DELIKATNOŚĆ

Jednego dnia chcemy burzyć ściany. Walić pięściami w mury i trząść fasadami budynków. Mamy w sobie gotowość, by, na jeden, krótki rozkaz, wyruszyć. Natrzeć z impetem i pewnością.

Za to drugiego… czujemy się tak słabi, krusi, delikatni. Zastanawiamy się skąd wczoraj w nas było to przekonanie o własnej niezłomności, skrytej głęboko sile i niechybnej wygranej.

W jednej chwili energiczni. Rozkoszukący się każdą sekundą. Pragnący wycisnąć, z nadarzającej się okazji, ile jest tylko możliwe. Pare zdarzeń później nie pozostaje z tej witalności nic, poza zmęczeniem i rezygnacją.

Nasza codzienność jest niczym rejs malutką łodzią po lekko falującym morzu. Unoszeni chęcią zmienienia świata, by zaraz doświadczyć chwili grozy opadania w dolinie fali. Możemy próbować to pojąć i udoskonalać jakiś wewnętrzny sensor, wykrywający najmniejszą zmianę ruchu łajby. Dzięki zauważeniu pewnych, tendencji, jesteśmy w stanie nakreślić możliwe potencjalne scenariusze rozwoju akcji. By być jeszcze lepiej przygotowanym na to, co ma sie wydarzyć, staramy się nauczyć na pamięć, morza naszej osoby. Wtedy nasze przewidywanie i szacowanie jest jeszcze trafniejsze i bardziej prawdopodobne.

Podejmujemy się tego, bo to jedyna możliwość, by być w miarę przygotowanym na nieznane. Tak bardzo lubimy wiedzieć. Zaglądamy do szklanej kuli naszej głowy, by odkrywać karty opowiadające o jutrze.

Działamy, jakbyśmy odrzucali fakt, że powierzchnia taflii jest nieustannie kształtowana przez pogodę, tak bardzo niezależnie od naszej woli. Codziennie drażniona przez subtelne podmuchy wiatru. Całkowicie odmieniana za sprawą gwatłownych zrywów wichury.

Mimo to nie poddajemy się. Czynimy wszystko to, co jest w zakresie naszych możliwości. Zwiększamy swoje szanse dobrego przeżywania każdego dnia.

Czasem jednak przychodzą takie dni, kiedy zdejmujemy z siebie presję gotowości do walki z żywiołem. Zamykamy oczy, kładziemy się na deskach pokładu i zatracamy się w chwili. Doświadczamy innego unoszenia. Kosztujemy smaku dryfowania i falowania. W takich chwilach, te kołysanie przez grzbiety fal koi nasz spracowany umysł, wycisza głośno kołatające, z nerwów, serce, rozluźnia napięte, od nieustannego utrzymywania równowagi, mięśnie.

Jak błoga jest chwila poddania się sobie. Częściowa rezygnacja z usilnego trzymania kursu, mimo wielu potencjalnych przeciwności.

Pozwolenie sobie na odpoczynek. Wyswobodzenie się spod jarzma nieustannych prób odpowiadania, szukania i przewidywania.

Wtedy, dzień bywa wyznaczany przez wędrówkę słońca po nieboskłonie. Noc rozświetlana jest przez, dodatkowe, morze gwiazd. Niezliczonych, odległych, pięknych, migoczących, unoszących się nad nami. Przyglądając się im, zapominamy o wszystkim. Podziwiamy. Kule ognia, będące tak wiele lat świetlnych od nas. Nieosiągalne dla nas. Nie do poruszenia. One nigdy się nam nie podporządkują. To my możemy, może musimy, ulec ich urokowi. I oczywistemu czarowi wszechświata.

W tych krótkich i długich, ulotnych i wolno płynących chwilach obserwacji nie musimy nic. Chłoniemy to piękno oczami, ciepło skórą, życiodajność oddechem. Ładujemy się na nowo. By walczyć i upadać. Znosić trudy i rozkoszować się zwycięstwami.

Mamy na uwadze jednak swoją mikroskopijność. Wokół nas są rozstawione znaki przypominające nam, że my, jako ludzie, mamy tak wiele barier, których nie przekroczymy. Próbujemy badać tak wiele rzeczy, jednak one są tak bardzo poza zasięgiem doświadczenia. Mamy niezmiernie bogate, ale także ograniczone pole poznania. Empirycznego i intelektualnego. Potrzebujemy sprzętów, maszyn, koncepcji, planów, wzorów i wiedzy. By pojąć.

