SKAKANKA

Krzyczą do mnie tak głośno. Zasypują mnie takim gradem informacji. Zabraniają mi tak wielu rzeczy. Daję masę świetnych rad i trafionych wskazówek. Budują wysokie stosy przeróżnych wiar, dziwnych religii i ubarwionych historii. Tuszują pewne fakty, piętnują jakąś część prawdy, rozprzestrzeniają korzystne dla nich kłamstwo. Dzielą się z każdym swoim wszechwiedzeniem, wszechmożliwością oceniania, wszechobecnością umysłu, wszechpojętnością świata i wszechpojemnością wszystkiego.

Czasem czuje się przykuta do ściany. Jestem sama. Towarzyszą mi jedynie krople wody, które nieustannie, w stałych przedziałach czasu, spadają na czoło. Nie mogę ich zetrzeć. Nie mogę też się jakkolwiek przed nimi obronić. Nie wspomnę już o tym, że niemożliwe jest przysłonięcie głowy. A one? Postukują mi w twarz, i krzyczą: „myśl, ucz się, dowiaduj, pytaj”. Trochę się nade mną znęcają. Wiedzą, że nie umiem obchodzić zagadnień dookoła. Są świadome, że nie pozostawię, bez refleksji, ważnego tematu. Szczycą się wiedzą na temat mojej emocjonalności, która tak często nie pozwala mi poczęstować kogokolwiek chłodnym spojrzeniem obojętnośći. Znają mój płomień emocji. Zdają sobie sprawę z obecności w mojej głowie młyna, mielącego wszystkie fakty, nastawionego na tryb nieustającego analizowania. Śmieją się, bo prawdą jest, że nie pozbędę się wątpliwości. One o tym wszystkim wiedzą.

Gdzie odnaleźć spokój?

Nareszczie. Nadszedł wyczekiwany finał. Koniec! Mogę, w końcu! Bez wahania chwytam się tego, niczym mojej ostatniej deski ratunku. Mogę się przyznać, że z ogromnym utęsknieniem wyczekiwałam tego spotkania. W końcu wyrwę się z tych ciasnych ścian klatki. Niedbale wzięty oddech i gwałtownie zerwane z półki słuchawki. Muzyka rozbrzmiewa i zaczyna przenikać mój mały świat. Mój mikrotrening właśnie startuje.

Podskoki wybijają spokojny rytm, zgrany z melodyjnością utworów. Stan psychiczny dostraja się do harmonijnego koncertu odgłosów i dźwięków. Dopasowuję swoje przeżycia do aktualnego kierunku nurtu, naginam myśli tak, by płynęły ze mną. Ugniatam także wszystkie niedogodności do małej i zgrabnej paczuszki, którą z przyjemnością wyrzucam przez okno.

Puk, puk, puk. Buty wybijają rytm. Aktywność pobudza komórki. Płuca pobierają więcej tlenu, więc pozwalają na bardziej skoncentrowane spojrzenie i jaśniejsze myślenie. Endorfiny powoli zaczynają oddziaływać na ciało. Przychodzi rozluźnienie psychiki kosztem napięcią mięśni. Malutka i satysfakcjonują cena.

Im pewniej, im szybciej, z im większą determinacją przebijam się przez kolejne etapy skakania, tym więcej zostawiam za sobą.

Trafiłam do dziwnego świata samych mądrych ludzi. Pełnego wielu błyskotliwych idei i mającego za cel zrozumienie wszystkiego i wszystkich. Chyba trochę tam nie pasuję. Nigdy nie byłam „mózgiem”. Za to zawsze kochałam sport. Był dla mnie cudownym ukojeniem i jedną z większych, szczerszych radości. Teraz trochę się zmieniło. Chyba trzeba w końcu dorosnąć. Prawdopodobnie należy porzucić niektóre przyjemności na rzecz poważnych obowiązków.

Stuk, stuk, stuk. Ale teraz oddam się tej mojej ulotnej chwilii. Zanurzę się w tę, tak mi bliską i tak mi znaną, przestrzeń pełną emocji i uczuć. Pozwolę sobie pomarzyć. Dam sobie szansę pokolorować rzeczywistość, choć na chwilę, według własnego widzimisię. Wejdę, cała, w świat bajek, kompletnie ludzkich magicznych stworów i pięknych, szczerych usmiechów, które nakreślą przyszłe historie pokoleń.

Hop, hop, hop. Ostatnie nuty. Ostatni oddech. Ostatni okruch spokoju. Przemija te trzydzieści minut, wyłuskane z kolejnej doby i przeznaczone tylko dla mnie. Pora wrócić do żywych i poważnych, mądrych i pewnych siebie, skonkretyzowanych i zmotywowanych, niepoddających się i chcących rządzić tym światem. Czas założyć kamuflaż, uśmiechnąć się szeroko. Znowu zacząć udawać, że dobrze rozumiem tych ludzi, że podzielam ich spojrzenie na świat, że pasuję do miejsca, gdzie stoję. Będę dalej stwarzać pozory, że jestem jak perfekcyjnie skrojony puzzel. Nie zdradzę im tego, że jedynie jeszcze szukam właściwego obrazka, w który będę mogła zostać włożona. Ten, przy którym teraz stoję, jest namalowany w zupełnie innych barwach, niż wskazuje na to mój strój. Ale reszta chyba tego nie dostrzega. Niech tak zostanie.

Moja tajemnica jest bezpieczna ; )

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.