SPOJRZENIE

Czasem te jedno spojrzenie wystarczy. Dla prawie każdego nie znaczyło by ono nic. Wyjątkiem jest tylko dwójka ludzi, którzy je ze sobą wymienili. Ukradkowe, związało ich silną nicią tajemnicy. Przekazane zostały słowa, które nie mieszczą się w słownikach, bo zostały stworzone na potrzebę tylko tej jednej chwili. Sekundy, które wygrywają pełną napięcia melodię. Aura bliskości aż drży od ciepła oddechu obydwojga. Wyłącznie razem, nigdy osobno. Dezorientacja, wywarta przez to wszystko, wprawia w zakłopotanie.

W bezczynności chwila przemija. Coś tak niezwykłego staje się czymś nie do odratowania. Utracone bezpowrotnie. Z serca rozlega się niemy krzyk, świadomy marności doświadczenia. Jest on pełen rozpaczy i strachu. Próba ucieczki od tęsknoty skazana jest na niepowodzenie. Atak fali goryczy niszczy coś tak pięknego. Zbudowanego w sekundzie wyobrażeń, mającego fundamenty w nadziei na dalszy bieg wydarzeń, podpartego siłą emocji i zabezpieczonego niepewnością możliwych nieporozumień.

Inicjatywy brak, więc tracimy. Co? Kogo? Dlaczego?

W głowie te wydarzenia zostają zatrzymane w czasie. Przeciągnięte. Wyobraźnia kreśli „możliwe” scenariusze. Takie, które nigdy się nie ziszczą. Przerysowane. Dyktowane jedną myślą: „chcę”. „Tęsknię”. „Pragnę”. Tajemnice skrywane w nas. Niewyjawiane nikomu, przenoszą nas w te miejsca, dzielone wyłącznie z jedną osobą. Wymyślone punkty spotkań. Tam kontunuujemy tę grę. Nikt nie powstrzymuje kolejnej rundy naszej zabawy.

Powstają nowe korytarze labiryntów. Sceny cechują się coraz większą zawiłością. Wchodzimy głębiej. Działamy celowo tak, że gubimy orientację. Coś nas zaprasza do tego, by się w tym zatracić. W chwili, sekundzie, pragnieniu, tajemnicy, niepewności. Adrenalina nakręcająca nas samych, serce dziko galopujące, urywany oddech, który w końcu zostanie odebrany – bliskością.

Tylko…

To nie jest zabawa. Człowiek nie jest rzeczą. Relacje nie są dyktowane naszym chcę i nie chcę. Prawdziwa bliskość nie wynika z życzenia zaspokojenia siebie. Tajemnica związku nie jest podszyta niepewnością i niewiadomymi, ale właśnie znanymi tylko tej dwójce ludzi faktom. Razem nie jest budowane na ulotnych sekundach. Gwałtowne zrywy serca nie uciszają niepewności. Nie da się odnaleźć trwałości w szalonych decyzjach czy chwilowych aktach walki o podtrzymanie intymności chwili. To nie znaki, nie flirty, nie gry, nie pozory, nie zakodowana mimika, nie uśmiechy zdradzające, że jeszcze tyle o sobie nie wiecie.

Spojrzenie porozumienia to nie zrozumienie. Ukradkowość nie wprowadza w skrytość bliskości. Ulotność chwili nie łączy nas w dalszych, możliwych do wydarzenia się, momentach.

Za łatwo można pomylić „relacje” z narkotykami. „Budujemy” takie, które budzą w nas dziki głód braku obecności kogoś, zamiast nakarmić nas na potencjalny czas rozłąki. Tęsknota, umacniająca bliskość, zamienia się w szalony i destrukcyjny pęd za czyjąś osobą. Jak w labolatorium, wciskamy guzik, byle dostać ten bodziec. Nakarm, napój, nasyć.

To nie droga. To nie zabawa. To nie nasze wyobrażenie. To odpowiedzialność.

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

SESJA

Każdy student wie, że przyswajanie dużej ilości materiału, w bardzo krótkim przedziale czasowym, jest całkowicie nieoptymalnym sposobem nauki. Po kilku godzinach intensywnego zakuwania konieczny jest odpoczynek. Inaczej, przymuszając się do dalszej analizy zagadnień, zamiast intelektualnego skupienia, walczymy z myślami wędrującymi ku zupełnie innym wyspom świata.

Nie powiem, żebym była w tym jakkolwiek gorsza. Zarządzanie zasobami czasu i pracy rzadko kiedy podporządkowane jest naszej woli. Te liczne, skrupulatnie rozrysowane, przemyślane plany, organizujące przygotowanie do egzaminów tak, by nie zabijać się o każdą sekundę, są na prawdę abstrakcyjnymi obiektami. Skoro popełniam ten sam błąd, co wszyscy, to ze świadomością i, w sumie, z czystym sumieniem, wykorzystam, w swojej niemocy nauki, te okienko przerwy. Pozwolę umysłowi pobiec tam, dokąd sobie zechce. Już nic więcej i tak nie przyswoję. Więc ucieknę…

Od czego? Dokąd?

