JESTEM WIERZĄCA

Dlaczego wierzę? Gdzie leży źródło moich przekonań?

Dzisiaj mam w głowie jeden obraz. Dzisiaj on może, choć odrobinę, przybliżyć moje spojrzenie na religię. Dzisiaj właśnie on wydaje mi się słuszny. Dzisiaj ja się w nim odnajduję i go rozumiem. Za to dzisiaj, jutro i wczoraj, dokładnie ta, wiara trzyma, trzymała i będzie mnie trzymać przy życiu. Umacniać moje kroki na ziemi i zarazem unosić odrobinę ponad powierzchnię codzienności. W przyszłości da mi szersze spojrzenie na poprzednie dni. Tak wiele razy pozwolała mi patrzeć wczoraj w perspektywie jutra. Przypomina mi o stałości i zmienności. Bezruchu i pędzie. Moja wiara, sama w sobie, jest tak niedoskonała, chwiejna, niepewna. Dla mnie, tak niezrozumiała, niepojęta, budząca we mnie tyle wątpliwości. Podnosząca w mojej głowie tyle kwestii, zadająca mi tyle pytań, na które nie znam odpowiedzi. Jest ona, zarazem, tak potrzebna, budząca taką wrażliwość i tęsknotę. Wyjaśniająca i dająca same znaki zapytania. Zapraszająca by zanurkować…

Biorę głęboki wdech, otwieram oczy. Otwieram serce. I zanurzam się. Co widzę pod powierzchnią wody?

Obserwacji naszego życia możemy dokonać z dwóch różnych układów. Jeden z nich jest w spoczynku. Stały i pewny. Nie do poruszenia. Początek zaczepiony jest w jednym punkcie czasoprzestrzeni. To w nim prawa zostały ustalone i w nim pozostają niezmienne. Jest to układ, który istniał przed nami. Będzie trwać nadal, nawet, jeśli my przeminiemy. W nim czas może być definiowany wyłączenie jako interwał. On sam nie ma on początku, ani końca. Przestrzeń obejmuje wszystkie możliwe miejsca. Te po ludzku wyobrażalne i te całkowicie niepojmowalne. W nim, jako jedynym możliwym układzie, można znaleźć się w całkowitym bezruchu. Wobec tylko tego układu definiujemy, czy coś się porusza. Bo on we wszechświecie został unieruchomiony.

To w Nim odnajdzie się Poruszyciela. Tam jest początek i koniec. Tam została ustalona prawda. Jedna decyzja, a wszystko inne zostało wprawione w ruch.

Układy poruszają się ruchem przyspieszonym. Każde nasze życie jest pewnym nieinercjalnym układem odniesienia. Patrzymy wyłączenie z centrum naszego układu, ponieważ na stale jesteśmy przyczepieni do jego początku. To w nim zasady potrzebują poprawki, dodatkowych równań, pewnych wyprowadzeń i często obszernych wyjaśnień. W nim czas, mający jawny początek, wydaje się płynąć innym tempem, względem istnień ludzi dookoła. Każdy dojrzewa, doświadcza, przeżywa, rodzi się, umiera w zupełnie innym punkcie, zdarzeniu. Pędzimy, by ten zegar, w którym sekundy płyną o wiele wolniej, niż w układzie spoczywającym, nie pogrążył nas w beznadziei ulotności naszego życia. Chroni nas od świadomości tego, jak krótkie, kruche i jak nic nieznaczące, wobec całego biegu histori całości, jest nasze życie.

W naszych układach zdarzenia są ograniczone linią świata. Część wydarzeń nigdy nie może wpłynąć na nasze życie, ogromna część nigdy nie będzie skutkiem naszych działań. Tak wiele nie będziemy w stanie przewidzieć, na tak wiele oczywistych wniosków nie wpadniemy. Tak mnoga liczba żyć będzie mogła istnieć w tym samym czasie, jednak nie wniesie ona do naszej codzienności nic. Bo linia świata nie sięga naszego zdarzenia definiowanego jako „teraz”.

W tym niby martwym, cichym, spokojnych, trwającym w niezmienności układzie wszystko jest spójne. Nie ma wyszczególnionego punktu, który nie może zostać dostrzeżony. Nie istnieje zdarzenie, które wymyka się spod Jego oka. On nie mieści się w naszym Wszechświecie. Odnaleźć Go można w tym układzie będącym o jeden stopień wyżej. Jeden krok ponad tym, co normalnie dostrzegamy i doznajemy.

