MAŁOŚĆ

Czasem człowieka dopada małość jego życia. Małość sensu jego istnienia, jego miejsca na tym świecie, jego siły i zasięgu działania. Małość mikroskopijności zmian wywartych przez przeżycie kolejnego dnia, jako ciągu logicznych, spójnych wydarzeń nazywanych egzystencją. Budzi to lęk, zagubienie, złość, poczucie bezsilności.

Zaczynamy się wtedy mierzyć z pytaniami – czy da się coś z tym zrobić? Czy można sprawić, by ten nierówny podział dóbr na ziemi, nie był tak wyraźnie zarysowany? Czy da się zgasić w ludziach nienawiść, żądze władzy i posiadania czy kontrolowania, które pchają do wojen, bitw, starć, rozłamów? Czy jest możliwe przebaczenie i uzyskanie przebaczenia, pomimo kłótni, wieloletnich waśni, odmiennych stanowisk? Czy istnieją jakiekolwiek płaszczyzny porozumienia dla ludzi stojących na dwóch, zupełnie różnych, biegunach postrzegania jakiejś sprawy? Czy da się w sobie wyrobić postawę, która pomimo wyrywającej się z serca niezgody lub sprzeciwu, nie pozwala na obrażanie, bezsensowne krytykowanie, psychiczne ataki czy manipulację?

Czy są metody, by zaleczyć rany zadawane brakiem miłości? Czy da się wykarmić wszystkich tych, którzy teraz nie mają, kiedy my mamy za dużo? Czy da się kochać, szanować, pomagać?

Kiedy zrozumiemy, że egoizm nigdy nie sprawi, że pokochamy siebie i swojego życia? Że dyktowane nim zachowania nigdy zaprowadzą nas do upragnionego raju zwanego szczęście? W momencie, gdy my się bogacimy, ale ktoś inny ubożeje, sumienie odzywa się i przypomina, że każda akcja pociąga za sobą reakcję.

Sytuacje, gdy dbamy wyłącznie o własne interesy, odebrają naszej ocenie szerszą pespektywę. Nie potrafimy dostrzec, że mimo chwilowego stanu zadowolenia, na mecie wyścigu staniemy sami. Spełnienie nagrodą i bogactwem, które zostanie nam wręczone, nie znajdzie źródła ujścia przez brak możliwości podzielenia się tym wszystkim z kimkolwiek bliskim, bo przecież nikt nie został w trakcie biegu wliczony w czyjś sukces. Wszystkie chwile, gdy zwracamy uwagę wyłącznie na swoją osobę, powodują, że ludzie patrzą na nas z rezerwą i trzymają do nas znaczny dystans. Nie można zbudować bliskiej, wręcz, ośmielę się powiedzieć, jakiejkolwiek sensownej relacji, kiedy staramy się wejść w nią z nastawieniem „ja jestem w centrum”, „tylko ja się liczę”. Słuchaj o mnie, zachwycaj się mną, chwal mnie, pomagaj mi, dawaj mi poczucie bliskości, zaspokajaj, przytulaj, kochaj, pocieszaj. W tej relacji jesteś tylko ty sam. Ty i Twoje potrzeby, które nigdy nie zostaną spełnione, bo nikt nie pojawi się obok. Każdy będzie trzymany poza murami zamku, wzniesionymi przez egocetryzm i pychę.

Budowanie fortun, stawianie sobie pałaców, gromadzenie bogactw – to wszystko okaże się niczym. Wszystko zostanie zweryfikowane w momencie, gdy twoje życie będzie się kończyć. Wszystkie wspaniałe budowle, budowane na fundamentach pragnienia zaspokojenia wyłącznie własnych potrzeb runą jak domy budowane na piasku. Zalane falami samotności, bezsensu, żalu, wyrzutów sumienia, tęsknoty, nieuchronności tego, co ma nadejść. W tej chwili nic nie będzie mogło przywrócić ludzi, których się odrzuciło czy zraniło swoim postępowaniem. Zabraknie czasu, by wyjednać sobie przebaczenie. Sumienie zacznie krzyczeć tak głośno, wspomnienia zaczą przesuwać się tak szybko i wyraźnie. Serce pozostanie niewzruszone wobec prób znieczulenia i uciszenia. Pokaże swoją naturę i prawdę o pragnieniach, myślach. Nic też nie zgasi przerażenia wobec tego, co było ani strachu przez tym, co będzie.

Małość życia, które może być zgaszone jak zapałka. Czasem jedna decyzja innej osoby, jeden nierozważny ruch, jedna akcja dyktowana emocjami, jedno nieprzemyślane słowo, jeden nieodpowiedni gest może zaważyć na wszystkim, co defniuje czyjąś codzienność. Czas, którego nie można cofnąć. Życzenia, by naprawić to, co się zniszczyło. To wszystko często nie przywróci niczego. Niesprawiedliwość w tym, że czyjeś życie od pierwszych sekund jest zdeterminowane przez czyjąś osobę, moment dziejowy, miejsce urodzenia, zdrowie. Czynniki całkowicie niezależne i niepodlegające naszej woli powodują, że na starcie możemy być za kimś daleko w tyle, od początku pozbawieni jakichś możliwości. One wszystkie definiują nasze postrzeganie, przeżywanie, doświadczanie, perspektywy, ścieżki i późniejsze decyzje.

Małość w świadomości, że to zmiany rządzą naszym życiem. Że każdej następnej doby nasze ciało jest o jeden dzień starsze, nasz umysł o jeden dzień mądrzejszy, historia życia o jeden dzień dłuższa, serce nadwyrężone o pracę stu tysięcy uderzeń. Cudowny, wyższy gatunek ludzki mający wolną wolę, mogący podejmować decyzje, a jednak podlegający życiowemu determinizmowi przypadku, może przeznaczenia, wpływom innych, odpowiedzialności za siebie i za każdego człowieka dookoła.