Moje studia są trochę, totalną i zupełnie wcale, abstrakcją. Liczę rzeczy, które są wymyślonymi układami wszczepionymi w wyidealizowanyne schematy. Przechodzę przez szczeble prostych, elementarnych zależności, by później móc operować aparatem, tłumaczonym w całkiem prostych postaciach, na zupełnie innym poziomie. Wtajemniczenia w jakąś dziedzinę. Działam na wzorkach, które wyprowadzone zostały bazując na istnej kumulacji wymyślonych pojęć. One same, dopiero po wielu wykładach, zaczynają się zazębiać ze sobą. Razem okazują się być dopasowane do siebie niczym puzzle, każdy na swoim miejscu i położony w odpowiednim momencie. Wspólnie tworzą wielką piękną, jedyną w swoim rodzaju gałąź przedmiotów stricte ścisłych. W sumie mogę czuć satysfakcję, że jestem w stanie, w dość ograniczonym, na ten czas, zakresie, odkodowywać robaczki obrazujące najdziwniejsze zależności matematyki. Język, pozwalający umysłom analitycznym, mieć sposób wyrazu i przekazania myśli czy teorii, jest bardzo złożony, niezwykle subtelny i zadziwiająco barwny. Znaki, układające się niby w tajemny szyf, wydają się płaskie i zawiłe. Nie wiedziałam jak wielowymiarowe może być elementarne pojęcia i nad jak wieloma rzeczami należy się zastanowić, by coś w ogóle wprowadzić w słownik pojęć. Systematyzacja i plan działania tego wszystkiego zadziwia.

Jednak mimo logicznego, lingwistycznego bogactwa, część rzeczy nie wychodzi poza schematy. Przeliczanie, odtwarzanie czy ćwiczenie metod. Stykanie się z metodami sprawdzonymi jest nieuniknione. Nauka bywa czasem wtłaczaniem czegoś, co ma być głównie narzędziem. Pole kreatywności okazuje się być ogrodzone barierami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto kiedyś już wpadł na podobne do twojego podejście do zagadnienia. Odrobinę bywa to frustujące. Szczególnie jeśli nie lubi się utartych szlaków i sztywnych ram.

Komiczne jest dla mnie to, że uciekam z jednej abstrakcji w inną. Zaczynam bawić się słowem, układam puzzle zdań także pospolitych znaków. Powszechnie dostępnych i znanych. Pozwalam sobie trochę na bycie „sprytną” inaczej. Pływam w zupełnie innej wodzie niż dotychczas, mając pod sobą nigdy wcześniej nie eksploatowana głębie. Nie ciemniejszą, nie bardziej życiodajną, nie lepszą. Po prostu nieznaną, pociągającą, kuszącą. Zapraszającą by spróbować. Powoli i regularnie ćwiczę, dzięki czemu wytrzymuję pod wodą coraz więcej sekund. Czuję jak płuca stają się coraz bardziej pojemne. Ciało przyzwyczaja się powoli do chłodu wody. Mięśnie poznają przy ruchach opór cieczy.

Z każdym dniem prób widzę te malutkie postępy. Analogiczne do tych, które robi dziecko dopiero uczące się chodzić. Czytam to, co zakwitło i urodziło mi się w głowie parę tygodni temu i myślę: wtedy to nic nie umiałam. Teraz jest odrobinę bardziej znośnie. I tak wyczekuje momentu, gdy za kolejne dwa tygodnie wrócę do aktualnego języka moich tekstów i poczęstuję się dokładnie tymi samymi słowami. Z uśmiechem, satysfakcją, motywacją i rozbawieniem sobą. Taka jest ta rzeczywistość. Wiem, że w tej sekundzie to stwierdzenie jest idealnie wpasowane w moje postrzegania. Zarazem nie próbuję zaprzeczać temu, że też nie jest to trafna ocena.

Mogę się śmiać, że żyję podwójnie. Dziwić się, że działam na zupełnie różnych płaszczyznach. Odkrywając i poznawając te dwie, niby tak różne twarze. W tym wnioskowaniu pójdę o krok dalej. Jesteśmy do siebie w tym podobni. I tych ścieżek jest ich znacznie więcej. Mamy tak szerokie pole do popisu. Tyle perspektyw rozwoju. Tak wiele miejsc do odwiedzenia. Zwariować można. Za dużo i za mało tego. Inspirujemy się tym i demotywujemy. Budzimy zachwyt i prowokujemy. Wychodzimy poza schemat i zaskakujemy. Rozczarowujemy i nie wnosimy nic nowego. I tak dalej można się kłócić o to, co jest prawdziwe, a co nie. I jedno, i drugie. Jak nasze dwie twarze. Jak nasze wiele twarzy. Jak nasza jedna twarz.

bo nie są dość ładni…

Nasza wizytówka, często karta przetargowa, przepustka i udogodnienie. Wygląd. Pozory, oszukiwanie, udoskonalanie. Doprowadzanie się do granic wytrzymałości w polepszaniu siebie. Presja, by być pięknym, dobrym, uśmiechniętym. Dopracowanym w każdym szczególe. Przednie kwalifikacje, spełnione oczekiwania, energia i gotowość, by się uczyć. Taka jest nasza rzeczywistość, gdzie nad naszymi głowami jest zawieszona, niedorzecznie wysoko, poprzeczka.

Niczym wyprawa w góry nie do zdobycia. Udział w wyścigu nie do wygrania.

Za dużo osób nie akceptuje siebie. Zbyt wielu z nas wyrzuca sobie codziennie to, że nie są „dość ładni”. Duża część społeczeństwa nie potrafi ofiarować sobie dobrego słowa. Ludzie patrzą na swoje życie przez pryzmat sztucznych zdjęć, wyidealizowanych scen, reklamowanych utopii i zakłamanych historii. Część z nas ma w sobie pragnienie zamiany swojego życia z życiem kogoś innego. By być tak samo lubianym, zauważanym, chwalonym. Stanie się kimś wyróżniającym – częste marzenie. Dlatego część z nas stara się nadrabiać to, czego nam brakuje na płaszczyźnie relacji i komunikacji interpersonalnej, sztucznym zachwytem nad sobą. Skupienie się na wyglądzie. Położenie go jako fundament naszej samooceny.

