienie? Czy ludzie wcześniej, tak powszechnie jak teraz, bili się o jakieś spełnienie, zaspokojenie ambicji, pięcię się w karierze zawodowej? Czy ta piramida potrzeb Maslowa formuje się wraz z obecnym etapem rozwoju gatunku ludzkiego, czy jest ona gdzieś zakodowana w naszych genach jako pewien niezmiennik?

W którym momencie przestaliśmy być zwierzętami, walczącymi o to, by przetrwać i by móc przekazać potomkom swoje geny? Co było tym kluczowym momentem, w którym staliśmy się istotami roniącymi łzy. Przecież one nie mają żadnego sensownego naukowego wyjaśnienia. Dlaczego nie potrafimy odsuwać rzeczy na bok, izolować rzeczy, którymi nie warto się przejmować, a przez to mamy problemy ze snem, tak potrzebnym do tego, by mózg mógł zapamiętywać informacje, odpoczywać i oczyszczać swoje tereny z produktów przemiany materii? Co jest podłożem pod ludzką tęsknotę za miejscami, ludźmi? Po co wikłamy się w jakieś związki monogamiczne, które z punktu widzenia popędów wydają się całkowicie irracjonalne? Dlaczego bawimy się w definiowanie miłości, której nie sposób całkowicie zrozumieć? Która pcha nas do czynów wykraczających ludzkie przewidywania? Która odbiera nam zdolność sensownego myślenia? Która pozwala rezygnować z siebie? Skąd w nas też to wybrzydzanie w doborze swojego towarzystwa, skoro jesteśmy istotami tak społecznymi? Na własnej skórze teraz doświadczamy tego, jak bardzo różnych kontaktów potrzebujemy i jak wielkie spustoszenie sieje ich brak. Dlaczego wertujemy karty z obrazami swoich przyjaciół, często odrzucając, oceniając, obgadująć, zdardzając ich, mimo, że kiedyś nam na nich zależało? Dlaczego, mimo męczącej nas samotności, przestajemy próbować ufać na nowo, otwierać się na inne znajomości, zawiązywać nowe relacje? Czemu przestajemy próbować? Po co też walczymy o innych?

Jakie jest wytłumaczenie urazów, złamanych serc, bólu odrzucenia, nieakceptacji siebie? To w żadnym wypadku nie czyni nas silnych, gotowych do walki z nowymi przeciwnościami losu ludzi, jak natura przykazuje, przekażą te dobre geny dalej?

Jak to jest, że będacy tak długo niesamodzielni, przetrwaliśmy selekcję naturalną? Jak to jest możliwe, że my, do kilku lat całkowicie zależni od opiekunów fizycznie, do dwudziestu kilku lat przyzwiązani psychicznie, teraz jesteśmy gatunkiem górującym nad wszystkimi innymi?

Czasem to wszystko wydaje mi się tak całkowicie bez sensu. Rodzisz się, by przekazać swoje geny dalej, wychować i gdy już ten czas przeminie, zaczynasz, wraz z przekwitaniem, gasnąć, a twoje ciało sypać. Płomień życia każdego zostaje zapalony, by po iluś latach nagle przestać jaśnieć. Zostawiasz po sobie jedynie pewien trwalszy lub słabszy ślad na sercu kilkudziesięciu ludzi. Zmienisz jakiś szerszy lub węższy pasek powierzchni Ziemi. Rozstaniesz się z jakimś mniejszym czy większym dobytkiem. Spiszesz krótsze lub dłuższe zdania mające być częścią historii, idei, pomysłów, czynów. Gdy gaśniemy, nie robimy tego tak, jak czynią to u swego kresu, w wybuchu, gwiazdy. U nas przebiega to cicho, bezszelestnie, nienachalnie.

W trakcie życia jednak jesteśmy takimi gwiazdami, oświetalającymi swoim uśmiechem i dobrym czynem dni innych. Zgodnie z zasadą wzajemności, ci dookoła nas także mogą rozpromieniać różne chwile swoim ciepłem, gestem i miłością.

Te zdanie uczy mnie pokory i zachwytu. Miłości i uważności. Zauważania i badania. Przyglądania się i uczestniczenia. Odwagi i pewności. Zaszczepia we też pewien lęk. Budzi jakąś silną niepewność. Zostawia samą z masą pytań. Podrzuca masę zagadek, które, na pewno nie mi, będzie dane rozwiązać.

