NIE WIEM

Niedostateczna ilość danych. Niedopracowany algorytm. Niezrozumienie zagadnienia. Brak ścisłego rozwiązania. Dla komputera – fatal error. Dla analitycznego umysłu – nie lada zagwozdka i wyzwanie. Dla człowieka – zwykła, szara codzienność. Tak sobię myślę, że świadomość kosztuje nas drogo. Ceną za nią jest nadmiar emocji, tona lęków i jedno, nieustannie nasuwające się w naszym życiu, pytanie: dlaczego?

W tej niewiedzy często sięgamy po najbanalniejsze rozwiązanie. Chwytamy się zdania tych, co uważają, że zrozumieli coś dostatecznie, posiedli odpowiednio szeroką wiedzę, przeanalizowali wystarczająco wielotorowo pewne zagadnienia i dlatego uzewnętrzniają swoje wnioski, gdzie tezy przedstawiają jako pewniaki czy niezmienniki. W naszym lesie rosnących i wzrastających znaków zapytania, nie można przyjmować wszystkich odpowiedzi bez refleksji, od tak. Analiza i filtrowanie danych wejściowych to jedyna droga, by, jako tako, w tym choasie i dezorientacji się nie zgubić. Czynienie kroków na przód, ruch i działanie, często jest dyktowane tym, że obecny stan naszej wiedzy nie jest dostateczny, dlatego trzeba zgłębić się w tajemnicę tego, co ukryte jest za rogiem.

Bezkrytyczne przyjmowanie czyichś słów prowadzi do skrajności i ogranicza nasze postrzeganie i ocenianie. Ilekroć myślisz, że coś wiesz, konfrontuj to ze sobą, z innymi. Dzięki temu poznasz limity swojego rozumienia i nauczysz się, że są bariery naszej inteigencji, rozumu, wnioskowania. Zapobiegają one szkodliwemu rozdmuchiwaniu własnego ego, które w granicznych wypadkach może wertować życia ludzkie, miarkując, które są bardziej, a które mniej warte. Warte w swojej wartości bycia i istnienia.

Ci, popadający w fanatyzm, nie zauważają, że tracą. Piękno i dar rozumowania, wnioskowania, stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Ukryte jest ogromne bogactwo w wątpieniu. Popychające do odkrywania, powoli domalowują braki w wielkim płótnie niewiadomych naszego życia.

Ilekroć obalam swoje tezy, tyle razy utwierdzam się w tym, że…

Nie jestem nikim wielkim. Nigdy nie będę nikim wybitnym. Nikim zdolnym pojąć więcej od reszty. Nikim nadto wyjątkowym, wyróżniającym się. Nikim, kto mógłby wysunąć się na przód stawki, w walce o pierwsze miejsce, gdziekolwiek. Po prostu. Dzięki temu widzę, jaka dokładnie jestem. Gdzie konkretnie należy pracować. Działam ile mogę, czynię ile jestem w stanie, proszę o to, co myślę, że mogę otrzymać i dziękuję za wszystko, co mam i co mogę dawać. Codziennie jestem w ruchu. Nie nudzę się. Nie zapuszczam korzeni w jednym miejscu. Nie sztywnieje w jednej pozie. Nie zamykam się na to, co przychodzi, a czego się nie spodziewałam, że nastanie. Nie odrzucam tego, co mnie zadziwia. Nie odsuwam się od zamkniętych drzwi, bo liczę, że któregoś dnia dostanę klucz do któregoś z nich i poznam.

Jakiś ułamek.

Nie chcę niesłusznie odrzucić tez, których nikt nie udowodnił. Nie chcę wertować kart historii i pouczać, co jest słuszne, a co nie. Nie chcę odbierać, nadawać, postulować i narzucać. Nie pragnę zmieniać nikogo. Nie myślę nawet o tym, by wyciągać czyjeś błędy czy piętnować „złe” decyzje. Nie jestem nikim, kto miałby prawo do któregokolwiek z wyżej wymienionych działań.