Poznanie tego, że jest coś wyżej wynika z odczuwania. Doświadczania pozorowanej siły, wynikającą z bycia w układzie nieinercjalnym. Jest nią życie. Oddech, świadomość, intelekt, wolna wolna. Chęć, by doświadczać, smakować, wstawać, dotykać, badać, odkrywać. Pragnienie, by znaleźć swoje miejsce w świecie, zapewnić sobie bezpieczeństwo, odkryć talenty, poznać ludzi. Potrzeba budowania relacji, zaufania, bliskości, wsparcia, akceptacji. Palący głód miłości, wychodzący z nas, gdy jesteśmy malutkimi dziećmi. Wyciągającymi dłonie ku matce. Uspokajającymi się, gdy zostajemy przytuleni do, znanego nam, rytmu bicia serca rodzicielek. Słuchający głosów, które mówiły do nas, gdy byliśmy jeszcze nienarodzeni. Ale już zostaliśmy poczęci. Już zostało w nas obudzone życie. Powołanie.

To prawo, niby niezbywalne i nadane od urodzenia, jest poddane poprawkom. Przejście z układu do układu zmienia nasze spojrzenie, rozumienie i pojmowanie. Modyfikacja wynika z decyzji ludzi, momentu dziejowego, przeszłości, która już się zdarzyła i przyszłości, która prawie na pewno się wydarzy. Przyczynia się do tego także nasza nieświadomość, niewiedza, zaniedbanie. Często nie podejmujemy się odpowiedzialności za swoje życie i wybory. Pewien determinizm życia oraz skutki działań nas, społeczeństwa nagina nasze spojrzenia na to, co najbardziej naturalne, zdrowe. To coś, powołujące nas do życia, zostaje pozbawione części zapasów tlenu, przez co zostaje utrudnione oddychanie.

W naszym życiu doświadczamy tej pozorowanej siły, gdy codziennie rano otwieramy oczy i wstajemy z łóżka. Powolne poznawanie jej działania umożliwia dostrzeżenie jej częściej, niż moglibyśmy się tego spodziewać. To ona pozwala nam wybaczać, mimo ran zadanych przez nienawiść. To ona unosi nas ponad to, co nas może zabić, przeprowadza nas przez miejsca marte i pozbawione życia. To ona opatruje, złamane brakiem miłości, serca. Ona powołuje nas do odpowiadania na nienawiść miłosierdziem. Przez nią nie potrafimy odpłacić się tym, co wcześniej przyszyło nasze serce kulami przykrości i strachu, smutku i rezygnacji. Ta pozorowana siła mówi: uśmiechnij się, żyj. Daje siłę, by otrzeć łzy cieknące po twarzy. Napędza jeszcze bardziej nas samych, otwierając oczy na możliwości każdego dnia, każdej chwili, każdej najmniejszej sekundy. Pozwala rozwijać talenty. Uczy kochać.

Pozorna… Nieistniejąca? Niedająca się zmierzyć? Nierealna? Wyimaginowana?

Dla nas ludzi, wydaje się ona abstrakcją. Czasem czujemy jej skutki. Odrzucając wiarę, przyjmujemy życie, świadomość jako coś stałego w naszym układzie. Wierzymy zegarowi, który definiuje „świat” jako taki, mający początek w momencie naszego narodzenia, a kończący się wraz z kresem naszego życia. Zatrzymujemy się w układzie, którego punkt zerowy to my sami. Więc skupiamy się wyłącznie na sobie. Naszymi decyzjami zaczyna rządzić egoizm i pragnienie nadania sensu naszej egzystencji. Wydaje nam się, że kochanie wyłącznie siebie wystarczy, a nakarmienie swojego głodu to jedyny cel życia. Przestaje nas interesować szersza perspektywa. Nie decydujemy się na wyjrzenie dalej, poza horyzont kreślony przez czubek własnego nosa. Zadowalamy się półśrodkami, które zostały zmienione na skutek przemieszczenia się ze świata idei. Może boimy się światła, które miało by odebrać cieniu naszego życia rację bytu? Rozświetlając ściany projekcji może okazać się, że wszystko zniknie? Całe pozory, wyobrażenia, brak głębi?