Że jesteśmy tylko kruszynkami w świecie. Drobnym pyłkiem. Kochającym piękno organizmem, zamieszkującym jedną z miliardów galaktyk.

Taka małość, wewnętrzna, materialna czy intelektualna, pozwala zachwycać się wielkością rzeczy, które nie muszą się starać. By trwać, by być majestatyczne, by być ponad, by wywierać wrażenie. To jest wpisane w ich naturę. Po prostu takie są. My dzięki ich dominacji, mamy szansę uczyć się o cudowności. Warto pozwalać się fascynować. Każdemu dniowi. Każdej wędrówce świata. Każdej opowieści nieba. Każdej ścieżce słońca. Każdej historii człowieka. Każdemu biegowi promienia. Każdemu oddechowi życia.

MAŁOŚĆ

Czasem człowieka dopada małość jego życia. Małość sensu jego istnienia, jego miejsca na tym świecie, jego siły i zasięgu działania. Małość mikroskopijności zmian wywartych przez przeżycie kolejnego dnia, jako ciągu logicznych, spójnych wydarzeń nazywanych egzystencją. Budzi to lęk, zagubienie, złość, poczucie bezsilności.

Zaczynamy się wtedy mierzyć z pytaniami – czy da się coś z tym zrobić? Czy można sprawić, by ten nierówny podział dóbr na ziemi, nie był tak wyraźnie zarysowany? Czy da się zgasić w ludziach nienawiść, żądze władzy i posiadania czy kontrolowania, które pchają do wojen, bitw, starć, rozłamów? Czy jest możliwe przebaczenie i uzyskanie przebaczenia, pomimo kłótni, wieloletnich waśni, odmiennych stanowisk? Czy istnieją jakiekolwiek płaszczyzny porozumienia dla ludzi stojących na dwóch, zupełnie różnych, biegunach postrzegania jakiejś sprawy? Czy da się w sobie wyrobić postawę, która pomimo wyrywającej się z serca niezgody lub sprzeciwu, nie pozwala na obrażanie, bezsensowne krytykowanie, psychiczne ataki czy manipulację?

Czy są metody, by zaleczyć rany zadawane brakiem miłości? Czy da się wykarmić wszystkich tych, którzy teraz nie mają, kiedy my mamy za dużo? Czy da się kochać, szanować, pomagać?

Kiedy zrozumiemy, że egoizm nigdy nie sprawi, że pokochamy siebie i swojego życia? Że dyktowane nim zachowania nigdy zaprowadzą nas do upragnionego raju zwanego szczęście? W momencie, gdy my się bogacimy, ale ktoś inny ubożeje, sumienie odzywa się i przypomina, że każda akcja pociąga za sobą reakcję.

Sytuacje, gdy dbamy wyłącznie o własne interesy, odebrają naszej ocenie szerszą pespektywę. Nie potrafimy dostrzec, że mimo chwilowego stanu zadowolenia, na mecie wyścigu staniemy sami. Spełnienie nagrodą i bogactwem, które zostanie nam wręczone, nie znajdzie źródła ujścia przez brak możliwości podzielenia się tym wszystkim z kimkolwiek bliskim, bo przecież nikt nie został w trakcie biegu wliczony w czyjś sukces. Wszystkie chwile, gdy zwracamy uwagę wyłącznie na swoją osobę, powodują, że ludzie patrzą na nas z rezerwą i trzymają do nas znaczny dystans. Nie można zbudować bliskiej, wręcz, ośmielę się powiedzieć, jakiejkolwiek sensownej relacji, kiedy staramy się wejść w nią z nastawieniem „ja jestem w centrum”, „tylko ja się liczę”. Słuchaj o mnie, zachwycaj się mną, chwal mnie, pomagaj mi, dawaj mi poczucie bliskości, zaspokajaj, przytulaj, kochaj, pocieszaj. W tej relacji jesteś tylko ty sam. Ty i Twoje potrzeby, które nigdy nie zostaną spełnione, bo nikt nie pojawi się obok. Każdy będzie trzymany poza murami zamku, wzniesionymi przez egocetryzm i pychę.