Nieśmiało stoję w rogu i przyglądam się temu światu. Boję się ataków na to, w co wierzę i jaka jestem, czym się kieruję i co uznałam, za ważne. Jest we mnie pewien lęk, że zostanę wyśmiana, znieważona czy odrzucona. Jak powinnam zareagować, jaką zbroję przywdziać, gdzie szukać swojej siły, co będzie moją obroną? W takiej sytuacji chyba będę wolała zamilknąć i pozwolić płynąć tym, wartościującym mnie, słowom. Zdecydowanie nie czuję się na siłach, by odpłacić się podobnym atakiem. Wiem, że to nie mi zostało dane prawo, by kogokolwiek ocenić, potępić czy nagrodzić. Pouczyć lub naznaczyć, wykluczyć czy wywyższyć. Więc pozwalam, niech atakują, wytykają palcami. Wolę to od konfrontowania się poprzez mierzenie w siebie działami tak wielkiego kalibru, o tak wielkiej mocy, mogące wyrządzić tak wielkie szkody, pozbawić istnień tak wielu do mnie podobnych.

Obawiam się, że nikt z ludzi nie nauczył się, jak poprawnie obsługiwać tę broń. Może stąd tyle szkód, które jako społeczeństwo, jako ten wybitny gatunek Homo Sapiens, wyrządziliśmy sobie i światu. Zwierzętom, roślinom, ekosystemowi, planecie. Czy nie powinniśmy się określać jako Homo Deus? Od wielu pokoleń? Bo jak wygląda nasza władza nad Ziemią? Jaką spisaliśmy historię? Co takie chlubnego jest w naszej historii działania? Jakie kolejne szlaki wytyczymy, zachłyśnięci własną potęga oddziaływania na innych, wybitnym intelektem i niegasnącą żądzą posiadania?

HOME SWEET HOME

Nigdzie człowiek nie czuje się tak dobrze, jak we własnym domu. Dzisiaj doświadczyłamtego na skórze, więc zadałam sobie te, tak ostatnio popularne i tak często przejawiające się u mnie, pytanie: dlaczego?

Odpowiedź jest brutalnie, wręcz, prosta: mam w domu wszystko. Rodzinę, którą kocham nad życie. Kawałek przestrzeni dla siebie, gdzie panuje cisza i spokój, taki mój wymarzony punkt, do którego uciekam, kiedy chcę być sama, idealna, wyśniona wręcz przestrzeń do nauki, do której byłam zawsze zachęcana i motywowana, pole do odpoczynku i ćwiczeń fizycznych, które dają wytchnienie. Nawet, jak się okazało po ponad dwudziestu latach życia, do rozwoju pisarskiego.

W lodówce, w kuchni, jest wszystko, co jem najchętniej na co dzień. W półkach poukrywane są smakołyki, które lubię najbardziej i są tam, by zaspokoić moje zachcianki. Za oknem mogę oglądać, przy sprzyjających warunkach, wędrówkę Słońca po niebie, zwieńczane pięknym zachodem. Wieczorem mam możliwość zaspokajać kaprys zakopania się pod kołdrą i wtulenia głowy w poduszki, by finalnie móc odpłynąć myślami, dokąd pragnę. Unosząc się na spokojnych falach marzeń i pragnień.

Łatwo zapomnieć, tkwiąc w takiej mydlanej bańce, o tym, jakie ma się cholerne szczęście. Przelatuje mi przez głowę, bez żadnego echa to, że moje (nasze życie), od małego, to jedna, wielka, cudowna bajka, a większość „problemów” wynika z niedostatecznej pokory i przesadnego egocentryzmu.