Świadomość tego, jak świat wygląda. Wiedza jak wiele można zmienić i jak bardzo, pomimo tego, będziemy trwać w marazmie i stagnacji. Małość sensu naszego działania, bo w głowie zasiane jest pewne przekonanie, że nie można w żaden sposób wpłynąć na bieg wydarzeń rzeczywistości.

Może część z nas z lęku przed tą małością szuka uznania, sławy. Marzy o światowej karierze. Pragnie za wszelką cenę pozostawić po sobie ślad. Stara się wkroczyć w obszary, gdzie człowiek zyskuje realne, silne wpływy. Sytuacje, które dają nam możliwość realnego oddziaływania na ludzi, gospodarkę, władzę, psychikę. Stan, kiedy można wytyczać nowe szlaki, kreaować nowe postawy do życia, uczyć nowych idealogii, malować nowe postrzeganie świata, wskazywać na dotąd niedoceniane wartości. Ktoś może chce mieć znaczenie, pragnie widzieć rezultaty swoich działań, nie godzi się na małość swojej egzystencji. Popęd jest niezmiernie silny, zaspokojenie głodu bycia kimś popycha ku niewyobrażalnym czynom…

Czuję tę małość wobec świata. Ale wiem, jaką wielką ma one wartość, dopiero gdy spojrzy się bliskim osobom w oczy. Kiedy wejdzie się w miejsca, które łączą te mikroskopijne światy ludzkich egzystencji i dostrzeże się te życiodajne źródła – relacje, uśmiechy, uczucia, gesty. Dopiero z chęcią otwarcia się na miłość, dzielenia się dobrem i nadzieją wzbudzi się w nas wiara – w sens tego, że oddychamy, że zostaliśmy obdarowani, że możemy się dzielić. Mamy wybór: możemy chcieć walczyć z małością wobec wszechświata, albo odnaleźć wielkość w swoim życiu, gdzie każdy jest największym skarbem, który może kroczyć po ziemi.

SPEAK OUT

„You’ve got to speak out. You’ve got to shout out. Talk a bit louder. Be a bit prouder.”

„Little Me” – Little Mix

Czasem wyjście z cienia kosztuje nas na prawdę dużo. Jest ono niczym wyrwanie się z pewnej bańki bezpieczeństwa, gdzie chronieni jesteśmy przez brak doświadczania. Nie wypowiadamy się, więc nie będziemy skrytykowani. Nie pokazujemy swojej twarzy, dlatego nie zostanie ona rozczytana. Nie zwracamy uwagi na swoją osobę, stąd pewność, że nikt nie pomyśli o tym, żeby wycelować jakikolwiek pocisk w naszą stronę. Nie krzyczymy, by nikt nas nie zagłuszył. Nie staramy się, żeby nikt tym nie wzgardził. Nie dajemy od siebie, więc nie zostaniemy niczego pozbawieni.

Przeżywamy każdy dzień w pozornej ciszy, spokoju, półmroku. Względnie bezpieczni. Wolni od przykrych doświadczeń. Jednak pozbawieni także możliwości wyrazu, pokazania siebie.

Czasem jest w nas poczucie, że nie pasujemy gdzieś. Zamiast wstać i wyjść, choć raz się podnieść się zadziałać, to próbujemy je zgasić i stłumić. W nas próbujemy wmusić w wyrozumiałość wobec wszystkiego, co wydaje się nieodpowiednie. Trenowujemy się w wytrwałości, umożliwiającej znoszenie tych uporczywych myśli „to nie jest to”. Po jakim czasie dotrze to do nas, że od początku powinniśmy wypowiedzieć na głos jedno, proste, wyzwalające słowo: NIE. Pozwolić na to, by się z czymś nie zgodzić. Zdecydować się w końcu na wyczekiwaną zmianę. Poszukać czegoś nowego, czegoś odpowiedniego, czegoś skrojonego pod nas.

Jak wielu z nas lawiruje między słowami krytyki, starajać się znaleźć złoty środek, mający zadowolić każdego. Kursujący od jednego brzegu, do kolejnego, bo w każdym porcie jesteśmy odsyłani z kwitkiem i zastrzeżeniem, by wrócić z lepszym ładunkiem? Bo nie taka waga, nie taki towar, nie taka łódka, nie taki kapitan, nie takie podejście do keji. Nieustannie coś jest nieodpowiednie, niedostateczne, niewystarczające. Zmuszeni do cumowania zawsze na dziko, na odludziu, zastanawiają się gdzie jest ich miejsce? Czy gdzieś ich przyjmą? Czy jest możliwość, by w końcu przestać się tułać i liczyć na pozwolenie zakończenia manewru? Czy kiedykolwiek będzie można przestać myśleć o tym, jak nas odbiorą, jak przywitają, jak ocenia i w końcu zacząć skupiać się na rozładunku?

Czy w tym wszystkim nie należy, w końcu, wyprostować się i oznajmić, że te miejsce komuś się należy? Że dokładnie to, co ma się na statku zaspokoi, z nadmiarem, potrzeby. Że ma się prawo zatrzymać w tym porcie, tak jak każde inne łódki? Że pozory nie dają całego obrazu ani załogi, ani łodzi, ani wartości, które zostały przywiezione?

Czy przypadkiem nie brakuje nam po prostu tej pewności, która tak często przekonuje ludzi, że my możemy objąć stanowisko? Że jest szansa, że sprostamy zadaniu? Bo szukali po prostu kogoś, kto ma odwagę powiedzieć, że chce, że jest gotowy zmierzyć się z wyzwaniem i dlatego uważa, że ma prawo spróbować. Czy czasem klamka akceptacja nie rodzi się wraz z przypomnieniem, że w niczym na starcie nie można odstawać od reszty, bo dopiero wyścig zweryfikuje, czy ma się odpowiednie kwalifikacje?