Budowanie fortun, stawianie sobie pałaców, gromadzenie bogactw – to wszystko okaże się niczym. Wszystko zostanie zweryfikowane w momencie, gdy twoje życie będzie się kończyć. Wszystkie wspaniałe budowle, budowane na fundamentach pragnienia zaspokojenia wyłącznie własnych potrzeb runą jak domy budowane na piasku. Zalane falami samotności, bezsensu, żalu, wyrzutów sumienia, tęsknoty, nieuchronności tego, co ma nadejść. W tej chwili nic nie będzie mogło przywrócić ludzi, których się odrzuciło czy zraniło swoim postępowaniem. Zabraknie czasu, by wyjednać sobie przebaczenie. Sumienie zacznie krzyczeć tak głośno, wspomnienia zaczą przesuwać się tak szybko i wyraźnie. Serce pozostanie niewzruszone wobec prób znieczulenia i uciszenia. Pokaże swoją naturę i prawdę o pragnieniach, myślach. Nic też nie zgasi przerażenia wobec tego, co było ani strachu przez tym, co będzie.

Małość życia, które może być zgaszone jak zapałka. Czasem jedna decyzja innej osoby, jeden nierozważny ruch, jedna akcja dyktowana emocjami, jedno nieprzemyślane słowo, jeden nieodpowiedni gest może zaważyć na wszystkim, co defniuje czyjąś codzienność. Czas, którego nie można cofnąć. Życzenia, by naprawić to, co się zniszczyło. To wszystko często nie przywróci niczego. Niesprawiedliwość w tym, że czyjeś życie od pierwszych sekund jest zdeterminowane przez czyjąś osobę, moment dziejowy, miejsce urodzenia, zdrowie. Czynniki całkowicie niezależne i niepodlegające naszej woli powodują, że na starcie możemy być za kimś daleko w tyle, od początku pozbawieni jakichś możliwości. One wszystkie definiują nasze postrzeganie, przeżywanie, doświadczanie, perspektywy, ścieżki i późniejsze decyzje.

Małość w świadomości, że to zmiany rządzą naszym życiem. Że każdej następnej doby nasze ciało jest o jeden dzień starsze, nasz umysł o jeden dzień mądrzejszy, historia życia o jeden dzień dłuższa, serce nadwyrężone o pracę stu tysięcy uderzeń. Cudowny, wyższy gatunek ludzki mający wolną wolę, mogący podejmować decyzje, a jednak podlegający życiowemu determinizmowi przypadku, może przeznaczenia, wpływom innych, odpowiedzialności za siebie i za każdego człowieka dookoła.

Świadomość tego, jak świat wygląda. Wiedza jak wiele można zmienić i jak bardzo, pomimo tego, będziemy trwać w marazmie i stagnacji. Małość sensu naszego działania, bo w głowie zasiane jest pewne przekonanie, że nie można w żaden sposób wpłynąć na bieg wydarzeń rzeczywistości.

Może część z nas z lęku przed tą małością szuka uznania, sławy. Marzy o światowej karierze. Pragnie za wszelką cenę pozostawić po sobie ślad. Stara się wkroczyć w obszary, gdzie człowiek zyskuje realne, silne wpływy. Sytuacje, które dają nam możliwość realnego oddziaływania na ludzi, gospodarkę, władzę, psychikę. Stan, kiedy można wytyczać nowe szlaki, kreaować nowe postawy do życia, uczyć nowych idealogii, malować nowe postrzeganie świata, wskazywać na dotąd niedoceniane wartości. Ktoś może chce mieć znaczenie, pragnie widzieć rezultaty swoich działań, nie godzi się na małość swojej egzystencji. Popęd jest niezmiernie silny, zaspokojenie głodu bycia kimś popycha ku niewyobrażalnym czynom…

Czuję tę małość wobec świata. Ale wiem, jaką wielką ma one wartość, dopiero gdy spojrzy się bliskim osobom w oczy. Kiedy wejdzie się w miejsca, które łączą te mikroskopijne światy ludzkich egzystencji i dostrzeże się te życiodajne źródła – relacje, uśmiechy, uczucia, gesty. Dopiero z chęcią otwarcia się na miłość, dzielenia się dobrem i nadzieją wzbudzi się w nas wiara – w sens tego, że oddychamy, że zostaliśmy obdarowani, że możemy się dzielić. Mamy wybór: możemy chcieć walczyć z małością wobec wszechświata, albo odnaleźć wielkość w swoim życiu, gdzie każdy jest największym skarbem, który może kroczyć po ziemi.