Dlatego tak ważne jest w życiu ubóstwo. Nie materialne, a duchowe. Brzmi jak sztampa wyjęta z kazań. Jednak to właśnie to jest potrzebne, na już, na teraz, mi i mojemu pokoleniu, które urodziło się w czasach kapitalizmu, w czas, gdy na półkach zawsze jest jedzenie, które niekupione jest wyrzucane na śmietnik. To właśnie to jest konieczne w wychowywaniu dzieci, które nie znają świata bez telefonu komórkowego, które już od pierwszych lat życia sprawniej działają w świecie wirtualnym, niż realnym. To dokładnie to jest niezbędne podczas dojrzewania ludzi, takich ja, żyjący od zawsze w bajce, a przez co ślepych na to, że są największymi szczęściarzami pod słońcem.

Mieszkając w wielkim mieście, w którym, odkąd pamiętam, znaczącymi wartościami są świetne wykształcenie i dobrze płatna praca, muszę nieustannie sama siebie zawracać, by nie zacząć gonić w powszechnym wyścigu o to, kto będzie mieć więcej. W tej gonitwie zdecydowanie nie chcę brać udziału. Jeśli przestanę siebie hamować, to, stawiając sobie coraz to wyższe cele, budząc coraz to wznioślejsze ambicje, polepszając coraz bardziej swoją wizytówkę i naukowy background, zapomnę o tych, którzy nie mają nawet grama takiego luksusu jak ja.

Wtedy za standard przyjmę to co posiadam, a z pamięci wymarzę wszystkie obrazy, jako możliwe warunki życia, które odbiegają od mojego. Żyjąc w takim iluzorycznym świecie, sama będę tylko coraz bardziej rozdmuchiwać ego, coraz więcej chcieć, a będąc samej po prostu coraz gorszą, chamską i niezdolną do funkcjonowania w społeczeństwie. Zaprzeczę wszystkiemu, co chcę wyznawać, a co tak trudno mi przyjąć, zrozumieć, bo nie jestem dostatecznie uboga.

Wymyślne i teoretyczne studia, snucie godzinami refleksji, poświęcanie czasu na pisanie, z którego nic wielkiego nie ma. To wszystko zdecydowanie jest przywilejem tych, którzy mają wszystkie najważniejsze potrzeby zaspokojone. Doszukiwanie się jakichś niedoskonałości, które są jedynie pyłkiem na płaszczu chroniącym przed wszystkim tym, co może nas w życiu przytłoczyć, wystawić na próbę lub wpędzić w kozi róg.

Zero przysposobienia do prawdziwe życia, nieumiejętność ciężkiej pracy, odkładanie swoich pragnień na rzecz ważnych i kluczowych, nie tylko dla mnie, ale też dla tych, na których uwagę zwrócić powinnam.

Jeśli mogę być szczera, jest mi wstyd. Wiele z tego, co uznawałam za problem, było po prostu efektem posiadania zbyt wiele. Bogactwo wszystkiego, co sobie zachciałam, odbiło się na tym, że w centrum mojego świata byłam tylko ja sama. Poszłam w zacofaną teorię geocentryczną, która, niesłusznie, skupiała uwagę wyłącznie na mnie, na kluczowym, najważniejszym punkcie wszystkiego. W niej, to inne gwiazdy, planety, ludzie świecili dla mnie, byli dla mnie i krążyli wokół mnie. A ja? Ja patrzyłam na siebie w krzywym lustrze egoizmu.

Teraz chciałabym dojrzeć. Z wyrytym na sercu nowym odkryciem, że we wszechświecie są setki miliardów galaktyk, czasem oddalonych o kosmiczne setki milionów lat świetlnych. Wszystkie istniejące tak samo realnie jak moja. Wszystkie równoprawne z moim własnym światem. Wszystkie identycznie jasne, pełne życia i wartościowe. Ta moja życiodajna planeta i galaktyka, do której należę, jest wyłącznie częścią całego, ogromnego, przechodzące ludzkie pojęcie, kosmosu istnień ludzkich. Pora porzucić absolutyzm czasu, który ma początek w dniu mojego urodzenia i jest sztywno związany z układem historii mojego życia. Pora zakończyć te próby despotycznego dyrygowania ciałami niebieskimi, budującymi mój świat, poprzez: ja chcę, ja pragnę i ja żądam. Koniec z kreowaniem siebie, jako kogoś całkowicie wyjątkowego i ultraważnego.

