WSPOMNIENIA

Nasz mózg jest bardzo oszczędny w przydzielaniu pamięci. To wyjaśnia, dlaczego wspomnienia, z czasem, tracą na wyrazistości oraz bogactwie obrazów. W sieci neuronów naszego mózgu potrzymywane są tylko ścieżki wytyczone przez główne myśli związane z danym wydarzeniem. Dlatego w głowie pozostaje jedynie clue całej historii, a klatki urywek scen blakną, kontury postaci stopniowo są rozmywają, emocje gasną w swej intensywności.

Można postawić smiało tezę, że wspominanie pozbawia nas szczegółów. My, jednak, decydujemy się na te straty, by móc wracać do przeszłości. Chcemy ożywiać historie już przeżyte, podtrzymywać w naszym umyśle obecność osób, które odeszły z naszego życia, zatrzymywać przemijalność czasu i nadawać znaczenie wszystkiemu, co nam wydaje się ważne, a na tym świecie nie odciska to żadnego piętna.

Ostatnio często rozważałam, czy przypadkiem, lub celowo, sztucznie nie nadałam znaczeniu niektórym wydarzeniom. Czy faktycznie jakieś spojrzenie lub słowo mogło by coś zamieszać w pozornym porządku mojego życia? Czy ta, kilkukrotnie przeciągnięta w czasie, sekunda faktycznie coś skrywała?

Niestety, wrażliwość zbyt często podkręca wagę gestów i komunikatów. Większość powie, że na pewno to był jedynie nieistotny detal. Jednak dla tych wyczulowych może być to sygnał informujący o nieuchronnie zbliżającej się porażce lub jawna przesłanka, która może wywróżyć chwalebny sukces.

Mimo to, często polegam na własnym osądzie, ocenie i spostrzeżeniach. Jednak dopiero się uczę. Na pewną liczbę trafień, przypada dwa razy tyle pudeł i potknięć. Też nie uniknę wielu twardych i bolesnych zderzeń ze ścianą, w chwilach, gdy pod osłoną cienia miał się rozciągać długi korytarz perspektyw, a okazało się, że nie jest to nic, poza ślepym zaułkiem.

Teraz mogę rozpamiętywać, by szukać odpowiedzi na tamte sytuacje. Wracać pamięcią do przeszłości, która blaknie, przez co coraz mniej mogę z niej wyciągnąć. Dlatego pozostaje mi często jedynie się uśmiechnąć, do tego, co niesie, po prostu, pozytywne emocje. Uwalniam te wspomnienia z kajdan, które próbowały wymusić na obrazach pokazanie innej twarzy rzeczywistości. Tej istniejącej za sprawą moich życzeń i chęci. Nie pozwalały myślom dojrzeć, umysłowi się oczyścić, głowie odpocząć. Teraz chcę je wypuścić, a sobie pozwolić zamknąć jeden temat.

Bo za każdym razem, gdy zamyka się jedne drzwi pomieszczenia, trzeba otworzyć kolejne, by móc przejść dalej, do następnych segmentów budynku. Nie uniknie się poszukiwania furtek, które można otworzyć. Będzie wiele prób jak daleko można zajść i gdzie można dotrzeć. Sprawdzi się też wytrzymałość kłódek, które na pierwszy rzut oka blokują drzwi. Niektóre będą założone jedynie prowizorycznie. Odstraszają pozorami, bo tak na prawdę są liche i nie spełniają należycie swojej funkcji. Często są one jedynie mimetyczną przeszkodą, tak łatwą do przeskoczenia. Odrobina siły, jeden zdecydowany gest, podejście do problemu i odwaga, by się czemuś przyjrzeć i coś zdziałać.

Często sama perspektywa zamknięcia wystarcza, by porzucić próbę otwarcia.

To, co teraz otwieram, może zaprowadzić mnie w miejsca niesamowite. Boję się tego, ale też mam jakąś głęboką nadzieję, że drogi znów się przetną. Może tak ma być. Może dokładnie dlatego wszystkie niewiadome wiodły ku temu miejscu, gdzie stoję. A może znowu piszę nierealne scenariusze, które tylko dają ułudną nadzieję na coś… Dlatego uwalniam te wspomnienia. By nie dawały nadziei krępującej, zamykającej na konkretne plany. Jedynie pobudzającą ekscytację, ciekawość i ogromną chęć. Tę do działania. Tę do czynów. Tę do prób. Tę do nauki.

