ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

ZDALNE STUDIA

Tęsknię. Za bliskością, gdy ktoś usiądzie obok ciebie, a ty nie myślisz o tym, że należy się odsunąć. Momentach, kiedy widzisz kogoś znajomego, więc bez żadnych oporów podchodzisz i się witasz. Chwilach spotkania po dłuższej rozłące, przerwanej rzuceniem się sobie w ramiona, bez skrępowania, bez hamowania przypływu emocji i czułości. Bez dystansu. Bez rozważania. Bez miarkowania. Bez ograniczania serca rozumem. Bez nakazów i zakazów. Rzeczywistość, gdy bliskość znowu będzie bezpieczna.

Najlepsze lata. Jednak przelatują przez palce. Momenty, gdy wraz z pierwszymi poważnymi decyzjami, powinno się budować się pierwsze trwałe relacje. Ich zawiązywaniu towarzyszy dotąd nieznana samoświadomość, pewność siebie i wartości, które się wyznaje. Pierwsze prace, pierwsze obowiązki, pierwsze wyprowadzki, pierwsze poważniejsze potknięcia, pierwsze przygody związane z niezależnością i większą dozą samodzielności. Zdecydowanie większa odpowiedzialność i często też większa niepewność.

Zamiast tego jesteśmy zamknięci – w bańce niezmieniającej się codzienności. Każdy następny dzień jest wyłącznie planem włączenia się online do kolejnych wykładów czy ćwiczeń, gdzie anonimowo trwamy w zaciszu i cieniu. Nie odzywając się, nie wychylając. Jesteśmy niewidoczni. Niepoznani. Przyzwyczajamy się do tego, zwinnie omijamy odpowiedzialność zabrania głosu. Liczymy, że ktoś inny zrobi to za nas. Czujemy się bezpieczni, bo możemy udawać, że nas nie ma i nikt nas nie zmusi do tego, by partycypować aktywnie.

Dlatego nauka zaczyna tracić sens. Materiały są tylko zbitkiem wyrazów, utrwalonych na kartach, wielokrotnie używanych, książek.  Przyswajasz to, co musisz i przechodzisz do następnego zagadnienia, bez refleksji, bez zachwytu, bez rozbudzonej ciekawości. Jak automat. Niby bogatszy o jakąś nową wiedzę, jednak znacznie uboższy o ducha. Bo niewiele pozostało tych osób, z którymi można porozmawiać o tym, co właśnie doświadczenie pokazało. Nie ma do kogo podejść na korytarzu, by spytać, czy zrobił zadanie. Nie ma wspólnej nauki na wydziale do kolokwiów, przesiadywania w bibliotece, czy wspólnych wyjść po zdanych egzaminach, by świętować sukcesy.

Nie ma relacji. Maile obdzierają nas z człowieczeństwa. Nadają nam rangi enigmy. Jeden z wielu studentów. Napisał w typowej sprawie. Jak jeden z tego jednolitego tłumu. Teraz nie mamy twarzy. Nie widać po nas emocji. Nie możemy przekazać nic mimiką czy postawą. Nie zjednamy sobie ludzi, nie zbudujemy bliskości. Nie spowodujemy, że atmosfera na zajęciach będzie lepsza przez korzystanie z nici porozumienia o wiele głębszej niż werbalny komunikat.

Przerwy, które zawsze były wytchnieniem w wysiłku, są teraz jedynie momentem grobowej ciszy po drugiej strony słuchawki profesora. Męczą jeszcze bardziej. Brak rozmów, brak narzekania na to, że zajęcia się dłużą, albo straciło się w połowie wątek. Nie ma możliwości podejścia do tablicy, by przeanalizować zadanie. Zostajesz wyrwany z transu słuchania, by zostać ponownie wrzucony w tę samotność i brak interakcji. Masz tylko płaski obraz ekranu. Nie wszyscy mają siłę, by nadawać tym obiektom pojawiającym się na monitorze, czyli ludziom, ducha.

Za chwilę zapomnimy, jak wygląda trzeci wymiar. Jak bliskie mogą być relacje z ludźmi, którzy wcale nie są nam tacy dobrze znani. Jak wiele czynników składa się na to, że obcujemy z kimkolwiek. Jak złożony może być kontakt, jak mnóstwo rzeczy można przekazać bez słów. Będziemy na nowo uczyć się ujmować za dłoń, by pocieszyć, przytulać, by dodać otuchy, witać nie tylko przez skinięcie głową i obejściem kogoś w dwumetrowym dystansie.

Pozbycie się tej nabytej samotności będzie jak gwałtowne zdarcie opatrunku z wcale niezagojonych ran. Bo one się nie zagoją. Tęsknota za ludźmi pozostanie. Taka jest nasza natura. To mnie trzyma. Wiem, że mimo przedłużających się zdalnych studiów, będę tęsknić. Dziękuję za to.