Dla osób, które nie potrafią dostrzec swojego piękna, sylwetka, twarz, niedoskonałości stają się udręką. Nie mają „czym nadrabiać” braków zainteresowania. Za każdym razem, gdy patrzą w lustro, widzą na twarzy nie tylko dojmujący smutek, rozczarowanie sobą i zrezygnowanie wobec rzeczywistości. Jawi się na niej także pogarda, wyrzut i głęboki żal do siebie. Czemu nie możesz być lepszym? Czemu nie możesz być innym? Czemu muszę z tobą każdego dnia wytrzymywać? Czemu jesteś taki nieśmiały? Czemu jesteś taki gruby? Czemu jesteś taki głupi? Czemu jesteś taki słaby, wrażliwy, niewytrwały w postanowieniach pracy nad sobą?

Czemu tak bardzo starasz się przybodobać innym? Czemu szukasz tak bardzo akceptacji? Czemu chcesz być tak bardzo kochany, doceniony?

Przez taki stan, zostają umieszczeni między młotem, a kowadłem. Pragnieniem uczucia, a myślami, które tylko podkreślają niemożliwość jego spełnienia. Potrzebą miłości, a słowami: „nie zasługujesz na nią”. Tak, jest w nas pewien mechanizm. Wielokrotnie, po prostu, się nad nami pastwi. „Patrz, co złego zrobiłeś”, „Zobacz, ile rzeczy ci się nie udało”, „przypomnij sobie, jak często ludzie cię odrzucili, nie chcieli z tobą być, zerwali z tobą kontakt. Musieli mieć powód.” „Nie jesteś wystarczający, dlatego nigdy nie poznasz miłości.”

Człowiek jest tak kruchy i delikatny. Jego psychika może zostać, z taką łatwością, zniszczona. Nieświadomie, sami sobie robimy krzywdę. Nie potrafimy pochwalić siebie za to, co wykonaliśmy dobrze. Nie umiemy wskazać w sobie żadnych zalet. W życiu pełnym minusów i złych stron brakuje tego maleńkiego plusa, który dałby nadzieję. Przez to, nie jesteśmy w stanie odwzajemnić uśmiechu, którego, każdego poranka, chcemy sobie ofiarować. Nie potrafimy spojrzeć ludziom prosto w oczy, z myślą, że zasługujemy na dobro, ciepło i otwartość. Nie podejmujemy się pracy nad sobą z myślą, bo wolimy się zapętlać w myślach przesiąkniętych subiektywnymi odczuciami i negatywnymi emocjami. Nie umiemy zdobyć się na to, żeby pozwolić swojemu rozumowi spojrzeć obiektywnie i ocenić, znaleźć rozwiązanie, które pomoże.

Nikt z nas nie przyszedł na świat idealny. Nikt z niego też nie odejdzie perfekcyjny. Nikt, nigdy, nie musiał być w swoim życiu doskonały. To od nas zależy, czy wmuszamy w siebie ten wymyślony rozkaz, który czasem przebija się przez powierzchnowną ocenę innych.

Bo nie są dość ładni…

Co możemy dać komuś z samego tytułu wybitnego wyglądu? Co może zmienić nasza , tak skrupulatnie udoskonalana, aparycja? Szczerze – mam ochotę krzyczeć ze złości. Przez to, jak bardzo ludzie odbierają sobie wartość, bo wydaje im się, że czegoś brakuje im w wyglądzie. Nie można nim nic wartościowego ugrać. Za niego nie otrzyma się nic więcej, niż kilka sekund uwagi, szybko wystawiona, płytka ocena, kilka spojrzeń i bezwartościowych pochwał, które nie budują w nas nic pięknego. Ani w innych. Są kartami dostępu do miejsc, gdzie rządzą pozory, powierzchowność, a wszystko okrywa ułuda. W tym wyścigu najpiękniejszych jest wielki przemiał ludzi. Przybija mnie ta łatwość w znalezieniu kogoś innego na własne miejsce. „Lepszego”. „Piękniejszego”.

Na prawdę nie wiem, dlaczego ludzie dają sobie pozwolenie na takie ocenianie.

Jest coś, co każdy z nas może dać innej osobie, kompletnie niezależnie od tego, jak się wygląda. Są rzeczy, które można wypracować, kierując się, tym naturalnym, pragnieniem bycia kochanym. Jest nim oczywiście miłość. Sztampowo, ale tak prawdziwie. Ta szczera, niewymuszona, naturalna, konsekwentna, nieodrzucająca, nieoceniająca, rozumiejąca i cierpliwa miłość. Skłonna wybaczać niedoskonałości, potknięcia. Sobie i innym. Dzieląc ją, zmieniamy świat. Otwieramy oczy, swoje i innych, na piękno świata, ludzi, ale co najważniejsze: własne. Brak w niej podziałów. Nie ma w niej żadnej narzuconej segregacji. Nie można kochać lepiej czy gorzej. Trzeba tylko jej poszukać: pod tymi licznymi maskami, pozorami. Przedzierając nietrafione karteczki z ocenami. Gasząc te, pełne ognia, oczekiwania. Uwalniając się od tej cholernie ciężkiej presji, by być… Właśnie. By być kim?

Kochającym siebie.

Jest dla siebie nie masz miłości, nie jest możliwe, byś pokochał kogokolwiek prawdziwie. Zawsze na przeszkodzie będą stały myśli: nie wystarczasz. Nie umiesz. Nie możesz. Nie potrafisz się zdobyć na coś tak doskonałego będąc tak ułomnym. To wszystko będzie odbierać tobie nadzieję, siłę i wiarę w to, że miłość w twoim życiu może zainstnieć. Czy można dzielić to, czego się w sobie nie ma? Jak dawać coś, czego się nigdy nie poznało? Skąd się uczyć sztuki okazywania miłosierdzia, kiedy wobec siebie jest się bezwględnym katem?