Dlatego po prostu sobie jestem. Prochem, który w proch się obróci.

NIEWRAŻLIWI NA SŁOWA

Zafascynowanie tym, co można nakreślić słowami, przejawiało się w moim życiu od małego, ale dopiero teraz wypłynęło to, jakoś, na powierzchnię. Zrobiło długo wyczekiwany coming-out. Teraz nadrabia to, co stracone i nie szczędzi sobie miejsca w moim umyśle. Rozpycha się bezczelnie łokciami w mojej codzienności. Bywa, rzadko, ale jednak, wkurzające. Jednak też diametralnie zmienia moje postrzeganie, moją osobę i oczywiście sposób, w jaki się wysławiam.

Codziennie coś piszę. Czuję, że robię postępy. Najmocniej uderza mnie czytanie tekstów sprzed dwóch tygodni. To jak wydawało mi się, że są napisane całkiem okej, ale teraz już na takie nie wyglądają. W głowie odzywa się bezwzględny, nauczyciel-kat, który dyktuje mi, jak powinno coś brzmieć. Wskazuje na to, jak niejasno i chaotycznie, zostało coś przedstawione. Każdego dnia, po odbytym mniejszym lub większym treningu, noszę w sobie niedosyt, chęć bycia jeszcze lepszą, niedostateczne zadowolenie z siebie.

To, co muszę podkreślić, to to, że w tym działaniu odnajduję jednak przede wszystkim ogromną satysfakcję. Wynika ona z tego, że robię coś, co wydawało mi się zawsze poza moim zasięgiem. Ja, typowy ścisłowiec, który jedynie mógł sobie powąhać dobrze napisane teksty, nagle podejmuje się trudów bycia kreatywniejszym niż do tej pory. Który wymyśla coś więcej, niż sprytne rozwiązania zadanka. Ba, robi to nieprzerwanie od kilku miesięcy. Szczerze mówiąc, pisanie daje wytchnienie mózgowi. Jest to tak skuteczny odpoczynek od pewnego stresu analizowania, napięcia bycia czujnym i przymusu zrozumienia materiału, żeby móc podejść do dalszych zagadnień.

Izolacja, trochę nieświadomie, przyczyniła się do tego, że odnalazłam coś pięknego w pisaniu. Malowaniu słowem, jak to określam. Jednak dzisiaj mierzę się, także, z pewną myślą, że, za chwilę, umiejętność pisania tekstów lub książek może stać się czymś anachronicznym. Historie spisane, a nie zwizualizowane, będą miały coraz to węższe grono fanów. Przekazy nieobrazkowe będą, z automatu (i lenistwa), odrzucanie przez coraz to szersze szeregi potencjalnych odbiorców.

Sama po sobie widzę, jak niedbale podchodziłam, pół roku temu, do formułowaniu poprawnych i zrozumiałych komunikatów. Jak często skupiałam się na tym, żeby przekazać coś już, teraz, bez refleksji, bez jakiejkolwiek staranności. Niestety, w moim przypadku, interpunkcja, do teraz, odczuwa przykre skutki bycia skopaną, przeze moją ignorancję, na podłodze i, do tej pory, prosi szeptem, o choć chwilę, uwagi czy skupienia.

Po co komukolwiek w obecnych czasach znaki interpunkcyjne ? Emotikony wystarczają, by przedzielać te krótkie, kilku wyrazowe wypowiedzi.

Przecież o ile można uprościć komunikat, używając na końcu buźki, która niesie dodatkowo emocjonalny przekaz. Jak wiele przeszkód to niweluje i jak często jest to, dla nas, droga na skróty, żeby zamiast dłuższej wypowiedzi, która musiałaby by otrzymać pewne nacechowanie emocjonalne, można po prostu wybrać odpowiedniego emotikona i wysłać zwięzły kod. Wygoda i funkcjonalność przeważa, rozleniwiając nas całkowicie. Pełny komunikat, złożony z wielu zdań, z dobrze zdefiniowanym, i to wyłącznie słowami, backgroundem uczuciowym oraz psychicznym rozmówcy aktualnie odpycha, zniechęca oraz nudzi. Człowiek, na dodatek, szybko traci zainteresowanie konwersacją, bo czuje pewną presję dopasowania się do poziomu interlokutora. To z kolei wymaga przełamania językowego lenistwa. Tego, jak można się domyśleć, nikt nie lubi.