Siedząć w ukryciu, po cichu licząc, że zostaniemy wyłapani, docenieni. Marząc o tym, że w końcu ktoś nas zauważy, odkryje. Wyciągnie nas z tego kąta i potwierdzi naszą wartość, której sami nie umiemy dostrzec. Będzie tak dobry, że popchnie ku działaniu, wzbudzi w nas nadzieję. Uratuje z tego mroku.

Nie.

Czasem trzeba samemu pokazać to, co jest w nas piękne. Uwolnić talent. Pozwolić swoim dziełom szybować ponad monotonią. Spróbować wyjść z tym, co szlifuje się w ukryciu, na światło. Zorganizować wystawę, zaprosić kilka osób. Otworzyć się i podzielić. Zdobyć na odwagę i uwierzyć, że można iść drogą, której nikt wcześniej nam nie nakreślił. Wyjść ze sztywnych schematów, wkroczyć czasem na szlak będący skrótem, czasem obrać o wiele dłuższą trasę, ale taką skrojoną na miarę naszych możliwości. Przystanąć w miejscu, które nam wydaje się atrakcyjne, odpocząć w chwili, gdy my opadamy z sił. Odkrywać dokładnie te punkty, które chcemy. Nawet jeśli czasem będzie to oznaczać wędrówkę w samotności. Niech nie zatrzymują nas słowa, że nie warto, że komuś się coś nie podobało, że te miejsca są spalone, brzydkie, że jest coś o wiele ciekawszego tylko trzeba się do tego przekonać.

Nie, to czas na własne, niezależne i samodzielne decyzje. Pora, by być odrobinę pewniejszym siebie. Chwila, żeby zebrać w sobie odwagę i wyraźnie powiedzieć: teraz moja kolej wykonać ruch. W końcu zdobyć na krok w stronę indywidualności, dzięki czemu możliwe będzie odnalezienia siebie, wyznaczenie swojego celu, poznanie swojego sensu, odkrycie swojego szczęścia.

Wymaga to dużej odwagi. Trzeba stanąć, twarzą w twarz, przed sobą, w lustrze. Innym pokazać siebie dokładnie takim, jakim się jest. Wystawić się na oceny, wysłuchać słów pełnych powątpiewań, znieść uwagi, które często odbierają wiare w ideały, które nam przyświecają. W tym wszystkim nie można się ugiąć, ani spuścić wzroku, nie zwiesić też głowy, by nie stracić pewności. Nie zawsze odnajdziemy siebie, często będziemy brakować nam siły, czasem dopadnie nas poczucie zagubienia, może bezsensu. Jednak nikogo nie przekonamy do niczego, jeśli zamiast siebie, będziemy pokazywać tylko swój cień. Nigdzie nie wejdziemy, jeśli będziemy starali się jak duchy, przenikać ściany, zamiast chwycić za klamkę i przejść, jak wszyscy, przez frontowe drzwi. Nie zostawimy żadnego śladu w swoim życiu, jeśli nie zechciejemy stać się materialni, żywi, prawdziwi, autentyczni. Bez tego nie będziemy ani doświadczać, ani przeżywać.

Wystarczy te kilka kroków, które czynimy, żeby wejść w ten świat. Niech ta bańka pęknie. My niech mamy odwagę się odezwać, trochę głośniej, niż właśnie dyktuje nam serce.

ZDALNE STUDIA

Tęsknię. Za bliskością, gdy ktoś usiądzie obok ciebie, a ty nie myślisz o tym, że należy się odsunąć. Momentach, kiedy widzisz kogoś znajomego, więc bez żadnych oporów podchodzisz i się witasz. Chwilach spotkania po dłuższej rozłące, przerwanej rzuceniem się sobie w ramiona, bez skrępowania, bez hamowania przypływu emocji i czułości. Bez dystansu. Bez rozważania. Bez miarkowania. Bez ograniczania serca rozumem. Bez nakazów i zakazów. Rzeczywistość, gdy bliskość znowu będzie bezpieczna.

Najlepsze lata. Jednak przelatują przez palce. Momenty, gdy wraz z pierwszymi poważnymi decyzjami, powinno się budować się pierwsze trwałe relacje. Ich zawiązywaniu towarzyszy dotąd nieznana samoświadomość, pewność siebie i wartości, które się wyznaje. Pierwsze prace, pierwsze obowiązki, pierwsze wyprowadzki, pierwsze poważniejsze potknięcia, pierwsze przygody związane z niezależnością i większą dozą samodzielności. Zdecydowanie większa odpowiedzialność i często też większa niepewność.

Zamiast tego jesteśmy zamknięci – w bańce niezmieniającej się codzienności. Każdy następny dzień jest wyłącznie planem włączenia się online do kolejnych wykładów czy ćwiczeń, gdzie anonimowo trwamy w zaciszu i cieniu. Nie odzywając się, nie wychylając. Jesteśmy niewidoczni. Niepoznani. Przyzwyczajamy się do tego, zwinnie omijamy odpowiedzialność zabrania głosu. Liczymy, że ktoś inny zrobi to za nas. Czujemy się bezpieczni, bo możemy udawać, że nas nie ma i nikt nas nie zmusi do tego, by partycypować aktywnie.

Dlatego nauka zaczyna tracić sens. Materiały są tylko zbitkiem wyrazów, utrwalonych na kartach, wielokrotnie używanych, książek.  Przyswajasz to, co musisz i przechodzisz do następnego zagadnienia, bez refleksji, bez zachwytu, bez rozbudzonej ciekawości. Jak automat. Niby bogatszy o jakąś nową wiedzę, jednak znacznie uboższy o ducha. Bo niewiele pozostało tych osób, z którymi można porozmawiać o tym, co właśnie doświadczenie pokazało. Nie ma do kogo podejść na korytarzu, by spytać, czy zrobił zadanie. Nie ma wspólnej nauki na wydziale do kolokwiów, przesiadywania w bibliotece, czy wspólnych wyjść po zdanych egzaminach, by świętować sukcesy.

