GWIAZDY

Widziałam gwiazdy. Poprosiłam je, by opowiedziały mi historię. Nie swoją. Jakąkolwiek. Kojącą. Utulującą do snu. Błagałam je w myślach, by przerwały naszą głuchą ciszę niemego kontaktu. Dumne, górowały nade mną. Czy to moja naiwność, jeśli nieśmiało i wstydliwie pomyślałam, że mogłyby, kiedykolwiek, objąć mnie swoimi odległymi, chłodnymi ramionami? Czy one, w tym czasie, nie śmiały się z krótkowzrocznych, ale jakże tęsknych oczu o kolorze chęci poczucia braku samotności, kierowanym ku nim co wieczoru? Czy smakowały dźwięku drżącego licho tembru matczynego głosu, tłumionego szorstką poduszką oraz napędzanego wzgardzanymi łzami? Czy współodczuwały głupią radość, czy dzieliły bezsensowny smutek? Czy dryfowały po morzu nierealnych marzeń, czy doglądały odbicia czyjegoś złamanego serca?

Czy nie rozlegał się, za każdym razem, w odpowiedzi ich krzyk cichej samotności? Czy przez to nie wybrzmiewała gorzka lekcja o niepojmowalnej przemijalności? Czy nie piętnowana była brutalnie ludzka krótkoszarowzroczność? Czy ich ruchomy dystans, niemożliwy do pokonania, na zawsze poza zasięgiem, nie jest wystarczającym kompendium na temat pokory wyśmiewanej przez wszytskich?

One są dla nas? Może to my jesteśmy dla nich?

Zanurzeni w swoje światy, gubimy jeden wspólny. Zatraceni w przeżywaniu swoich chwil, przestajemy dzielić przestrzenie łączone. Zapętlający w głowie przykre myśli, zacieśniamy supły braku umiejętności werbalizowania potoku stanu obecnej chwili. Siłujemy się, nie wiadomo z kim, nie wiadomo o co. Próbujemy wspinać się ku różnym gwiazdom. Nie ku tym prawdziwym. Jedynie ku tym wyśnionym wyłącznie przez nas.

Teraz widzę gwiazdy. Wzrokiem zagubionego, czy porzuconego dziecka. Każde słowo niemoich gwiazd było by ciężarem nie do udźwignięcia. Ich zrozumienie minęło by się z naszym doświadczeniem pojmowania. Bo prawdy, zaszczepione w każdej molekule, są z natury zagadkowe. Co jeśli okaże się, że takie mają pozostać, bo właśnie takie ma być nasze życie?

Jedwabie, otulające nagość bezbronnej szyi istnienia, szyte są znakami zapytania. Kaszmiry tkane znaczącą niepewnością. Sukna poddawane nieprzebłagalnej niejednoznaczności. Satyny rozmyte determinizmem. Tkaniny ukryte, schowane na naszej skórze, wyłaniają się jak próbujemy je wcisnąć w sztywną ramę redukcji.

Czy można zdobyć się na gotowość otulenia nierozwiązywalną zagadką? Czy da się nabyć umiejętność przyjmowania fatalizmu niezrozumienia nieuchronności? Czy kiedyś spojrzy się, odrobinę dojrzalszym, troszkę mniej przerażonym, zdecydowanie mniej pustym wzrokiem na historię i przeszłość blasku obłoku gwiazdy, świecącej przecież nie dla mnie?

Czy odnajdę wymiar czasu z ruchomym punktem odniesienia, z możliwością odwrócenia kierunku i szansą dostrojenia wszystkiego innym przeskalowaniem jednostki?

Widzę te gwiazdy. Obejmuję myślą ich nieme towarzystwo. Dla mnie tak przytłaczające i tak zachwycające. Zasypijąc, mamy dzięki nim przed oczami setki, tysiące, miliony i miliardy. NIe tylko lat świetlnych. Także prób wędrówek fotonów. Chwil ciszy przenikania próżni. Wyścigów pod wodzą limitów ograniczenia prędkości. Linii zgarzeń zanurzonych w restrykcjach wobec przesyłu malutkich informacji.

My, tak zawieszeni w chwili ich piękna. Zanurzeni także w sile swoich emocji. Żyjemy równoległe życia. Wymiary empirycznego ronienia łez i osie analitycznych obserwacji historii Wszechświata nie są nam nigdy obce i takie stety się nie staną. Dlatego jesteśmy zagubieni, ale jakże walczni. Snujący nieistotne plany, formułujące nic nieznaczące obietnice, uśmiechający się tylko przez chwilę i smucący się tylko dla ukojenia niechcianego w sobie serca. Tacy my. Niepojmowalni.

DELIKATNOŚĆ

Jednego dnia chcemy burzyć ściany. Walić pięściami w mury i trząść fasadami budynków. Mamy w sobie gotowość, by, na jeden, krótki rozkaz, wyruszyć. Natrzeć z impetem i pewnością.