Nie. Zdecydowanie można. Kochać. Nie nienawidzić. Siebie. Innych. Życie. Serce. Oddech.

MALUCH

Od wielu dni obserwuje niezwykłe zjawisko. Jest nim praca malutkiego ptaszka, który próbuje nauczyć się latać. Sytuacja fascynuje, motywuje, skłania do refleksji, otwiera oczy. Jednocześnie obserwacja dogłębnie porusza, nie daje ukojenia wrażliwości, szarpie za struny serca napiętego współczuciem i chęcią pomocy.

Ten dramat jest zdefiniowany przez pewien tragizm. Stworzenie nie wie, czy jest nielotem, czy jednym z tych gatunków, które wznoszą się hen wysoko, pod sam nieboskłon. Codziennie, wielokrotnie, powtarza swoje próby. Stara się uporczywie polecieć. Często musi walczyć z samym sobą. Mierzyć się z przytłaczającą beznadzieją, która przypomina – po tylu przymiarkach jeszcze nie odleciałeś, to wszystko jest bezcelowe, nic się nie zmieni. Dobija go niewiedza, czy w ogóle jego skrzydła mogą go ponieść.

Samodzielność dojrzewania postawiła go w sytuacji, gdzie nie ma osób, które podsuwają odpowiedzi pod nos. Część opieki rodzicielskiej przeminęła. Jedyna droga, by potomstwo mogło poradzić sobie z trudnościami w dorosłym życiu, to pozwolić mu samemu decydować i działać. Poprzedzone to będzie przejściowym okresem niewiedzi, braku jasnych wskazówek i wielu godzin szukania, upadania i powstawania.

Motorem tego ptaszka jest wewnętrzne, bardzo silne poczucie, by polecieć. Może jest to instynkt, może tylko chęć, może po prostu marzenie inspirowane wędrówką innych. W głowie ma ułożone kilka planów na możliwe trasy, pewnie multum wyobrażeń, jak wiele może się przytrafić takiej kruszynie, jak on. W tym wszystkim, on nie rozumie, gdzie znajduje się źródło tego wewnętrznego impulsu. Jest jedynie, boleśnie, świadomy jego dominacji nad innymi popędami. Codziennie poznaje siłę rażenia i uporczywość ataków impulsów „rób”, „próbuj”, „nie poddawaj się”.

Całkowicie irracjonalna nadzieja powoduje, że jakoś zbiera się w sobie. Przyjmuje pozycję startową, taką samą jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni i rozpędza się. Podskakuje, z całych sił, i zaczyna rozpaczliwie machać skrzydłami. Doświadcza tego błogiego, tak ulotnego, poczucia wolności, lotu, oderwania się. Kosztuje jego slodyczy, otrzymuje taki maleńki kęś. Udaje mu się przez kilka sekund utrzymać nad ziemią. Jednak spada, kolejny raz. Delektowanie zostaje bardzo brutalnie przerwane. Cudowne wspomnienie natychmiast poprawione o przykre zakończenie. Piękne kolory przeżywania otrzymują domieszki szarości, czerni i szkarłatu. Kolejny raz obite sobie skrzydła i ponownie pojawiające się pytania: po co w ogóle mu zostały dane, skoro wydają się tak bezużyteczne. Czemu coś go pcha do tych całkowicie niszczących prób.

Jak można się spodziewać, punkt kulminacyjny nie nadchodzi. Było by nim potwierdzenie. Upewnienie. Tak, kiedyś polecisz. Nie, nie jesteś ptakiem lotnym. Determinizm sytuacji, zamiast przyniesienia ulgi, każe dalej podejmować próby. W tym drobnym ciałku nie można zagłuszyć tego głosu wołającego: „próbuj”. Więc ptaszyna wciąż walczy. Czekając, z ogromnym utęsknieniem, na tę upragnioną chwilę wytchnienia – odpowiedź.

Do tego czasu…

Tylko wstaje, obity i zadrapany. Często coraz bardziej obojętny, działający jak maszyna. Jego stan oscyluje od poczucia, że jest dość silny, do stanu, gdzie myśli, że już więcej niepowodzeń nie zniesie. Poziom siły waha się od „jest jej wystarczająco” do „niezwłocznie uzupełnij zapasy”. Pozorne wyobrażenie, że upadek nie przybije tak mocno, zostaje szybko zweryfikowane przez trud, który prawie uniemożliwia wstanie o własnych siłach.

Nie można pojąć dlaczego tak bardzo chce się próbować, skoro zna się skutek. Po co się działa, próbuje, walczy. Dlaczego pomimo wyczerpania zrywami, upadkami i powstawaniem, ciągle odzywa się to silnie bijące serce. Dyktujące niezmiennie rytm życia. Nawet te odbijanie się od ścian, zamykających w danej sytuacji, nie pozbawia całkiem tchu. Cegły, które wypalane są z prób i trudności, w procesie wypalania dokonują zmian również w nas.

Jedyne, co nas trzyma i co pozwala nam unosić głowę, spojrzeć na niebo, to nadzieja. Że kiedyś się dowiemy.

OBNAŻONY Z EMOCJI

Czasem zostaje z nas zdarty płaszcz, mający okrywać nagość emocji, ich bezbronność i niewinność. One, skrywane głęboko, strzeżone pilnie, wypuszczane tylko, gdy nikt nie patrzy. Często trzymane na smyczy oraz zakute w kaganiec. Nie mające prawa głosu przy innych. Odbierana jest im wolność.