Mi udało się, na szczęście, podratować choć odrobinę mój język. Jeśli miałam wolną chwilę, sięgałam po książkę. Nie lubię filmów czy seriali. Obrazy, przedstawiajające nam historię, narzucają nam gotową wizję tego, jak bohaterowie wyglądają, jaką sylwetką się cechują, jak wiele oddają mimiką i jak często sięgają po niewerbalną komunikację. Rzadko kiedy udaje się, w krótkiej chwili przedstawienia bohatera, zbudować jakąkolwiek więź z główną postacią historii. Której się nie zna, i w bardzo ograniczonym zakresie poznaje, wraz z biegiem akcji. Filmy nie mieszczą w sobie bogactwa myśli, które nachodzą bohaterów. Nie są w stanie tak dokładnie, jak w książkach, oddać siły i wpływu emocji. Zależność w tym aspekcie od aktora jest bardzo duża.

Za to słowa tak nie ograniczają. Zostawiają nam pole do wykreowania sobie tego, co nie jest dopowiedzane. Łatwiej zmienić kolor domu w wyobraźni, niż na ekranie telewizora, gdy sercu podoba się inna aranżacja budowli. One umożliwiają nam współodczucie tych dreszczy emocji, wspólnego reflektowania się nad wybranymi zagadnienieniami, zadawanie sobie podobnych pytań, które nachodzą bohatera w trakcie rozwoju sytuacji. Oczywiście dialogi robią swoją robotę, a klatki ujęć zachwycają kolorami. Dźwięk dobrze dobranego soundtracku przenikaja nas do szpiku kości. Rozumiem rzesze fanów filmów i seriali. Ja po prostu żyje sobie z takim spaczeniem, że osobiście wolę głębie tego, co skrywa się na płaskich, skromnych, niby bezpłciowych kartach papieru.

Lub czytnika ebooków. Nowocześnie.

Dlatego kolejny raz, wypluwając ścianę tekstu, mierzę się z wątpliwościami, czy to w ogóle ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość? Jak bardzo zmieni się nasz sposób postrzegnia świata? Jak odmienne będą kanały komunikacji? Jak bardzo różne od obecnych będą źródła pozyskiwania wiedzy i jak to wpłynie na sposób nauki? Czy nasze odbieranie bodźców nie będzie wymagało coraz to silniejszych stymulantów, by jakkolwiek nas ruszyć. Przyzwyczajonych do jaskrawych i rzucających się w oczy, chwytających za gardło, ściskających serca z napięcia, scen i obrazów? Jak bardzo okrojony zostanie zasób słów? Jak wiele wyrażeń będzie bezmyślnie kopiowanych z języków najczęściej używanych, wypierając nasze, wyglądające na niepotrzebne, rodzime wyrazy? Ile kalek zostanie naniesionych, powodując ubóstwo zasobów ojczystych fraz?

Teraz dochodzi pytanie, czy w ogóle warto bić się o coś, co może jest nieuniknione? Czy należy się denerwować postępem, który i tak nastąpi ? Czy może zamiast podejmować się walki z wiatrakami, nie należy za dużo czasu skierować uwagę ku temu, co przyszłościowe ? Czy nie należy uczyć się już teraz kreatywnego pisanie wyłącznie w obcych językach, jako przyszłych, wyłącznych, kodach komunikacji? Czy słusznie powinnam się obawiać?

Nie pozostaje mi nic innego jak westchnąć i poddać się angielskiej frazie : wait and see.

MALUCH

Od wielu dni obserwuje niezwykłe zjawisko. Jest nim praca malutkiego ptaszka, który próbuje nauczyć się latać. Sytuacja fascynuje, motywuje, skłania do refleksji, otwiera oczy. Jednocześnie obserwacja dogłębnie porusza, nie daje ukojenia wrażliwości, szarpie za struny serca napiętego współczuciem i chęcią pomocy.