Nie ma relacji. Maile obdzierają nas z człowieczeństwa. Nadają nam rangi enigmy. Jeden z wielu studentów. Napisał w typowej sprawie. Jak jeden z tego jednolitego tłumu. Teraz nie mamy twarzy. Nie widać po nas emocji. Nie możemy przekazać nic mimiką czy postawą. Nie zjednamy sobie ludzi, nie zbudujemy bliskości. Nie spowodujemy, że atmosfera na zajęciach będzie lepsza przez korzystanie z nici porozumienia o wiele głębszej niż werbalny komunikat.

Przerwy, które zawsze były wytchnieniem w wysiłku, są teraz jedynie momentem grobowej ciszy po drugiej strony słuchawki profesora. Męczą jeszcze bardziej. Brak rozmów, brak narzekania na to, że zajęcia się dłużą, albo straciło się w połowie wątek. Nie ma możliwości podejścia do tablicy, by przeanalizować zadanie. Zostajesz wyrwany z transu słuchania, by zostać ponownie wrzucony w tę samotność i brak interakcji. Masz tylko płaski obraz ekranu. Nie wszyscy mają siłę, by nadawać tym obiektom pojawiającym się na monitorze, czyli ludziom, ducha.

Za chwilę zapomnimy, jak wygląda trzeci wymiar. Jak bliskie mogą być relacje z ludźmi, którzy wcale nie są nam tacy dobrze znani. Jak wiele czynników składa się na to, że obcujemy z kimkolwiek. Jak złożony może być kontakt, jak mnóstwo rzeczy można przekazać bez słów. Będziemy na nowo uczyć się ujmować za dłoń, by pocieszyć, przytulać, by dodać otuchy, witać nie tylko przez skinięcie głową i obejściem kogoś w dwumetrowym dystansie.

Pozbycie się tej nabytej samotności będzie jak gwałtowne zdarcie opatrunku z wcale niezagojonych ran. Bo one się nie zagoją. Tęsknota za ludźmi pozostanie. Taka jest nasza natura. To mnie trzyma. Wiem, że mimo przedłużających się zdalnych studiów, będę tęsknić. Dziękuję za to.

CZUĆ

Jak wyjaśnić bycie wrażliwym? Odczuwanie wszystkiego tak intensywnie? Przeżywanie emocji tak silnie?

Jak kojarzy nam się wbijanie igły na kilka milimetrów pod skórę (by np. zmierzyć cukier)? Dla większości jest to jedynie szybka akcja, zdecydowany, krótki ruch. Układ nerwowy dostaje jeden, gwałtowny impuls, który jest natychmiast przekazany do mózgu. Po to, by za sekundę zapomnieć, pójść krok dalej, zacząć przeżywać następujące zaraz po tym chwile. Rana prawie natychmiast zaczyna się goić, krew przestaje od razu lecieć. Sytuacja staje się przeszłością. Nie ma co rozpamiętywać, prawda?

Co by się stało, gdyby to spowolnić? O ile zmieni się odczuwanie tego, jak igła stopniowo, skrupulatnie przebija kolejne mikrometry skóry? Jak odmienne będzie przeżywanie sytuacji, gdy pojawi się świadomość, że kolejne komórki są rozrywane, naturalny układ jest naruszany, coś jest niszczone i oddzielane od siebie? Kiedy wiadomo, że coś jest nie tak? Że dzieje się coś, co nie jest naturalne. Co więcej, twoja uwaga nie jest skupiona wyłącznie na tobie. Przyglądasz się temu, kto wbija tę igłę. Dostrzegasz ile wysiłku ten ktoś wkłada w swoje działanie. Przez obserwację uczysz się czyjejś twarzy, rozszyfrowujesz mimikę, odczytujesz emocje, poznajesz zamiary, zgadujesz motywacje. Twoje spojrzenie jest wzbogacone o obraz środowiska, o osoby. Czucie jest podbite faktem tego, że wiesz. Dlaczego, po co, jak, co się dzieje i jak może to zmienić ciebie, innych.

Codziennie biernie obserwujesz jak ludzie wbijają sobie te igły. Lub tobie. Ból ludzi staje się twoim bólem. Złośliwość wymierzona w kogoś, zostaje także nakierowana w ciebie. Moment słabości i poddanie obezwładnia nie tylko ofiarę ataku, ale także ciebie. Nie potrafisz zamknąć oczu, nie możesz przestać współodczuwać, nie jesteś w stanie przestać stawiać się w syuacji innych ludzi i wizualizować sobie tego, jak ich stan musi obecnie wyglądać.

Nie umiesz stać się obojętny. Nie chcesz ani nie masz siły, by przespieszać czas, tak aby te krótkie akcje były, faktycznie, tylko drobnym ukłuciem szpilką. Nie potrafisz przejść do porządku dziennego z tym, że przez działanie czynnika zewnętrznego i przez jakąś decyzję o zapoczątkowaniu ruchu, coś, w czyimś ciele zostało naruszone.

Często w takich chwilach jesteś skłonny odciągnąć kogoś spod pola rażenia i samemu przyjąć pocisk. Nie potrafisz znieść tego, że ty jesteś cały, niezadraśnięty, a inni cierpią. Nie radzisz sobie z bezsilnością wobec niesprawiedliwości. Masz ochotę krzyczeć na ludzi, żeby przestali się krzywdzić. Nie umiesz znieść widoku łez, krwawych słów niszczących psychikę, działań przepełnionych egoizmem.

Po prostu czujesz. Wszystko dookoła. W spowolnionym tempie. Dostrzegasz motywy i szlaki, które doprowadziły do danej sytuacji. Obserwujesz skutki działań i decyzji. Przewidujesz jaki będzie dalszy rozwój sytuacji. Domyślasz się, jak rany zadane teraz, będą się odzywać w przyszłości. Są niby niewinne, niby od razu się goją.