Twarze przysłonięte makijażem. Nakładanie podkładu bywa kojące. Znaki źle przespanych nocy, te foletowe sińce pod oczami, powoli znikają. Tusz odciąga uwagę od zapuchniętych oczu. Cień nadaje koloru oczom bez blasku. Szminka podkreśla usta, które nie muszą już dodatkowo uginać się w uśmiech, by zachwycać. Szara, nijaka twarz przemienia się w piękną, barwną, wyrazistą maskę, którą można pokazać światu.

Zakrywanie wszystkiego zdecydowanie uspokaja. Odciąga myśli.

Jednak przychodzą chwilę spotkań. Z tymi, którzy rozumieją. Przed którymi można odkryć karty. Sami mierzą się z podobną niewiedzą. Są wsparciem samą obecnością. Nie zawsze znają i dostarczą odpowiedzi na pytania. Rzadko kiedy z ich ust padają słowa całkowicie adekwatne. Jednak to powietrze wypełniające przestrzeń, gdzie się wtedy znajdujemy, przesycone jest gotowością. By słuchać, by być dla kogoś, by starać się zrozumieć i okazać wsparcie na miarę swoich, bardzo, ograniczonych możliwości. To wszystko uczy, że relacje często wykraczają poza bariery czynnego działania. Nie potrzeba pełnych zwrotów akcji działań, by zagrać skutecznie. Całe piękno i nadzieja tkwi w szczegółach.

Istotą jest cierpliwość, by poznać całą historię do końca, zanim zacznie się pouczać i dawać rady. Zamyślenie i zainteresowanie, gdy ktoś przyswaja i przetrwarza informacje dopiero co pozyskane. Próba dopasowania rozwiązania, nie dyktowana własnym doświadczeniem i wyobrażeniem, a krojona specjalnie pod osobę, do której mają być kierowane słowa. Cisza, która pozwala kontynuować opowieść bez presji, daje chwilę namysłu. Dzięki niej i w niej nikt nie karze zebrać się w garść. Brak w tym wszystkim także nachalności. Nie ma narzucania niepotrzebnej pomocy. Nikt nie odbiera samodzielności, nie wyręcza w mierzeniu się z problemami, nie myśli i nie podejmuje decyzji za nikogo. Prawdą, sednem jest deklaracja trwania obok, pomimo własnych trudności, pomimo niepokoju szytego przez własne lęki, pomimo chaosu wynikającego z własnych trudności. W tym morzu pełnym własnych niewiadomych, na mapie często tak różnych dróg, w ogniu tak wielu emocji – spotykamy się i trwamy, w tym, razem.

Razem szukając światła. Sami jesteśmy też płomieniami dla innych. Często nie robiąc nic, ratujemy wszystko. Przez jeden gest, jedno słowo, jedną chwilę przedłużonego milczenia, jedno powstrzymane działanie.

Gdy głos mi się załamał… Gdy wyznałam, że czuję się sama… Odważyłam się powiedzieć to na głos. Znają mnie, wiedzą, że przychodzi mi to z trudnością. Dziękuję za ten krótki uścisk dłoni. Znaczył on w tej sekundzie wszystko. Niósł wyłącznie miłość. Podpartą troską, życzeniem, by się ułożyło, wiarą w to, że sobie poradzę, czynem, który przypomina – otwórz oczy. Jestem obok.

Był, jest i będzie. On i oni.

KOLEJNA NOC

Dokładnie. To kolejna noc, kiedy przykładam głowę do poduszki, a sen jednak nie nadchodzi. Mimo intelektualnego zmęczenia, fizycznego wyczerpania – umysł pozostaje, niezmiennie, ciągle pracującym młynem: mielącym emocje, myśli, słowa, wydarzenia. Nadaje rangi każdemu szczegółowi, poddaje analizie każdy okruch, bada najmniejsze cząstęczki. Wszystko po to, by postawić kilka hipotez, nakreślić wiele teorii. Niepewnych, łatwych do obalenia, budzących wiele wątpliwości, trudnych do udowodnienia. Każda z nich może być odpowiedzią na obecną sytuację. Nie wszystkie z nich się wykluczają wzajemnie. Mało znajdzie się takich, które dopełnią obraz jako niezależne byty.

Niezliczone scenariusze. Dojmująca niepewność. Podważająca autorytet niewiedza. Zagadkowe jutro. Przemijająca chwila. Brak podpowiedzi odnośnie kolejnego kroku. Zaufanie, że będzie dobrze. Bo musi być. Na tym polega zaufanie.

O niebo łatwiej jest podejmować decyzje w momencie, gdy da się rozpoznać to, czego się pragnie. Wtedy pewnymi wskazaniami stają się emocje. Uczucia z automatu odrzucają niektóre drogi. Przy wyborze jednej z dwóch skrajnych, całkowicie rozbieżnych dróg można po prostu zaufać sumieniu, które daje pewność, że nie postąpimy wbrew sobie. W chwilach podejmowania decyzji o wyłącznie własnym życiu wystarczy bazować na wiedzy o sobie, by wybrać tę jedną, najlepiej dopasowaną możliwość.

Też o ile bardziej dopracowana jest strategia, gdy operujemy na znanym, stabilnym gruncie. Nasze rewiry budują naszą pewność, siebie i znajomości otoczenia. Pozwalają lepiej orientować się w chwilach, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Szybciej możemy podejmować nietuzinkowe decyzje, przy czym ciężej nas zaskoczyć sytuacjami kryzysowymi. W końcu wiedzieliśmy na jakie trudności można natrafić, z częścią może nawet już się zetknęliśmy.

Co zrobić, jeśli informacji jest niewiele? Czym się kierować, gdy trwa się w pewnym zawieszeniu? Którą stronę obrać, jeśli nie występuje w naszym sercu jawna polaryzacja pomiędzy tym, co słuszne, a tym co nam zaszkodzi? Jak poradzić sobie z jakąś nadzieją, oczekiwaniem, kiedy nie wiemy co konkretnie ma się wydarzyć? Jak ufać sobie, jeśli bazujemy na samym przeczuciu?