Za to drugiego… czujemy się tak słabi, krusi, delikatni. Zastanawiamy się skąd wczoraj w nas było to przekonanie o własnej niezłomności, skrytej głęboko sile i niechybnej wygranej.

W jednej chwili energiczni. Rozkoszukący się każdą sekundą. Pragnący wycisnąć, z nadarzającej się okazji, ile jest tylko możliwe. Pare zdarzeń później nie pozostaje z tej witalności nic, poza zmęczeniem i rezygnacją.

Nasza codzienność jest niczym rejs malutką łodzią po lekko falującym morzu. Unoszeni chęcią zmienienia świata, by zaraz doświadczyć chwili grozy opadania w dolinie fali. Możemy próbować to pojąć i udoskonalać jakiś wewnętrzny sensor, wykrywający najmniejszą zmianę ruchu łajby. Dzięki zauważeniu pewnych, tendencji, jesteśmy w stanie nakreślić możliwe potencjalne scenariusze rozwoju akcji. By być jeszcze lepiej przygotowanym na to, co ma sie wydarzyć, staramy się nauczyć na pamięć, morza naszej osoby. Wtedy nasze przewidywanie i szacowanie jest jeszcze trafniejsze i bardziej prawdopodobne.

Podejmujemy się tego, bo to jedyna możliwość, by być w miarę przygotowanym na nieznane. Tak bardzo lubimy wiedzieć. Zaglądamy do szklanej kuli naszej głowy, by odkrywać karty opowiadające o jutrze.

Działamy, jakbyśmy odrzucali fakt, że powierzchnia taflii jest nieustannie kształtowana przez pogodę, tak bardzo niezależnie od naszej woli. Codziennie drażniona przez subtelne podmuchy wiatru. Całkowicie odmieniana za sprawą gwatłownych zrywów wichury.

Mimo to nie poddajemy się. Czynimy wszystko to, co jest w zakresie naszych możliwości. Zwiększamy swoje szanse dobrego przeżywania każdego dnia.

Czasem jednak przychodzą takie dni, kiedy zdejmujemy z siebie presję gotowości do walki z żywiołem. Zamykamy oczy, kładziemy się na deskach pokładu i zatracamy się w chwili. Doświadczamy innego unoszenia. Kosztujemy smaku dryfowania i falowania. W takich chwilach, te kołysanie przez grzbiety fal koi nasz spracowany umysł, wycisza głośno kołatające, z nerwów, serce, rozluźnia napięte, od nieustannego utrzymywania równowagi, mięśnie.

Jak błoga jest chwila poddania się sobie. Częściowa rezygnacja z usilnego trzymania kursu, mimo wielu potencjalnych przeciwności.

Pozwolenie sobie na odpoczynek. Wyswobodzenie się spod jarzma nieustannych prób odpowiadania, szukania i przewidywania.

Wtedy, dzień bywa wyznaczany przez wędrówkę słońca po nieboskłonie. Noc rozświetlana jest przez, dodatkowe, morze gwiazd. Niezliczonych, odległych, pięknych, migoczących, unoszących się nad nami. Przyglądając się im, zapominamy o wszystkim. Podziwiamy. Kule ognia, będące tak wiele lat świetlnych od nas. Nieosiągalne dla nas. Nie do poruszenia. One nigdy się nam nie podporządkują. To my możemy, może musimy, ulec ich urokowi. I oczywistemu czarowi wszechświata.

W tych krótkich i długich, ulotnych i wolno płynących chwilach obserwacji nie musimy nic. Chłoniemy to piękno oczami, ciepło skórą, życiodajność oddechem. Ładujemy się na nowo. By walczyć i upadać. Znosić trudy i rozkoszować się zwycięstwami.

Mamy na uwadze jednak swoją mikroskopijność. Wokół nas są rozstawione znaki przypominające nam, że my, jako ludzie, mamy tak wiele barier, których nie przekroczymy. Próbujemy badać tak wiele rzeczy, jednak one są tak bardzo poza zasięgiem doświadczenia. Mamy niezmiernie bogate, ale także ograniczone pole poznania. Empirycznego i intelektualnego. Potrzebujemy sprzętów, maszyn, koncepcji, planów, wzorów i wiedzy. By pojąć.

Że jesteśmy tylko kruszynkami w świecie. Drobnym pyłkiem. Kochającym piękno organizmem, zamieszkującym jedną z miliardów galaktyk.

Taka małość, wewnętrzna, materialna czy intelektualna, pozwala zachwycać się wielkością rzeczy, które nie muszą się starać. By trwać, by być majestatyczne, by być ponad, by wywierać wrażenie. To jest wpisane w ich naturę. Po prostu takie są. My dzięki ich dominacji, mamy szansę uczyć się o cudowności. Warto pozwalać się fascynować. Każdemu dniowi. Każdej wędrówce świata. Każdej opowieści nieba. Każdej ścieżce słońca. Każdej historii człowieka. Każdemu biegowi promienia. Każdemu oddechowi życia.