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

MALUCH

Od wielu dni obserwuje niezwykłe zjawisko. Jest nim praca malutkiego ptaszka, który próbuje nauczyć się latać. Sytuacja fascynuje, motywuje, skłania do refleksji, otwiera oczy. Jednocześnie obserwacja dogłębnie porusza, nie daje ukojenia wrażliwości, szarpie za struny serca napiętego współczuciem i chęcią pomocy.

Ten dramat jest zdefiniowany przez pewien tragizm. Stworzenie nie wie, czy jest nielotem, czy jednym z tych gatunków, które wznoszą się hen wysoko, pod sam nieboskłon. Codziennie, wielokrotnie, powtarza swoje próby. Stara się uporczywie polecieć. Często musi walczyć z samym sobą. Mierzyć się z przytłaczającą beznadzieją, która przypomina – po tylu przymiarkach jeszcze nie odleciałeś, to wszystko jest bezcelowe, nic się nie zmieni. Dobija go niewiedza, czy w ogóle jego skrzydła mogą go ponieść.

Samodzielność dojrzewania postawiła go w sytuacji, gdzie nie ma osób, które podsuwają odpowiedzi pod nos. Część opieki rodzicielskiej przeminęła. Jedyna droga, by potomstwo mogło poradzić sobie z trudnościami w dorosłym życiu, to pozwolić mu samemu decydować i działać. Poprzedzone to będzie przejściowym okresem niewiedzi, braku jasnych wskazówek i wielu godzin szukania, upadania i powstawania.

Motorem tego ptaszka jest wewnętrzne, bardzo silne poczucie, by polecieć. Może jest to instynkt, może tylko chęć, może po prostu marzenie inspirowane wędrówką innych. W głowie ma ułożone kilka planów na możliwe trasy, pewnie multum wyobrażeń, jak wiele może się przytrafić takiej kruszynie, jak on. W tym wszystkim, on nie rozumie, gdzie znajduje się źródło tego wewnętrznego impulsu. Jest jedynie, boleśnie, świadomy jego dominacji nad innymi popędami. Codziennie poznaje siłę rażenia i uporczywość ataków impulsów „rób”, „próbuj”, „nie poddawaj się”.

Całkowicie irracjonalna nadzieja powoduje, że jakoś zbiera się w sobie. Przyjmuje pozycję startową, taką samą jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni i rozpędza się. Podskakuje, z całych sił, i zaczyna rozpaczliwie machać skrzydłami. Doświadcza tego błogiego, tak ulotnego, poczucia wolności, lotu, oderwania się. Kosztuje jego slodyczy, otrzymuje taki maleńki kęś. Udaje mu się przez kilka sekund utrzymać nad ziemią. Jednak spada, kolejny raz. Delektowanie zostaje bardzo brutalnie przerwane. Cudowne wspomnienie natychmiast poprawione o przykre zakończenie. Piękne kolory przeżywania otrzymują domieszki szarości, czerni i szkarłatu. Kolejny raz obite sobie skrzydła i ponownie pojawiające się pytania: po co w ogóle mu zostały dane, skoro wydają się tak bezużyteczne. Czemu coś go pcha do tych całkowicie niszczących prób.

Jak można się spodziewać, punkt kulminacyjny nie nadchodzi. Było by nim potwierdzenie. Upewnienie. Tak, kiedyś polecisz. Nie, nie jesteś ptakiem lotnym. Determinizm sytuacji, zamiast przyniesienia ulgi, każe dalej podejmować próby. W tym drobnym ciałku nie można zagłuszyć tego głosu wołającego: „próbuj”. Więc ptaszyna wciąż walczy. Czekając, z ogromnym utęsknieniem, na tę upragnioną chwilę wytchnienia – odpowiedź.

Do tego czasu…

Tylko wstaje, obity i zadrapany. Często coraz bardziej obojętny, działający jak maszyna. Jego stan oscyluje od poczucia, że jest dość silny, do stanu, gdzie myśli, że już więcej niepowodzeń nie zniesie. Poziom siły waha się od „jest jej wystarczająco” do „niezwłocznie uzupełnij zapasy”. Pozorne wyobrażenie, że upadek nie przybije tak mocno, zostaje szybko zweryfikowane przez trud, który prawie uniemożliwia wstanie o własnych siłach.

Nie można pojąć dlaczego tak bardzo chce się próbować, skoro zna się skutek. Po co się działa, próbuje, walczy. Dlaczego pomimo wyczerpania zrywami, upadkami i powstawaniem, ciągle odzywa się to silnie bijące serce. Dyktujące niezmiennie rytm życia. Nawet te odbijanie się od ścian, zamykających w danej sytuacji, nie pozbawia całkiem tchu. Cegły, które wypalane są z prób i trudności, w procesie wypalania dokonują zmian również w nas.