Dzień miał przynieść odpowiedzi. Zamiast tego trwam, ale dalej w pewnej nijakości. Bez serca dyktującego kroki, bez pewnego siebie rozumu, który dobrze szacuje potencjalne zagrożenia i dostrzega możliwości, bazując na wiedzy i doświadczeniu. To chyba nowa sytuacja – kiedy całkowicie nie umiem sobie wyobrazić, co może wydarzyć się dalej. A wyobraźnie mam prężną, często przekraczającą granice prawdopodobnych, potencjalnych wydarzeń.

Podejmuje jakieś konkretne kroki – ale mam wrażenie, że na oczach mam opaskę. Staram się ufać temu, że w tym wszystkim jestem prowadzona za rękę, a jako wsparcie mam niezawodny GPS, który za każdym razem, gdy zbłądze, potrafi wyznaczyć nową trasę. Do celu. Lub celów. Pośrednich, spontanicznych, dynamicznych, rozwojowych, pełnych niespodzianek i pewnych w niepewności, z czym zostaniemy przywitani. W tym wszystkim próbuję odnaleźć siłę. By pomimo tego, że te kierunki mogą się zmieniać, że nie raz wejde w jakąś kałużę, której nie zauważyłam, że z pewnością kilka razy dojdę na skraj uliczki, która okaże się ślepa, wielokrotnie nałożę drogę – to jakoś dotrę do tego celu, celów, punktu czy punktów.

Zdecydowanie – te pojedyncze przebłyski, które dają nadzieję są dziwne. Niejasne. Nie można ich zinterpretować, stać się czegoś pewnym. W sumie dokładnie tak ostatnio wygląda moje szukanie odpowiedzi. Odkrywam kolejne stronice, zapisane językiem złożonym, splątanym, głębokim. Wrażliwym. Na to, kto czyta, i na to, czego szuka. Mądrym i prostym. Trafionym.

ZEJŚĆ Z WIDOKU

Trzeba wiedzieć, kiedy należy zejść z widoku. Pokonanym lub nie, smutnym czy szczęśliwym, gotowym lub przestraszonym. Dobrze jest dostrzec moment, w którym świat daje znaki, by zamilknąć i zacząć słuchać, podnieść wzrok i spojrzeć na coś szerszą perspektywą. Objąć ten nieograniczony horyzont rozpostarty przed nami. Przestać oczekiwać i kreślić plany, i nareszcie zacząć doceniać głębie każdego dnia. Nie poddawać się żalowi, bo coś nie wyszło i jakaś furtka została zamknięta. Nie można też nakręcić się za bardzo, nastawiać na pewny sukces w momencie, gdy rzeczy idą tak gładko zgodnie z planem.

Zapętlenie w życiu przeszłością i przyszłością. Skacząc od wczoraj do jutro, od następnego dnia do poprzedniego, za każdym razem pomijając najważniejszy i jedyny słuszny przystanek – dzisiaj.

Słowa ciskają się na usta, ale każde, które przychodzi jest nietrafne. Skierowanie wzroku za siebie okazuje się niesłuszne, spojrzenie pod nogi niewłaściwe, obejrzenie w góre zgubne. Celowanie przed siebie? To właśnie tam są ludzie. Tam jest twoja droga, nadzieja i przygoda. Ona zaprowadzi cię do jutra, ale nie ominie teraz. Jeden pewny krok, potem kolejnych kilka przyspieszonych, zaraz kilkadziesiąt ostrożnych, wypełnionych skupieniem. Potknięcia i upadki jako integralna część wędrówki. Podskoki i zgrabnie wyminięte przeszkody jako skutek wprawy w kroczeniu. Pojawiające się liczbe obtarcia, skręcenia, złamania, ale także coraz lepiej rysująca się wytrenowana sylwetka, coraz silniejsze mięśnie, coraz potężniejsza kondycja. Siła i pewność siebie, naznaczona doświadczeniem samodzielności, kształtowana metodą prób i błędów.

Taka oto mała, niewinna dróżka.

Dla małego człowieka, jakim jest każdy z nas. Wyjątkowy, ale jednak drobny, kruchy. Mający swój kawalątek ziemi, swój punkt w tym świecie. Filigranowy. Łatwy do przeoczenia. Człowiek i jego miejsce. Jeden z wielu. Pora zanurzyć się w swojej małości. Jako ktoś pełen pokory, poddany cichości, skupiony na istocie. Nie warto krzyczeć, poki ma się w perspektywie jutro. Nie należy się zatrzymywać, jeśli ma się siłę iść dalej. Warto odpocząć, gdy słania się z nóg. Można płakać, być smutnym, cieszyć się i zastanawiać, wątpić i prosić. W stuprocetowej wolności.

Złożoność kogoś tak mikroskopijnego, jak człowiek fascynuje. Jest ona tak niepojęta. Każdy z nas jest jak chodząca bomba, noszący w sobie wulkan. Myśli, emocji, pragnień, planów, doświadczeń i trudności. Miłość przeplatana cierpieniem. Radość podszyta smutkiem. Oddech, dający siłę, pozbawiający nas energii, która umożliwia funkcjonowanie. Racjonalizm hamujący emocje, które z kolei umniejszają rolę intelektu. Ograniczenia ciała, z którymi się mierzymy w treningach, by poznawać je i zarazem przesuwać coraz dalej. Akceptacja i odrzucenie. Pełnia i pustka.

Jak siebie zrozumieć? Jak siebie poznać? Kim jesteśmy?