Tylko dlaczego niektórzy w pewnym momencie stają się tak osłabieni? Niezdolni do walki? Przez te kilka kropelek krwii, które poleciały z mikroskopijnej, niegroźnej rany? Zapominamy, że mała ilość pomnożona razy dużą liczbę ran daje pokaźną objętość. Stąd brak.

Tak. Rodzi się wewnętrzny bunt. Tak silny, że mógłby burzyć ściany i mury. System moralny osób wrażliwych jest osadzony na fundamentach nie do ruszenia. Nie ma wyjątków, nie ma okoliczności łagodzących, nie zwolnienia, nie ma forów. Wóz albo przewóz. Surowi stróżowie prawa. Trenujący do upadłego, wypominający każde potknięcie. Dążący do perfekcji. Tak zachowują się wobec siebie.

Wobec innych? Wyrozumiali i gotowi wybaczać. Patrzeć jak na człowieka, a nie podmiotów wypełniających tylko zbiór nakazów i zakazów. Chcący dawać nadzieję, gotowi porozmawiać i nie ocenić. Skłonni pochylić się nad problemem, pokazać inną drogę i uspokoić. Powiedzieć, że nie wszystko jest stracone. Gotowi kochać, nawet jeśli inni nie chcą. Nie oceniać, nawet jeśli wszyscy inni to robią. Dawać, mimo że inni chcą tylko brać.

TO NIE JEST CZĘŚĆ MNIE

„To nie ja”. Pragnienie, by tak powiedzieć, obezwładnia. Zaprzeczenie, bunt, niedowierzanie, niepokój i lęk. To nie może cechować mnie. Nie mogę taka być. Nie chcę, nie umiem, nie wyobrażam sobie. Mam dosyć, męczy mnie to. Zapętleni w negacji rzeczywistości, odrzucający jakąś część siebie – w zmęczeniu i frustracji. Niezrozumieniu siebie i niezrozumieniu przez innych. Samotności, bo, przez to wszystko, nie możesz dopuścić do siebie nikogo. Siedząc w psychicznym rollercoasterze, oscylując od pewności siebie do kompletnego poczucia własnej beznadziejności. Codziennie walczysz do upadłego, by wspiąć się ponad przeszkody, które podobno stawiane są wyłącznie przez samego siebie. Wieńczyć wysiłek upadkiem na ziemię, z hukiem. Robisz to wszytsko bez asekuracji, bez zabezpieczenia. Nie przyjmujesz pomocy.

Próbujemy, za wszelką cenę, wykorzenić wszystko to, co się NAM w nas nie podoba.

Przecież możesz: czuć tak silnie, pragnąć tak mocno, tęsknić tak bardzo, szukać tak intensywnie, wyczekiwać tak niecierpliwie. Dawać dwieście procent, brać tylko kilka. Dostrzegać wszystko to, czego inni nie dostrzegają, kochać to, czego inni pokochać nie chcą. Wątpić, pytać, nie wiedzieć, nie rozumieć. Przecież nie musisz. Nikt Ci nie każe.

Dlaczego traktujesz się tak podle? Czemu nieustannie wytykasz sobie te błędy? Dlaczego zapętlasz się w negatywnych emocjach? Czemu powracasz do każdego potknięcią? Po co odbierasz sobie każdy promyk radości, przykrywając go cieniem swojej niedoskonałości? Czemu tak siebie męczysz i doprowadzasz na skraj wytrzymałości? Po co te piętna wytłaczane na skórze? Skąd ten rygor i musztra, dopięcie na ostatni guzik i bezwględność? Do czego w tym dążysz? Co jest Twoim celem?

Może warto w końcu spojrzeć na siebie jak na człowieka? Wybaczyć sobie własne niedociągnięcia? Pozwolić łzom płynąć? Ranom się odezwać? Sercu zapragnąć? Umysłowi odpocząć? Sobie… być idealnym w nieidealności?

NA JUŻ

Na już, teraz, w tej chwili. Dostać odpowiedzi, zadać pytania, wysłać wiadomości, spotkać się, zrobić coś, wypowiedzieć, przelać na papier. Bez zastanowienia, bez zdefiniowanego celu, bez spokoju. Bez harmonii z samym sobą. To wszystko działa jak narkotyk. Zostajemy postawieni w sytuacji, że muszę, bo inaczej…

Właśnie. Czy musisz? Czy może jest coś kryjącego się za tymi nękającymi pragnieniami? Czy przypadkiem to wszystko, co teraz tak bardzo wysuwa się na pierwszy plan, nie jest wyłącznie przykryciem czegoś o wiele poważniejszego, głębszego, bardziej złożonego? Może te proste działania: mów, pisz, działaj są zintegrowane z jakimś wewnętrznym, nieoczywistym systemem? Z czymś tak bardzo skompliowanym, połączonym tak mnogą liczbą kabelków, zasilana z tak wielu źródeł, mająca ujście w tak wielu miejscach?

Czasem trzeba po nitce, do kłębka przejść każdy podsystem, by zrozumieć mechanizm. Pochłania to dni, tygodnie, miesiące, lata. Wszystko po to, by zrozumieć istotę tego, co nas wprowadza w jakiś stan. Pora skończyć pytać czemu coś męczy, a zacząć zastanawiać się dlaczego to nurtuje akurat ciebie.

Pora na test. Weryfikacje, czy na prawdę jest tak mało czasu na naszą odpowiedź na oddziałujący bodziec? Czy jakiś stymulant powienien skutkować w natychmiastowym efekcie? Czy coś musi na nas tak wpływać?

„Cóż Ci mam uczynić?”

