UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

KORYTARZ

Powoli stawiane kroki. Spacerowym tempem przemierzam przestrzeń otoczoną ścianami. Rozległą, ale ograniczona. Rozkoszuję się doświadczeniem swobodnie pokonywanego dystansu. Rozglądam się. Mierzę wzrokiem. Oceniam. Wspominam. Tak znajome miejsca, swoje. Powoli zapominane, niestety sukcesywnie wymazywane z pamięci. Zacierane przez nową rzeczywistość.

Czas na zmiany. Nie wrócimy tacy sami. Oklepane słowa… Ale czy jesteśmy świadomi ich wagi? Wszystko, to co było stare, stanie się nowe. Będzie dokładnie tak, jak z urywkami przeszłości zamykanymi w szufladkach naszego umysłu. Klatki z życia, wyjmowane, by przypomnieć sobie kim się było, co się przeżywało i jaka wtedy malowała się przed nami perspektywa tego, co nas dopiero spotka. Spoglądamy na nie z rezerwą, bo nasze widzenie jest tak różne od ówczesnego. Jesteśmy osobami z dzisiaj, nie z tamtych dni. Zaczynami pisać. Niekończące się i nierealne scenariusze: jakie emocje teraz by nam towarzyszyły, jak odmiennie byśmy postąpili, jaki byłby nasz stosunek do napotykanych osób, jak mocno byśmy kochali i nienawidzili, jak szczerze śmiali i płakali? Dajemy sobie lekcje, łykamy gorycz błędów, mierzymy się z żalem źle wykorzystanych szans, poddajemy się braku możliwości cofnięcia czasu.

Inaczej przeżywamy, bo przyglądamy się im z innym bagażem doświadczeń i bogatsi w pewną, wcześniej niezgłębioną wiedzę. Czasem zaglądamy pod tą przejrzystą wodę tak cudownego przeżycia i zaczynamy dostrzegać to wszystko, co kryło się na dnie. Czasem w mule i brudnym akwenie potrafimy wyłapać coś pięknego. Rzeczy stają się szare, bardziej stonowane, pozbawione wcześniejszych wyraźnie zarysowanych kontrastów. Czarno-biała polaryzacja zanika. Chwile latania nad powierzchnią ziemi stają się ledwie momentem oderwania na kilka sekund palców od ziemi. Przebywania na dnie, które wydawało się nieskończenie daleko od powierzchni, okazuje się teraz problemem mniejszego kalibru, a dystans jawi się jako tylko trochę wymagający.

Tak samo te stare miejsca, powoli zapominane, staną się dla nas czymś innym. Ponowny powrót pokaże nowe piękno, odsłoni niedostrzegane wcześniej mankamenty, wyzwoli nieznane dotąd emocje, zgasi zapał powracania do przeszłości malowanej przez innego malarza. I tak będziemy starali się zaadoptować. Do momentu, gdy pamięć nie wyzbędzie się rzeczy, do których nie chcemy z powodu obecnej chwili wracać, póki nie zrobi sobie miejsca na nowe historie wszystkiego wcześniej już poznanego.

Mamy tylko teraz, które za chwile stanie się tylko tym, co było. Szykujemy się na to, co ma dopiero nastać, wyczekująć i odliczając czas, by za chwilę znowu to przeminęło. Wszystko upływa zdecydowanie za szybko.

Idę dalej, z poczuciem, że przyjdzie czas na powrót. Szykuję kartki, by pisać nowe powieści. Nie mogę się ich doczekać. Obracam się ostatni raz, by zlustrować wszystko. Opuszczone, ciche, tak jak ja wyczekujące ściany, którym brakuje tła ludzi. Podłoga wyznaczająca dystans, który czeka, aż będzie znowu wielokrotnie pokonywany. Drzwi, których zawiasy chcą się zużywać od nieustannego otwierania i zamykania. Szyby, które są jednocześnie oknami na świat i lustrami nas samych. Nie pozwalają nam zapomnieć, że jest świat i jesteśmy my jako nieodłączne jego składowe. Oddzielają nas i dają przedsmak tego, co nas czeka, gdy przejdziemy na ich drugą stronę. Uchylają rąbka tajemnicy, wyznaczają granicę, chronią i ogradzają. Cienkie, kruche, delikatne.

Pora wyjść, by móc wrócić.