WAŻNOŚĆ

Gdy coś się w nas zmienia, może obudzić się jakieś wewnętrzne, bardzo silne pragnienie, by zacząć działać, mówić, wskazywać. Oznajmić wszystkim jak cudowne jest poszerzenie perspektywy o jakieś doświadczenie. Opowiedzieć jak wiele można dostrzec przez zmianę kąta obserwacji. Nakreślić o ile bogatsze i pełniejsze jest przeżywanie, gdy zrozumie się jakiś mechanizm kierujący człowiekiem.

Poczucie, że warto zacząć nauczać i zmieniać ludzi. Słuchajcie!

Tylko czego, tak na prawdę, się dowiedzieliśmy? O ile bogatsi jesteśmy w wiedzę? Czy, skoro coś tak łatwo mogło zostać obrócone o 180 stopni, to skąd pewność, że za kilka dni obecne przeświadczenie o słuszności poglądu znowu nie runie? Jak odpowiedzieć na pytania o fundamenty, na których oparliśmy mądrość, kiedy jakieś wątpliwości podważyły lub obaliły tezę z taką łatwnością?

Gdzie szukać niezmiennych źródeł?

Czy stałość może zostać zrozumiania przez tak zmienne istoty, jak my? Czy niezmienność może być dostrzeżona w tak dynamicznie rozwijającej się codzienności? Czy można szukać uniwersalnych prawd, kiedy z tak podobną i zatrważającą skutecznością burzymy, co budujemy. Coraz to nowsze budynki, idee, poglądy, postawy, układy, schematy, nadzieje, imponderabilia… Czy można przełożyć rozum nad emocjami, skoro jedna osoba, jedna sytuacja, jedno słowo, jedna decyzja można złamać człowieka jak słoma? Czy powinno się kierować uczuciami, skoro, tak często, pchają one nas w miejsca kompletnie niestosowne, przeczące instynktowi, odrzucające bariery bezpieczeństwa. Te, które są tak ważne, bo nimi się otoczamy, żeby nie zostać narażonym na ataki złośliwości tłumu wypełniejącego nasze otoczenie?

Czym się kierować?

Czy istnieją słowa mówiące o czymś pewnym? Jest jakaś niezawodna podpora? Każda książka została spisana dłonią ludzką. Każde słowo przeszło przez ludzki proces myślowy. Czasem za szybko wypowiedziane, czasem za długo bywało przetważane i ważone. Co jeśli część z nich, przelewanych na papier, przekazywanych z ust do ust, utrwalanych na nagraniach, wykuwanych na kamieniach, są dyktowane wyłącznie sercem? Nakreślone przez najczystsze pragnienie… Szukanie miłości.

Najwyraźniej ono objawia się ono u dzieci. Malutkich, ufnych, niewinnych, nieuprzedzonych, niedoświadczonych smutkiem i zawodem. Takich, które wyciągają dłonie ku rodzicom bez zastanowienia, bez zawahania, bez myśli, że mogą zostać odrzuceni, zaniedbani, zranieni. Nie ma w ich głowie opcji: niekochany.

Może warto szukać stałości w swoim sumieniu, a w wyrzutach sumienia istoty nakazów moralnych? Może to one mogą pozwolić, w końcu, zbudować jakąkolwiek, sensowną, ścianę, której nie zniszczy byle podmuch wiatru? Stopniowo będą kreślić plany pod twierdze nie do zdobycia? Takie oparte na sile, mające naturę wynikającą z stałości, przenikające czas, posiadające takie same źródło jak krążące dookoła nas atomy?

Jak się nie szuka, to się nie znajdzie.

MAŁOŚĆ

Czasem człowieka dopada małość jego życia. Małość sensu jego istnienia, jego miejsca na tym świecie, jego siły i zasięgu działania. Małość mikroskopijności zmian wywartych przez przeżycie kolejnego dnia, jako ciągu logicznych, spójnych wydarzeń nazywanych egzystencją. Budzi to lęk, zagubienie, złość, poczucie bezsilności.

Zaczynamy się wtedy mierzyć z pytaniami – czy da się coś z tym zrobić? Czy można sprawić, by ten nierówny podział dóbr na ziemi, nie był tak wyraźnie zarysowany? Czy da się zgasić w ludziach nienawiść, żądze władzy i posiadania czy kontrolowania, które pchają do wojen, bitw, starć, rozłamów? Czy jest możliwe przebaczenie i uzyskanie przebaczenia, pomimo kłótni, wieloletnich waśni, odmiennych stanowisk? Czy istnieją jakiekolwiek płaszczyzny porozumienia dla ludzi stojących na dwóch, zupełnie różnych, biegunach postrzegania jakiejś sprawy? Czy da się w sobie wyrobić postawę, która pomimo wyrywającej się z serca niezgody lub sprzeciwu, nie pozwala na obrażanie, bezsensowne krytykowanie, psychiczne ataki czy manipulację?

Czy są metody, by zaleczyć rany zadawane brakiem miłości? Czy da się wykarmić wszystkich tych, którzy teraz nie mają, kiedy my mamy za dużo? Czy da się kochać, szanować, pomagać?

Kiedy zrozumiemy, że egoizm nigdy nie sprawi, że pokochamy siebie i swojego życia? Że dyktowane nim zachowania nigdy zaprowadzą nas do upragnionego raju zwanego szczęście? W momencie, gdy my się bogacimy, ale ktoś inny ubożeje, sumienie odzywa się i przypomina, że każda akcja pociąga za sobą reakcję.