Jedyne, co nas trzyma i co pozwala nam unosić głowę, spojrzeć na niebo, to nadzieja. Że kiedyś się dowiemy.

WIARA

Stajemy z wiarą i nadzieją przed tłumem. Przed nami rozpościera się wielka, żywa ściana. Możemy przyjrzeć się każdej twarzy. My pozostajemy pewni siebie, wyprostowani, z głową uniesioną wysoko. Jest w nas przyczajony ogień, gotowy zapłonąć jasno, gdy nastąpi atak. Płomień pragnienia pozostania sobą, ze swoimi wartościami, ze swoją wiarą, nadzieją, dobrem do końca świata. Iskra. Niewielka, ale przez to tak trudna do zlokalizowania. Z tego powodu nie sposób ją zgasić.

Jesteśmy całkowicie obnażeni, szczerzy w tym, że pokazujemy siebie. Nie imitacje, nie obrazy, nie kukły, nie manekiny, nie modele. Nie zamierzamy się ukrywać, ani wycofywać, choć boimy się: liczby i rozmiaru, powierzchni i wymiaru. Tak. Pozwolimy sobie przykleić te łaty i etykiety. Zgodzimy się na te niemające granic, ani moralnych, ani w sile rażenia, osądy, komentarze, uprzedzenia.

Ilu z nich będzie tylko lustrować naszą powierzchnię?

Kto usłyszy te mocne, niestrudzone bicie serca, łączące wszystkich w jednakowy sposób? Dające każdemu tę samą, niezbywalną godność do życia i do nazywania się człowiekiem.

Czyżby? A może on jest tym, za kogo my go uznamy?

Kimś głupim?
Kimś bez wartości?
Kimś brzydkim?
Kimś grubym?
Kimś, kto nie osiągnie nic?
Kimś do kitu?
Kimś, kto zawiedzie?
Kimś kto nawali?
Kimś, kto się myli?
Kimś, kto nie ma racji?
Kimś o idiotycznych poglądach?
Kimś kto po prostu nie zasługuje na szacunek? Na akceptację? Na miłość?

A Ty wydając takie osądy zasługujesz na pochwały? Po co to mówisz? Lepiej się czujesz, gdy kogoś poniżysz? Na tym budujesz swoją wartość? Podbijasz swoje ego tym, że spojrzysz na kogoś jako tego gorszego od siebie? Co Ci daje to porównywanie? Myślisz, że uda Ci się zapełnić tę pustkę? Tę wielką, pochłaniającą każdę światło czarną dziurę, która wynika z tego, że nie czujesz się dostatecznie dobry, akceptowany, lubiany, kochany…

Taka brutalna metodyka. Brakuje Ci miłości, więc odbierzesz ją komuś innemu. Niech na tym świecie zapanuje sprawiedliwość. Równość złamanych serc, skrzywdzonych dusz, zapomnianych indywidualności, zgubionych wartości, zniszczonego piękna.

Nienawiść nie jest lekarstwem na brak miłości. Ale odważysz się do tego przyznać? Potrafisz uznać, że czegoś Ci brakuje? Że myśli o byciu głupim, brzydkim, bez wartości, bez intelektu, bez talentu, bez nadziei Cię przytłaczają? Że masz dosyć tego, jak brak akceptacji Tobą poniewiera? Że nie kochasz dostatecznie siebie, dlatego nie jesteś w stanie uszanować życia, godności innych?

Ta pustka jest do zalepienia. Wystarczy chcieć kochać i być kochanym. Przestać nienawidzić. Skończyć zabijać okruchy dobra, zalążki nadziei, ziarna wiary. Zmierzyć się z tłumem i zdobyć się na odwagę, by wyciągnąć rękę. Do każdego i do nikogo konkretnego. Pokazać, że nie chcesz walczyć, że nie jesteś przeciwko nim tylko jednym z nich. Kimś tak samo pięknym i cudownym. Że masz w sobie gotowość, by uświadomić ich o ich niesamowitej wartości i niepowtarzalności.

Chcesz być przykładem, że można? Bo można.

KOMU WIELE DANO…

Z dnia na dzień coraz bardziej zaczyna mi brakować słów. Odpowiedzi, które się pojawiają, ścinają z nóg. Pojawiają się frazy niemogące trafnie oddać sytuacji. Zdania, rozrzucone, lecą dokąd wiatr je tylko porwie. Dźwięki urywane w połowie. Potężna cisza, która jako pierwsza, i jedyna, wychodzi z ust.