To pytanie zawsze mnie zatrzymuje w pół kroku. Diabelnie skutecznie weryfikuje sensowność użalania się, próśb, przeżywania emocji tak intensywnie. Zmusza do zastanowienia. Pozwala spojrzeć na coś z dystansu. Na ile to, co teraz wydaje nam się konieczne do życia, w perspektywie dalszych dni pozostanie tym tlenem, bez którego nie jest możliwe oddychanie? Czy to, o co tak usilnie prosimy teraz, jutro będzie tak samo skutecznie rozwiązawać problem? Czy zmiany, których tak niecierpliwie upatrujemy, są daleko- czy krótkowzroczne? Czy odpowiedzi, które tak chcemy poznać znajdą teraz zrozumienie? Czy w danej chwili stanięcie z prawdą, twarzą w twarz, będzie możliwe?

„Cóż Ci mam uczynić?”

Gdzie leży problem? Stwierdzenie faktu, że jest źle, zauważenie, że coś jest nie tak, jest bardzo ważne. Jednak nie chodzi o to, by wyłącznie artykułować, że coś jest źle. Samo zapętlanie się w wirze negatywnych emocji nigdy nie pomogło. Należy zacząć szukać, rozumieć. Spróbować znaleźć rozwiązanie. W jaki sposób można zaradzić trudnościom, co trzeba zrobić, że wyjść z danej sytuacji? Co pozwoli zatamować tą kaskadę emocji? Dlaczego zapora, która pękła, stała się felerna, czemu puściła? Do kogo się zwrócić, żeby ją naprawić?

Czy w ogóle wiemy jaką wagę ma to, o co tak często prosimy? Czy mamy dosyć odwagi, by to przyjąć, zadbać o to, pielegnować, pozwalać się rozwijać? Czy jesteśmy gotowymi na to, że otrzymamy żywy, trójwymiarowy obiekt, a nie wyłącznie płaski obraz czy plan? Że rzeczywistość nie jest kreślona tymi samamy kolorami, które malują ideały w naszej głowie? Czy jesteśmy gotowi na niespodziewany rozwój sytuacji, to że jakaś droga zostanie otwarta, nie spowoduje tego, że będzie ona się pokrywać ze szlakami skrupulatnie nanoszonymi na mapę naszych pragnień?

Czy gdy spotkamy się z tym, co tak długo wyczekiwaliśmy, nie powiemy przypadkiem : to za szybko. To dla mnie za dużo. To jednak nie dla mnie. Nie dam rady…

Wydarzenia, odpowiedzi, pomoc, rozwiązanie – wszystko, co zostaje nam dane, niesie ze sobą cholernie dużą odpowiedzialność. Za siebie, za powierzone nam osoby, zadania i wiedzę. Świadomi, nie mamy wytłumaczenia na to, dlaczego nie zrobiliśmy tego, co mogliśmy. Gdy mieliśmy szansę przewidzieć skutki, mieliśmy szerszą gamę wyboru – to my będziemy ręczyć za swoje decyzje i zachowanie, słowa i gesty, działania i marazm w podejmowaniu akcji.

To wszystko będzie nie tylko darem, ale także brzemieniem.

CISZA

Boimy się ciszy. Jawi się nam jako coś tajemniczego, niezgłębionego, nieznanego. Tak często uciekamy od niej, tak daleko, tak skutecznie, tak nieświadomie. Co napędza ten strach? Dlaczego wydaje się ona bezwartościowa?

Jak znieść jej ciężar?

Gdy wyłączamy bodźce z zewnątrz, oddajemy głos sobie. Myśli napływają, obrazy przesuwają się przed oczami, wspomnienia powracają, rany dają o sobie znać, pragnienia zaczynają męczyć, pytania nurtować, niecierpliwość pobudzać. Stajemy twarzą w twarz z sobą, stanem swojego wnętrza, prawdziwym obrazem siebie. Spotykamy się z porażkami, niedoskonałościami, zawodami, lękami, wątpliwościami. Uświadamiamy sobie jak wiele nie wiemy o tym, jak sobie radzić z tym, co siedzi w nas tak głęboko. Wszystko to tak często uciszane, zagłuszane, tłumione. W ciszy nie ma ucieczki przed sobą.

Nie można oszukać siebie. To jest czas gdy rozum musi ulec, bo to serce zaczyna opowiadać, uczucia zaczynają malować rzeczywistość, a emocje wporwadzają nas na deski teatru naszego życia. Kurtuna jest podniesiona. My jako widzowie i aktorzy. Obserwujemy i odgrywamy, przeżywamy podwójnie. Z boku i z centrum. Dajemy popis i możemy delektować się widokiem.

Uderzy Was coś jeszcze. Samotność. Jesteście w tym sami. Inne postacie są tylko obrazami, widmami, manekinami, kukłami. Nikt z Wami nie przeżywa tego, co właśnie się odgrywa na scenie. Nikt nie ociera łez, nie dołącza do salw śmiechu, nie doradza, nie podpowiada, nie zmienia biegu myśli.

To jest ta przestrzeń życia, gdzie żaden człowiek nie ma wstępu.

Choćbyśmy się starali jak mogli, drzwi tego teatru pozostaną zamknięte na świat z zewnątrz. Scenariusze nigdy nie spisane, bo słowa nie oddadzą adekwatnie tego, co się rozgrywa na deskach. Za dużo zwrotów, za dużo zawirowań, za dużo chaosu, by móc jakkolwiek to uporządkować. Nie da się tego przedstawić komuś, kto nie jest Tobą.

Boimy się tej świadomości, że w naszym życiu zawsze, niezbywalnie jesteśmy po części sami. Staramy się żyć od pobudki do wyłączenia telefonu i padnięcia na twarz, by natychmiast zaśnąć. Robimy to z intencją, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że nie pojawi się obok nikt, kto wejdzie w te, najgłębiej poukrywane w nas, miejsca. Opuszczone, opustoszałe, może umarłe, otoczone ciszą, skryte tajemnicą, proszące o odkrycie. Próbujemy wpychać tam na siłę ludzi, zajęcia, przedmioty. Bezskutecznie. Ale jednak oszukujemy się, że nam się udało. Tak! Uciekliśmy od siebie!