Ten dramat jest zdefiniowany przez pewien tragizm. Stworzenie nie wie, czy jest nielotem, czy jednym z tych gatunków, które wznoszą się hen wysoko, pod sam nieboskłon. Codziennie, wielokrotnie, powtarza swoje próby. Stara się uporczywie polecieć. Często musi walczyć z samym sobą. Mierzyć się z przytłaczającą beznadzieją, która przypomina – po tylu przymiarkach jeszcze nie odleciałeś, to wszystko jest bezcelowe, nic się nie zmieni. Dobija go niewiedza, czy w ogóle jego skrzydła mogą go ponieść.

Samodzielność dojrzewania postawiła go w sytuacji, gdzie nie ma osób, które podsuwają odpowiedzi pod nos. Część opieki rodzicielskiej przeminęła. Jedyna droga, by potomstwo mogło poradzić sobie z trudnościami w dorosłym życiu, to pozwolić mu samemu decydować i działać. Poprzedzone to będzie przejściowym okresem niewiedzi, braku jasnych wskazówek i wielu godzin szukania, upadania i powstawania.

Motorem tego ptaszka jest wewnętrzne, bardzo silne poczucie, by polecieć. Może jest to instynkt, może tylko chęć, może po prostu marzenie inspirowane wędrówką innych. W głowie ma ułożone kilka planów na możliwe trasy, pewnie multum wyobrażeń, jak wiele może się przytrafić takiej kruszynie, jak on. W tym wszystkim, on nie rozumie, gdzie znajduje się źródło tego wewnętrznego impulsu. Jest jedynie, boleśnie, świadomy jego dominacji nad innymi popędami. Codziennie poznaje siłę rażenia i uporczywość ataków impulsów „rób”, „próbuj”, „nie poddawaj się”.

Całkowicie irracjonalna nadzieja powoduje, że jakoś zbiera się w sobie. Przyjmuje pozycję startową, taką samą jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni i rozpędza się. Podskakuje, z całych sił, i zaczyna rozpaczliwie machać skrzydłami. Doświadcza tego błogiego, tak ulotnego, poczucia wolności, lotu, oderwania się. Kosztuje jego slodyczy, otrzymuje taki maleńki kęś. Udaje mu się przez kilka sekund utrzymać nad ziemią. Jednak spada, kolejny raz. Delektowanie zostaje bardzo brutalnie przerwane. Cudowne wspomnienie natychmiast poprawione o przykre zakończenie. Piękne kolory przeżywania otrzymują domieszki szarości, czerni i szkarłatu. Kolejny raz obite sobie skrzydła i ponownie pojawiające się pytania: po co w ogóle mu zostały dane, skoro wydają się tak bezużyteczne. Czemu coś go pcha do tych całkowicie niszczących prób.

Jak można się spodziewać, punkt kulminacyjny nie nadchodzi. Było by nim potwierdzenie. Upewnienie. Tak, kiedyś polecisz. Nie, nie jesteś ptakiem lotnym. Determinizm sytuacji, zamiast przyniesienia ulgi, każe dalej podejmować próby. W tym drobnym ciałku nie można zagłuszyć tego głosu wołającego: „próbuj”. Więc ptaszyna wciąż walczy. Czekając, z ogromnym utęsknieniem, na tę upragnioną chwilę wytchnienia – odpowiedź.

Do tego czasu…

Tylko wstaje, obity i zadrapany. Często coraz bardziej obojętny, działający jak maszyna. Jego stan oscyluje od poczucia, że jest dość silny, do stanu, gdzie myśli, że już więcej niepowodzeń nie zniesie. Poziom siły waha się od „jest jej wystarczająco” do „niezwłocznie uzupełnij zapasy”. Pozorne wyobrażenie, że upadek nie przybije tak mocno, zostaje szybko zweryfikowane przez trud, który prawie uniemożliwia wstanie o własnych siłach.

Nie można pojąć dlaczego tak bardzo chce się próbować, skoro zna się skutek. Po co się działa, próbuje, walczy. Dlaczego pomimo wyczerpania zrywami, upadkami i powstawaniem, ciągle odzywa się to silnie bijące serce. Dyktujące niezmiennie rytm życia. Nawet te odbijanie się od ścian, zamykających w danej sytuacji, nie pozbawia całkiem tchu. Cegły, które wypalane są z prób i trudności, w procesie wypalania dokonują zmian również w nas.