Ale melodia serca, mimo werbalnych ograniczeń, rozbrzmiewa. Łkająca. Błagająca o chwilę uwagi. Nęcąca. Nie dająca ukojenia. Jężąca włosy na głowie. Budząca. Piękna i smutna, prawdziwa i wielowymiarowa. Prosi: „daj mi głos”. Wskazuje: „to moja kolej”. Pyta: „Mogę teraz ja pokierować?”

Każde uderzenie w klawisz wybrzmiewa kolejnym znakiem zapytania, znaną duszy odpowiedzią i ładunkiem emocji, danym, jako doświadcznie, tylko odbiorcy. Układają się w niekończący się utwór. Opowiadają o tych miejscach, które przerażają. A on bezwględnie domaga się, byśmy zwrócili ku nim oczy. Obrazy zaczynają się powoli przesuwać. Rozpoczyna się projekcja.

Czy można zrozumieć potrzebę wsparcia, pocieszenia, pomocy, gdy wszystko jest dobrze? Czy da się spojrzeć z pełną empatią na ubóstwo, póki samemu się tego nie doświadczyło? Czy jeste możliwe, by okazać całkowite zrozumienie komuś, jeśli nie było się w analogicznej sytuacji? Czy potrafimy zdjąć z naszych barków płaszcz komfortu i zacząć patrzeć, czuć i doświadczać, choć na chwilę, bez żadnej ochronnej warstwy?

Czy jesteśmy świadomi tego, jak wiele zostało nam ofiarowane? Jak mnogie skarby są poukrywane w skrytkach naszego życia: te zakopane tak głęboko, że o nich po prostu zapominamy? Czy wiemy, że żadna z rzeczy w naszym życiu nie jest dana każdemu? Poczynając od życia, przez sprawne ciało, umysł, pełne zdrowie, dom z łóżkiem, rodzinę, która kocha, przyjaciół, którzy są obok po akceptację, zawód i kilka złotych oszczędności, zbytku? Czy potrafimy sobie wyobrazić, że można być pozbawionym możliwości zmiany lub wyboru? Że tak wielu osobom pewne rzeczy zostały narzucone i jedynym rozwiązaniem było poddanie się im? Czy wiemy, że są istnienia, których bieg został zdefiniowany przez wolę innych? Że są tacy, bezbrzeżnie podporządkowani skienieniom palców innych? Że są ludzie, którym nikt nigdy nie pomógł wyjść z sytuacji, dla nas tak często niewyobrażalnych, niemożliwych do przyjęcia? Nie wszyscy dostają światło na swojej drodze, nie każdy znajdzie dobrego przewodnika, który zaprowadzi w ciepłe, bezpieczne schronienie, nie każdy ma tyle szczęścia co my. Nie ma rzeczy, które nam się należą, nie ma wyprawek, które na pewno dostaniemy wraz z poczęciem.

Widzę jak bardzo nie potrafię tego dostrzec, nie umiem wyobrazić ani nie jestem w stanie wczuć się. Tak liczne ograniczenia…

Czuję ten ciężar szczęścia, które otrzymałam. Powinnam być przez to radosna, ale rodzi się we mnie bunt: czemu tylko ja mogę dźwigać tak ogromny bagaż podarków? Co z resztą?

Pora na wykorzystywanie szans, pomnażanie talentów. Dzielenie się tym, co się posiada. Pracę nad sobą, by być w stanie zrobić jak największy użytek, z każdego daru. Otrzymałam tyle i czuję tego odpowiedzialność. Są wymagania, jest zaproszenie do działania. Protesty nic nie dadzą. Można po prostu postarać się w tym małym, ograniczonym paśmie ziemi, gdzie funkcjonuję i żyję, coś zmienić. Mierna jest moja siła, malutki jest mój zasięg, nikłe są szanse. Ale spróbuję. Dla innych, dla siebie, dla każdego.

… od tego wiele wymagać będą.

ZWIERCIADŁO

Stoję przed zwierciadłem. Szybą pokrywającą się kroplami deszczu. Woda spływa powolnymi strugami, znacząc korytarze na szkle. Może są to łzy? Wszystkich noszących w sobie zbyt silne emocje, za bardzo miażdżonych cierpieniem, pozbawionych światła? Skoro tak, to pewnie też tych niehamujących radości, wzruszonych dobrocią i ciepłem, przeżywającyh najpiękniejsze chwile, a zarazem świadomych, że jeszcze piękniejszy czas ma dopiero nadejść?