Szukając Boga, wiary zaczynamy szukać tych rzeczy, które rzucają cienie. Nie boimy się, że my znikniemy, bo okaże się, że jesteśmy realni. Namacalni. Z duszą i ciałem. Ciałem, które jest przyszyte do układu przyspieszającego. Duszą, które ma swoje miejsce w układzie niezmiennym. Stałym. Ona nieustannie woła w nas o to, byśmy poznali ją i jej źródło. Byśmy zaczęli pytać o dzisiaj, jutro, wczoraj. Szukali całości, patrzyli na całość i poznawali całość.

Melodie wygrywane na cymbałach naszego tchnienia, niech nie będą pozbawione miłości. Bez miłości faktycznie jesteśmy puści, martwi. Zatraceni i zgubieni.

WAŻNOŚĆ

Gdy coś się w nas zmienia, może obudzić się jakieś wewnętrzne, bardzo silne pragnienie, by zacząć działać, mówić, wskazywać. Oznajmić wszystkim jak cudowne jest poszerzenie perspektywy o jakieś doświadczenie. Opowiedzieć jak wiele można dostrzec przez zmianę kąta obserwacji. Nakreślić o ile bogatsze i pełniejsze jest przeżywanie, gdy zrozumie się jakiś mechanizm kierujący człowiekiem.

Poczucie, że warto zacząć nauczać i zmieniać ludzi. Słuchajcie!

Tylko czego, tak na prawdę, się dowiedzieliśmy? O ile bogatsi jesteśmy w wiedzę? Czy, skoro coś tak łatwo mogło zostać obrócone o 180 stopni, to skąd pewność, że za kilka dni obecne przeświadczenie o słuszności poglądu znowu nie runie? Jak odpowiedzieć na pytania o fundamenty, na których oparliśmy mądrość, kiedy jakieś wątpliwości podważyły lub obaliły tezę z taką łatwnością?

Gdzie szukać niezmiennych źródeł?

Czy stałość może zostać zrozumiania przez tak zmienne istoty, jak my? Czy niezmienność może być dostrzeżona w tak dynamicznie rozwijającej się codzienności? Czy można szukać uniwersalnych prawd, kiedy z tak podobną i zatrważającą skutecznością burzymy, co budujemy. Coraz to nowsze budynki, idee, poglądy, postawy, układy, schematy, nadzieje, imponderabilia… Czy można przełożyć rozum nad emocjami, skoro jedna osoba, jedna sytuacja, jedno słowo, jedna decyzja można złamać człowieka jak słoma? Czy powinno się kierować uczuciami, skoro, tak często, pchają one nas w miejsca kompletnie niestosowne, przeczące instynktowi, odrzucające bariery bezpieczeństwa. Te, które są tak ważne, bo nimi się otoczamy, żeby nie zostać narażonym na ataki złośliwości tłumu wypełniejącego nasze otoczenie?

Czym się kierować?

Czy istnieją słowa mówiące o czymś pewnym? Jest jakaś niezawodna podpora? Każda książka została spisana dłonią ludzką. Każde słowo przeszło przez ludzki proces myślowy. Czasem za szybko wypowiedziane, czasem za długo bywało przetważane i ważone. Co jeśli część z nich, przelewanych na papier, przekazywanych z ust do ust, utrwalanych na nagraniach, wykuwanych na kamieniach, są dyktowane wyłącznie sercem? Nakreślone przez najczystsze pragnienie… Szukanie miłości.

Najwyraźniej ono objawia się ono u dzieci. Malutkich, ufnych, niewinnych, nieuprzedzonych, niedoświadczonych smutkiem i zawodem. Takich, które wyciągają dłonie ku rodzicom bez zastanowienia, bez zawahania, bez myśli, że mogą zostać odrzuceni, zaniedbani, zranieni. Nie ma w ich głowie opcji: niekochany.

Może warto szukać stałości w swoim sumieniu, a w wyrzutach sumienia istoty nakazów moralnych? Może to one mogą pozwolić, w końcu, zbudować jakąkolwiek, sensowną, ścianę, której nie zniszczy byle podmuch wiatru? Stopniowo będą kreślić plany pod twierdze nie do zdobycia? Takie oparte na sile, mające naturę wynikającą z stałości, przenikające czas, posiadające takie same źródło jak krążące dookoła nas atomy?

Jak się nie szuka, to się nie znajdzie.