Jedyne, co nas trzyma i co pozwala nam unosić głowę, spojrzeć na niebo, to nadzieja. Że kiedyś się dowiemy.

KOLEJNA NOC

Dokładnie. To kolejna noc, kiedy przykładam głowę do poduszki, a sen jednak nie nadchodzi. Mimo intelektualnego zmęczenia, fizycznego wyczerpania – umysł pozostaje, niezmiennie, ciągle pracującym młynem: mielącym emocje, myśli, słowa, wydarzenia. Nadaje rangi każdemu szczegółowi, poddaje analizie każdy okruch, bada najmniejsze cząstęczki. Wszystko po to, by postawić kilka hipotez, nakreślić wiele teorii. Niepewnych, łatwych do obalenia, budzących wiele wątpliwości, trudnych do udowodnienia. Każda z nich może być odpowiedzią na obecną sytuację. Nie wszystkie z nich się wykluczają wzajemnie. Mało znajdzie się takich, które dopełnią obraz jako niezależne byty.

Niezliczone scenariusze. Dojmująca niepewność. Podważająca autorytet niewiedza. Zagadkowe jutro. Przemijająca chwila. Brak podpowiedzi odnośnie kolejnego kroku. Zaufanie, że będzie dobrze. Bo musi być. Na tym polega zaufanie.

O niebo łatwiej jest podejmować decyzje w momencie, gdy da się rozpoznać to, czego się pragnie. Wtedy pewnymi wskazaniami stają się emocje. Uczucia z automatu odrzucają niektóre drogi. Przy wyborze jednej z dwóch skrajnych, całkowicie rozbieżnych dróg można po prostu zaufać sumieniu, które daje pewność, że nie postąpimy wbrew sobie. W chwilach podejmowania decyzji o wyłącznie własnym życiu wystarczy bazować na wiedzy o sobie, by wybrać tę jedną, najlepiej dopasowaną możliwość.

Też o ile bardziej dopracowana jest strategia, gdy operujemy na znanym, stabilnym gruncie. Nasze rewiry budują naszą pewność, siebie i znajomości otoczenia. Pozwalają lepiej orientować się w chwilach, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Szybciej możemy podejmować nietuzinkowe decyzje, przy czym ciężej nas zaskoczyć sytuacjami kryzysowymi. W końcu wiedzieliśmy na jakie trudności można natrafić, z częścią może nawet już się zetknęliśmy.

Co zrobić, jeśli informacji jest niewiele? Czym się kierować, gdy trwa się w pewnym zawieszeniu? Którą stronę obrać, jeśli nie występuje w naszym sercu jawna polaryzacja pomiędzy tym, co słuszne, a tym co nam zaszkodzi? Jak poradzić sobie z jakąś nadzieją, oczekiwaniem, kiedy nie wiemy co konkretnie ma się wydarzyć? Jak ufać sobie, jeśli bazujemy na samym przeczuciu?

Dzień miał przynieść odpowiedzi. Zamiast tego trwam, ale dalej w pewnej nijakości. Bez serca dyktującego kroki, bez pewnego siebie rozumu, który dobrze szacuje potencjalne zagrożenia i dostrzega możliwości, bazując na wiedzy i doświadczeniu. To chyba nowa sytuacja – kiedy całkowicie nie umiem sobie wyobrazić, co może wydarzyć się dalej. A wyobraźnie mam prężną, często przekraczającą granice prawdopodobnych, potencjalnych wydarzeń.

Podejmuje jakieś konkretne kroki – ale mam wrażenie, że na oczach mam opaskę. Staram się ufać temu, że w tym wszystkim jestem prowadzona za rękę, a jako wsparcie mam niezawodny GPS, który za każdym razem, gdy zbłądze, potrafi wyznaczyć nową trasę. Do celu. Lub celów. Pośrednich, spontanicznych, dynamicznych, rozwojowych, pełnych niespodzianek i pewnych w niepewności, z czym zostaniemy przywitani. W tym wszystkim próbuję odnaleźć siłę. By pomimo tego, że te kierunki mogą się zmieniać, że nie raz wejde w jakąś kałużę, której nie zauważyłam, że z pewnością kilka razy dojdę na skraj uliczki, która okaże się ślepa, wielokrotnie nałożę drogę – to jakoś dotrę do tego celu, celów, punktu czy punktów.