Sytuacje, gdy dbamy wyłącznie o własne interesy, odebrają naszej ocenie szerszą pespektywę. Nie potrafimy dostrzec, że mimo chwilowego stanu zadowolenia, na mecie wyścigu staniemy sami. Spełnienie nagrodą i bogactwem, które zostanie nam wręczone, nie znajdzie źródła ujścia przez brak możliwości podzielenia się tym wszystkim z kimkolwiek bliskim, bo przecież nikt nie został w trakcie biegu wliczony w czyjś sukces. Wszystkie chwile, gdy zwracamy uwagę wyłącznie na swoją osobę, powodują, że ludzie patrzą na nas z rezerwą i trzymają do nas znaczny dystans. Nie można zbudować bliskiej, wręcz, ośmielę się powiedzieć, jakiejkolwiek sensownej relacji, kiedy staramy się wejść w nią z nastawieniem „ja jestem w centrum”, „tylko ja się liczę”. Słuchaj o mnie, zachwycaj się mną, chwal mnie, pomagaj mi, dawaj mi poczucie bliskości, zaspokajaj, przytulaj, kochaj, pocieszaj. W tej relacji jesteś tylko ty sam. Ty i Twoje potrzeby, które nigdy nie zostaną spełnione, bo nikt nie pojawi się obok. Każdy będzie trzymany poza murami zamku, wzniesionymi przez egocetryzm i pychę.

Budowanie fortun, stawianie sobie pałaców, gromadzenie bogactw – to wszystko okaże się niczym. Wszystko zostanie zweryfikowane w momencie, gdy twoje życie będzie się kończyć. Wszystkie wspaniałe budowle, budowane na fundamentach pragnienia zaspokojenia wyłącznie własnych potrzeb runą jak domy budowane na piasku. Zalane falami samotności, bezsensu, żalu, wyrzutów sumienia, tęsknoty, nieuchronności tego, co ma nadejść. W tej chwili nic nie będzie mogło przywrócić ludzi, których się odrzuciło czy zraniło swoim postępowaniem. Zabraknie czasu, by wyjednać sobie przebaczenie. Sumienie zacznie krzyczeć tak głośno, wspomnienia zaczą przesuwać się tak szybko i wyraźnie. Serce pozostanie niewzruszone wobec prób znieczulenia i uciszenia. Pokaże swoją naturę i prawdę o pragnieniach, myślach. Nic też nie zgasi przerażenia wobec tego, co było ani strachu przez tym, co będzie.

Małość życia, które może być zgaszone jak zapałka. Czasem jedna decyzja innej osoby, jeden nierozważny ruch, jedna akcja dyktowana emocjami, jedno nieprzemyślane słowo, jeden nieodpowiedni gest może zaważyć na wszystkim, co defniuje czyjąś codzienność. Czas, którego nie można cofnąć. Życzenia, by naprawić to, co się zniszczyło. To wszystko często nie przywróci niczego. Niesprawiedliwość w tym, że czyjeś życie od pierwszych sekund jest zdeterminowane przez czyjąś osobę, moment dziejowy, miejsce urodzenia, zdrowie. Czynniki całkowicie niezależne i niepodlegające naszej woli powodują, że na starcie możemy być za kimś daleko w tyle, od początku pozbawieni jakichś możliwości. One wszystkie definiują nasze postrzeganie, przeżywanie, doświadczanie, perspektywy, ścieżki i późniejsze decyzje.

Małość w świadomości, że to zmiany rządzą naszym życiem. Że każdej następnej doby nasze ciało jest o jeden dzień starsze, nasz umysł o jeden dzień mądrzejszy, historia życia o jeden dzień dłuższa, serce nadwyrężone o pracę stu tysięcy uderzeń. Cudowny, wyższy gatunek ludzki mający wolną wolę, mogący podejmować decyzje, a jednak podlegający życiowemu determinizmowi przypadku, może przeznaczenia, wpływom innych, odpowiedzialności za siebie i za każdego człowieka dookoła.

Świadomość tego, jak świat wygląda. Wiedza jak wiele można zmienić i jak bardzo, pomimo tego, będziemy trwać w marazmie i stagnacji. Małość sensu naszego działania, bo w głowie zasiane jest pewne przekonanie, że nie można w żaden sposób wpłynąć na bieg wydarzeń rzeczywistości.

Może część z nas z lęku przed tą małością szuka uznania, sławy. Marzy o światowej karierze. Pragnie za wszelką cenę pozostawić po sobie ślad. Stara się wkroczyć w obszary, gdzie człowiek zyskuje realne, silne wpływy. Sytuacje, które dają nam możliwość realnego oddziaływania na ludzi, gospodarkę, władzę, psychikę. Stan, kiedy można wytyczać nowe szlaki, kreaować nowe postawy do życia, uczyć nowych idealogii, malować nowe postrzeganie świata, wskazywać na dotąd niedoceniane wartości. Ktoś może chce mieć znaczenie, pragnie widzieć rezultaty swoich działań, nie godzi się na małość swojej egzystencji. Popęd jest niezmiernie silny, zaspokojenie głodu bycia kimś popycha ku niewyobrażalnym czynom…

Czuję tę małość wobec świata. Ale wiem, jaką wielką ma one wartość, dopiero gdy spojrzy się bliskim osobom w oczy. Kiedy wejdzie się w miejsca, które łączą te mikroskopijne światy ludzkich egzystencji i dostrzeże się te życiodajne źródła – relacje, uśmiechy, uczucia, gesty. Dopiero z chęcią otwarcia się na miłość, dzielenia się dobrem i nadzieją wzbudzi się w nas wiara – w sens tego, że oddychamy, że zostaliśmy obdarowani, że możemy się dzielić. Mamy wybór: możemy chcieć walczyć z małością wobec wszechświata, albo odnaleźć wielkość w swoim życiu, gdzie każdy jest największym skarbem, który może kroczyć po ziemi.