Czuję się jakbym trwała w jakimś zawieszeniu. Codziennie budzę się w tym samym łóżku, otoczona tymi samymi ścianami. Za każdym razem mam te same ciało, choć o jeden dzień starsze. Towarzyszy mi zawsze odrobinę inny humor, niż przy zasnięciu. Ujawnia się wiecznie zmieniający się nastrój. Duch wołający o oddech. Każdego poranka odrobinę inna, ale zawsze jednak taka sama. Wszędzie krążą sprzeczności, które się dopełniają. Czekająca… na co? Na zmianę? Jak każdy. Na coś niespodziewanego? Zdecydowanie. Na coś, czego nie będę chciała przyjąć? Tego nikt nie chce wypatrywać.

Uczę się cierpliwości. Do czasu, gdy coś się może zmienić, pozostało dwadzieścia kilka dni. Coś się wtedy na pewno skończy. Coś się może zacznie. Coś trzeba będzie porzucić, w coś się przeoblec, czemuś zaufać i coś zostawić nieodwracalnie za sobą. Część pytań może w końcu dostać odpowiedź. Może stanę twarzą w twarz z prawdą, może jedynie wskazówką, może pogniecioną mapą bez sztywno wytyczonych szlaków. Zostanę poddana weryfikacji. Czy moje oczekiwania były trafione, czy myśli biegły słusznym torem?

Ujrzę w zwierciadle ponownie swoją twarz. Oczy, które może będąć wołać o to, by wydarzyło się coś innego? Uśmiech, który będzie fałszywy i wymuszony? Czy będą ślady na skórze po źle przespanych nocach? Czy da o sobie znać znużenie monotonią tych samych czynności? Może zmierzę się z następną lekcją, podszytą ponowną prośbą: „bądź cierpliwa”? Kolejne zwalczanie buntu i nabieranie pokory? Niby tylko pragnąca przetrwać semestr i zdać sesję. Przygotować się do zanurzenia w nowe działy nauki, którą studiuję. Płonie we mnie światło, pragnienie, świadomość, że nie chodzi tylko o to…

Jeśli nauczę się tej trudnej lekcji, jaką jest tłumienie pragnienia posiadania wszystkiego na już, to przygotuję się na to, co ma nadejść. Wiem, że będę zaskoczona. Zapisana zostanie historia zupełnie inna, niż tysiąc scenariuszy, które namalowałam w głowie. Pojawią się całkowicie odmienne emocje od tych, które przewidywałam. Dzięki oczekiwaniu uzbrajam się w elastyczność i chęć przyjęcia tego, co będzie, dokładnie takim, jakim ma być. To ile okazji, dobra, ciekawych perspektyw dostrzeżemy w codzienności zależy głównie od nas. To my decydujemy, na ile jesteśmy w stanie zrezygnować z oczekiwań, planów i sztywnych założeń, by wyłuskać coś, co wyszło całkowicie poza naszą umiejętność kreowania przyszłości i przewidywania.

Nie chcę niczego przeoczyć. Codziennie doświadczam, że na dużo rzeczy mam wpływ. To jak przeżyję emocje, jak podejdę do sytuacji, jaką wagę nadam jakiemuś problemowi, jak bardzo docenię, to, co mam i na ile będę się koncetrować na pozytywnych rzeczach, których jest przecież tak wiele.

Żyję nadzieją, że jutro może być cudowne. Każdy dzień jest darem. Pięknym, niepowtarzalnym. Zaczynamy od otwarcia oczu i wzbudzenia w sobie świadomości, że oddychamy. Co zrobimy później? – o to należy zapytać siebie. Czy wykorzystamy siłę, którą otrzymujemy z tchnięciem w nas życia, by walczyć o dobry czas?

Czy w ogóle trzeba walczyć? Czy niektóre rzeczy nie mogą przyjść z łatwością? Czy nie jest to nadmierna komplikacja rzeczywistości?

Mam wrażenie, że te najbardziej wyczekane, te najrzadsze, wymagające największego wysiłku, stawiające nam jakieś przeszkody na drodze, rzeczy, wydarzenia i emocje cieszą najmocniej. Dają największą nadzieję. Najbardziej budują i najdosadniej uświadamiają o wartości oraz głębi tego, co nam się przydarza. Dzięki temu pielęgnujemy z czułością, muskamy każdy detal piękna tego, co zostało właśnie złożone w nasze ręce.