Zdecydowanie – te pojedyncze przebłyski, które dają nadzieję są dziwne. Niejasne. Nie można ich zinterpretować, stać się czegoś pewnym. W sumie dokładnie tak ostatnio wygląda moje szukanie odpowiedzi. Odkrywam kolejne stronice, zapisane językiem złożonym, splątanym, głębokim. Wrażliwym. Na to, kto czyta, i na to, czego szuka. Mądrym i prostym. Trafionym.

ZEJŚĆ Z WIDOKU

Trzeba wiedzieć, kiedy należy zejść z widoku. Pokonanym lub nie, smutnym czy szczęśliwym, gotowym lub przestraszonym. Dobrze jest dostrzec moment, w którym świat daje znaki, by zamilknąć i zacząć słuchać, podnieść wzrok i spojrzeć na coś szerszą perspektywą. Objąć ten nieograniczony horyzont rozpostarty przed nami. Przestać oczekiwać i kreślić plany, i nareszcie zacząć doceniać głębie każdego dnia. Nie poddawać się żalowi, bo coś nie wyszło i jakaś furtka została zamknięta. Nie można też nakręcić się za bardzo, nastawiać na pewny sukces w momencie, gdy rzeczy idą tak gładko zgodnie z planem.

Zapętlenie w życiu przeszłością i przyszłością. Skacząc od wczoraj do jutro, od następnego dnia do poprzedniego, za każdym razem pomijając najważniejszy i jedyny słuszny przystanek – dzisiaj.

Słowa ciskają się na usta, ale każde, które przychodzi jest nietrafne. Skierowanie wzroku za siebie okazuje się niesłuszne, spojrzenie pod nogi niewłaściwe, obejrzenie w góre zgubne. Celowanie przed siebie? To właśnie tam są ludzie. Tam jest twoja droga, nadzieja i przygoda. Ona zaprowadzi cię do jutra, ale nie ominie teraz. Jeden pewny krok, potem kolejnych kilka przyspieszonych, zaraz kilkadziesiąt ostrożnych, wypełnionych skupieniem. Potknięcia i upadki jako integralna część wędrówki. Podskoki i zgrabnie wyminięte przeszkody jako skutek wprawy w kroczeniu. Pojawiające się liczbe obtarcia, skręcenia, złamania, ale także coraz lepiej rysująca się wytrenowana sylwetka, coraz silniejsze mięśnie, coraz potężniejsza kondycja. Siła i pewność siebie, naznaczona doświadczeniem samodzielności, kształtowana metodą prób i błędów.

Taka oto mała, niewinna dróżka.

Dla małego człowieka, jakim jest każdy z nas. Wyjątkowy, ale jednak drobny, kruchy. Mający swój kawalątek ziemi, swój punkt w tym świecie. Filigranowy. Łatwy do przeoczenia. Człowiek i jego miejsce. Jeden z wielu. Pora zanurzyć się w swojej małości. Jako ktoś pełen pokory, poddany cichości, skupiony na istocie. Nie warto krzyczeć, poki ma się w perspektywie jutro. Nie należy się zatrzymywać, jeśli ma się siłę iść dalej. Warto odpocząć, gdy słania się z nóg. Można płakać, być smutnym, cieszyć się i zastanawiać, wątpić i prosić. W stuprocetowej wolności.

Złożoność kogoś tak mikroskopijnego, jak człowiek fascynuje. Jest ona tak niepojęta. Każdy z nas jest jak chodząca bomba, noszący w sobie wulkan. Myśli, emocji, pragnień, planów, doświadczeń i trudności. Miłość przeplatana cierpieniem. Radość podszyta smutkiem. Oddech, dający siłę, pozbawiający nas energii, która umożliwia funkcjonowanie. Racjonalizm hamujący emocje, które z kolei umniejszają rolę intelektu. Ograniczenia ciała, z którymi się mierzymy w treningach, by poznawać je i zarazem przesuwać coraz dalej. Akceptacja i odrzucenie. Pełnia i pustka.

Jak siebie zrozumieć? Jak siebie poznać? Kim jesteśmy?