Oby nabliższe dni były czasem ubóstwa. Niech nastanie małość. Niech zdam sobie sprawę z mojej głupoty. Niech wycofam się do cienia i zastanowię się nad tym, na jakim szczeblu siebie stawiam. Czy nie pcham się, całkowicie niesłusznie i niezasłużenie, w jakieś miejsca przeznaczone wyłącznie dla dostojników?

Co mi da to sztuczne dmuchanie, nic nie znaczącego, mojego ego czy powiedzenie o sobie mądry, pewny swoich racji, zdolny pouczać i nauczać, kiedy prawda jest taka, że nie wiem nic i też nie znaczę prawie nic?

Przepraszam Was, wszystkich, którzy ucierpieli przez mój egoizm.

RODZIC

Do czego porównać ten pełen miłości wzrok, którym obdarza jedyną, mającą zawsze niepodzielnie królować, księżniczkę w swoim życiu – córkę? Jak opisać ułożenie mięśni na przedramionach, gdy dłonie się szeroko otwarte, by w każdej chwili pochwycić dziecko w locie, byle nie upadło na ziemię przy swoich urokliwych wygibasach? Czy istnieje jakikolwiek odpowiednik momentu, gdy córka otacza szyję ojca, smyra go po brodzie i śmieje się, że na twarzy rodziciela wyrosła śmieszna drapaczka, a sekundę później wtula się w szeroko rozpostarte ramiona? Czy istnieje większa ufność, niż dłonie dziecka wyciągnięte ku matce, która, nie ważne co się wydarzy, nie będzie nigdy obojętna na te ogromne łzy, wolno płynące po twarzy?

Jak nie zachwycić się faktem, że wychowanie dziecka to całkowite, bezinteresowne oddanie swojego życia tak kruchej i bezbronnej istocie? Tym nieustannym dawaniem wszystkiego, co w nas samych najcenniejsze, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian? Dla rodziców oddech dziecka, uścisk malutkiej dłoni i rytm pokracznie stawianych, dwa razy krótszych kroków obok własnych jest rekompensatą z niepotrzebnym naddatkiem za awantury, nieprzespane noce i nerwy wynikające z braku jakiegokolwiek czasu dla siebie.

Ostatnimi dniami żyję w zupełnie innych, trochę odjechanym świecie. Na kartach książek sunę po miejscach odległych od Ziemi o miliony lat świetlnych. Pozwalam się oczarować faktom, dotąd nigdy wcześniej mi nie przedstawionych. Wykorzystuję swoją, raczej niemałą, wyobraźnię by naginać w umyśle czas, przestrzeń i wyobrazać sobie miejsca, których nigdy nie zbadam inną drogą niż interpretacją pomiarów rejestrowanych widm promieniowania elektromagnetycznego. Doświadczam tak wytęsknionych spacerów w miejscach, gdzie nie ma dosłownie nikogo, co jest niespotykane w miejscu gdzie mieszkam. Czuję tak długo wyczekiwane ciepło, które muska skórę, odsłoniętą przez zdjętą z ramion kurtkę, pozwalając na zapomnienie tego bezlitosnego, całkowicie nietolerowanego przez mój organizm mrozu. Odwiedzam tych, tak długo niewidzianych, tych, za którymi tak bardzo się tęskniłam.

Nachodzą mnie myśli, że możemy zauroczyć się prawie wszystkim. Moc poruszyć i przyciągnąć do siebie ma nieprzeliczalny zbiór rzeczy. Pasją, celem, hobbym może stać się każda rzecz, która pociągnie za właściwą strunę w nas samych. Taką dobrze zestrojoną z sobą samą, wbudzając wyraźny rezonans.