Dużo odwagi kosztuje wkroczenie do tego budynku. Jeszcze więcej pracy wymaga wytrzymanie ze sobą. Odnalezienie się w tym miejscu? Odkrycie tych skrzyni pełnych skarbów lub pułapek? Przekręcenie klucza i otwarcie ich? Po ludzku, to wszystko, po prostu przerasta. Ale można to zrobić. Ja się odnalazłam. Takie są moje wnioski.

PANCERZ

Ubrojeni, po zęby. Nie ma na nas mocnych. Wyuczone ruchy, zwinne uniki. Siła i sprawność dająca możliwość lawirowania między przeszkodami. Wytrzymałość pozwalająca uciekać. Wyostrzony wzrok, wyczulony słuch, wrażliwy dotyk. Szkoła nie jest łatwa, hartowanie ciała nie jest przyjemne. Ale dzięki temu wychodzimy, z grubszą skórą, bardziej kamiennym sercem, pewnością, że nas nie złamią.

Czyżby? Do czasu, gdy ktoś wypatrzy ten jeden kawałek pancerza nachodzący na drugi. Newralgiczny punkt naszego uzbrojenia. Perfekcyjnie wybrane miejsce, by wbić ostrze. Zranić nic niespodziewającego się wojownika. Przenikający, dojmujący ból jako sygnał, że zaatakowano. O dziwo: skutecznie.

Nie jesteśmy w stanie wyposażyć się w zbroję bez mankamentów. Jesteśmy tylko ludźmi. Każdego z nas można na nowo zranić, ponownie skopać, odebrać coś gdy wydawało nam się, że nie mamy nic. Z powodu tego, że czujemy zawód, smutek i ból, możemy doświadczyć także tych pozytywnych emocji. Potrafimy się szczerze uśmiechnąć, podarować komuś dobre słowo, zdobyć się na mały, ale czuły gest. Za sprawą wrażliwości widzimy – twarze, a nie maski, ciała, a nie manekiny, prawdę, a nie pozory, prawdziwe piękno, a nie powierzchowność urody.

Raz zranieni jednak z jeszcze większą motywacją hartujemy blachę, która ma nas chronić. Wykorzeniamy z siebie emocje, staramy się nie czuć, wpychamy w siebie obojętność. W momencie, gdy przychodzi ona do nas sama, przyjmujemy ją z otwartymi ramionami. Wydaje się dobrym rozwiązaniem, zabezpieczeniem. Jawi nam się jako siła, drogą do bycia nie do pokonania.

Może taka rana, to motywacja do dalszych treningów. Cel? Być jeszcze zwinniejszym, uchylać się jeszcze skuteczniej, odskakiwać jeszcze szybciej. Sprytniej się chować, lepiej przewidywać, baczniej obserwować, mądrzej wnioskować. Mięśnie stają się coraz twardsze. Im badziej wytrenowani się stajemy, tym więcej czasu jest koniecznie do utrzymania kondycji. Im więcej zbudujemy, wypracujemy, nabędziemy, tym potężniejsze zasoby energii trzeba zgromadzić, by funkcjonować na takim poziomie. Im lepszą maszyną się stajemy, tym więcej uwagi i zaangażowania powinno się sobie poświęcić, by każdy mechanizm działał płynnie, był perfekcyjnie naoliwiony i zsynchronizowany, pozostawał dobrze zakonserwowany i trzymał niezmiennie swój doskonały stan. Z czasem robi się to coraz trudniejsze. W pewnej chwili pochłania bez reszty.

Może czasem zdecydujemy się na ucieczkę. Całkowitą. Wykluczenie potencjalnych napastników przez to, że nie dopuścimy ich na teren, gdzie przebywamy. Wyczuleni na każdy ruch, każdą postać, wywędrujemy na pustkowia, by choć na chwilę przestać podejrzewać o najgorsze, przejmować się tym, czy ktoś nie chce się zbliżyć ani nie będzie próbował zastawić pułapki: czy nie wymierzy z łuku, nie przeprowadzi najazdu. Dystans, od każdego i do każdego. Kompletne bezludzie. W momencie pojawienia się jakiegoś kształtu na horyzoncie następuje natychmiastowa decyzja o oddaleniu się ponownie na ziemie niczyje. Tylko czy będziemy mieć wystarczająco dużo siły iść w tym pancerzu coraz to dalej? Czy nie opadniemy w pewnym momencie z sił? Można go niby zrzucić, ale co jeśli ktoś wykorzysta chwilę nieuwagi, moment przyśnięcia, całkowitą nagość i odsłonięcie? Mamy dośyć sił? Wystarczająco dużo wytrwałości i gotowości, by znosić tę samotność?

Tak jawią mi się te wszystkie mechanizmy nabywane ,przez nas, często nieświadomie, na drodze doświadczania przykrości od innych. Od bliskich i dalekich, znanych i nieznanych. Słowa zadające rany, całkowicie niezasłużone lub prawda o nas, która przygniata swoim ciężarem i świadomością. Przykrości pchające nas ku treningom. Żal, który skłania nas ku myśleniu, że możemy polegać jedynie na sobie. Ucieczki, które powodują, że żyjemy wyłącznie we własnym świecie marzeń, pragnień, wyobrażeń i nadziei nie do spełnienia. Skupieni wyłącznie na sobie, na brakach, na smutkach.

Czasem zastanawiam się jak najlepiej sobie z tym radzić? Czy trzeba się tak męczyć ze zbroją? Może da się żyć inaczej?

SENSACJA

Słowa wyciągnięte z konteksu, źle nakreślony zarys, tytuł mijający się z celem wypowiedzi. Byle złapać i przyciągnąć, zwrócić uwagę i podburzyć, dać zastrzyk emocji i skłonić do wyrażenia nieprzemyślanego, dyktowanego uczuciami, pobudkami zdania. Niech wieść się niesie, niech ludzie się dowiedzą – o kolejnej sensjacji.

To się dzieje. Nie taki był cel.

Nie chcę uczestniczyć w teatrzyku, w którym przedstawiane są tylko tragedie. Nie będę krzyczeć ani płakać, by być dostrzeżonym. Nie zamierzam przejaskrawiać, ubarwiać ani zmieniać czegokolwiek, by się spodobało. Nie pragnę dopasowywać niczego do natężenia oklasku. Ocena jak najszerszego grona nie niesie żadnej wartości.

Próbują zrobić z najpiękniejszych wartości coś podburzającego, coś szokującego. Krzykliwe nagłówki, kontrowersyjne tezy. Taniec na ostrzu noża. Spektakularny, ale jak niebezpieczny. Jeden krok nieuwagi, zła decyzja, drobne potknięcie – skutki będą drastyczne. Rany broczące krwią. Jaskrawoczerwoną, natlenioną, mającą dawać życie, a nie być symbolem jego końca. Własny miecz jest tak samo ostry wobec dzierżącego go szermierza, jak oponenta. Nie może ugodzić obojgu? Nie może okazać się śmiertelny dla każdego z nich?

Nie ma starć bez strat poniesionych przez obie strony.

To co noszę w sobie nie jest na sprzedaż. Nie będę handlować łzami, nie postawię na wadze osądu ludzkiego wątpliwości, nie będę pakować w ładny papier potknięć, by ktoś inny mógł się tym pobawić jak zabawką. Wszystko, co dobre i czym chcemy się dzielić, nie jest przeznaczone do stania się sensjacją. Największe skarby są noszone głęboko w sercu. Tam znajduje się najpilniej strzeżony sejf, otwierany tylko na dźwięk wydobywany z instrumentów miłości, dobra i wiary. Bezcenne wspomnienia, niezwykłe sytuacje, silne uczucia. Tego wszystkiego nie da się przehadlować.

Choć próbują. Podobno wszystko ma swoją cenę. Nie będę brać udziału w tym eksprerymencie.

WIARA

Stajemy z wiarą i nadzieją przed tłumem. Przed nami rozpościera się wielka, żywa ściana. Możemy przyjrzeć się każdej twarzy. My pozostajemy pewni siebie, wyprostowani, z głową uniesioną wysoko. Jest w nas przyczajony ogień, gotowy zapłonąć jasno, gdy nastąpi atak. Płomień pragnienia pozostania sobą, ze swoimi wartościami, ze swoją wiarą, nadzieją, dobrem do końca świata. Iskra. Niewielka, ale przez to tak trudna do zlokalizowania. Z tego powodu nie sposób ją zgasić.

Jesteśmy całkowicie obnażeni, szczerzy w tym, że pokazujemy siebie. Nie imitacje, nie obrazy, nie kukły, nie manekiny, nie modele. Nie zamierzamy się ukrywać, ani wycofywać, choć boimy się: liczby i rozmiaru, powierzchni i wymiaru. Tak. Pozwolimy sobie przykleić te łaty i etykiety. Zgodzimy się na te niemające granic, ani moralnych, ani w sile rażenia, osądy, komentarze, uprzedzenia.

Ilu z nich będzie tylko lustrować naszą powierzchnię?

Kto usłyszy te mocne, niestrudzone bicie serca, łączące wszystkich w jednakowy sposób? Dające każdemu tę samą, niezbywalną godność do życia i do nazywania się człowiekiem.

Czyżby? A może on jest tym, za kogo my go uznamy?

Kimś głupim?
Kimś bez wartości?
Kimś brzydkim?
Kimś grubym?
Kimś, kto nie osiągnie nic?
Kimś do kitu?
Kimś, kto zawiedzie?
Kimś kto nawali?
Kimś, kto się myli?
Kimś, kto nie ma racji?
Kimś o idiotycznych poglądach?
Kimś kto po prostu nie zasługuje na szacunek? Na akceptację? Na miłość?

A Ty wydając takie osądy zasługujesz na pochwały? Po co to mówisz? Lepiej się czujesz, gdy kogoś poniżysz? Na tym budujesz swoją wartość? Podbijasz swoje ego tym, że spojrzysz na kogoś jako tego gorszego od siebie? Co Ci daje to porównywanie? Myślisz, że uda Ci się zapełnić tę pustkę? Tę wielką, pochłaniającą każdę światło czarną dziurę, która wynika z tego, że nie czujesz się dostatecznie dobry, akceptowany, lubiany, kochany…

Taka brutalna metodyka. Brakuje Ci miłości, więc odbierzesz ją komuś innemu. Niech na tym świecie zapanuje sprawiedliwość. Równość złamanych serc, skrzywdzonych dusz, zapomnianych indywidualności, zgubionych wartości, zniszczonego piękna.

Nienawiść nie jest lekarstwem na brak miłości. Ale odważysz się do tego przyznać? Potrafisz uznać, że czegoś Ci brakuje? Że myśli o byciu głupim, brzydkim, bez wartości, bez intelektu, bez talentu, bez nadziei Cię przytłaczają? Że masz dosyć tego, jak brak akceptacji Tobą poniewiera? Że nie kochasz dostatecznie siebie, dlatego nie jesteś w stanie uszanować życia, godności innych?

Ta pustka jest do zalepienia. Wystarczy chcieć kochać i być kochanym. Przestać nienawidzić. Skończyć zabijać okruchy dobra, zalążki nadziei, ziarna wiary. Zmierzyć się z tłumem i zdobyć się na odwagę, by wyciągnąć rękę. Do każdego i do nikogo konkretnego. Pokazać, że nie chcesz walczyć, że nie jesteś przeciwko nim tylko jednym z nich. Kimś tak samo pięknym i cudownym. Że masz w sobie gotowość, by uświadomić ich o ich niesamowitej wartości i niepowtarzalności.

Chcesz być przykładem, że można? Bo można.