Jako młoda osoba, która ma w głowie zawsze więcej pytań niż odpowiedzi, pomysłów niż konkretnych planów działania, mórz niepokojów niż kałuż pewności, wyobrażeń niż przeżyć i sprawdzonych rozwiązań, szukam swojej drogi, którą pójdę. Czemu i komu poświęcę część życia, która jest zarezerwowana wyłącznie do „oddania” temu światu? Zdecydowanie zadania nie ułatwiają mi liczne zagadnienia, przy których nie jest możliwe uzyskanie wyjaśnienia. Najbardziej uwiera mnie chyba jedna myśl – po co jest to wszystko. Po co życie, istnienie, byt, posiadanie, łza? Rozważam wszystkie za i przeciw. Staram się spojrzeć na gatunek ludzki w perspektywie histori, biologii, fizyki czy wiary. Czeka mnie też wertowanie materiałów z filozofii, przegląd dzieł z historii literatury i kontemplacja sztuki i naszego dorobku kulturalnego.

Jednak czego bym nie zrobiła, główną rolę w moim życiu zawsze odgrywa serce. Czymkolwiek bym sobie nie zapchała dnia, ile bym sobie nie włożyła na głowę to z pewnością w trakcie dnia pojawi się pewien newralgiczny punkt, w którym to nie rozum dyryguje. Wtedy myśli zalewają mnie falami, emocje zostają spuszczone ze smyczy. Ta niemęcząca się pompa życiodajnej krwii uczy mnie tego morderczego tempa bicia serca. Świadomość, inteligencja, możliwość podejmowania decyzji, niekierowanych jedynie wewnętrznymi popędami… Jedynie kilka z tak mnogich aspektów, które ciągle mi przypominają, że jestem, że istnieję. Wrażliwość szarpie za płaszcz i rozrywa to wierzchne okrycie, utkane ze zdań: nie pytaj, nie zastanawiaj się, nie szukaj. Czegokolwiek bym sobie nie próbowała wmówić odnośnie tego, kim jestem i jakie jest moje miejsce, nie ważne jakich zasad czy reguł nie chciałabym w siebie wtłoczyć w sprawie tego, czym powinnam się kierować i jak patrzeć na sens swojej egzystencji, to ponad to wypływają na powierzchnie pewne, zaszczepione we mnie, mechanizmy, które jasno dyktują mi co robić.

Mogę posiąść ogromną wiedzę, ale jeśli zdobywanie jej odbędzie się kosztem zaniedbania osoby, która jest dla mnie ważna, to wiem, że ta wiedza nie będzie dla mnie nic warta. Jeśli zrezygnuję z kogoś, by pójść za egoistyczną pobudką: „ja chcę”, nic na tym nie zyskam, bo tracę coś o wiele cenniejszego. Nawet jeśli postawię wszystko, by działać w jakimś konkretnym obszarze, ale po drodzę zgubię ludzi, którzy są dookoła i przestanie mi zależeć na przyjaźniach, więzach rodzinnych czy ewentualnie potencjalnym związku – to każdy dzień, przeżywany w takim schemacie, w dłuższej perspektywie okaże się pusty.

Mogę próbować boksować się ze sobą, wchodzić na coraz wyższe szczeble trenowania siebie, by jedynie działać jako zwierzę, będące na szczycie łańcucha pokarmowego dzięki swojej ścieżce ewolucji. Mogę traktować siebie jako taką małą, nic nieznaczącą dla świata serię zdarzeń swojego życia. Mogę tłumaczyć sobie, że moja wiara jest jedynie ułudą, uspokojaniem niepokojów egzystencjalnych i próbą wmówienie sobie, że, jako ludzie, jesteśmy wyjątkowi. Te zabiegi jednak zawsze ulegają, wychodzącym na pierwszy plan, wrażliwości i pragnieniu kochania. Jest we mnie stanowczy sprzeciw wobec mydlenia sobie oczu, wynikający z tego, że serce pozostaje, mimo prób, nieprzejednane.

Dlatego korzystam z prawa wolności i wyboru. Mimo tego, co dookoła odczytuje w przekazach płynących ze świata, idę za tym co czuję. Wierzę, zachwycam się, uczę i pragnę. W bliskości między ludźmi widzę sens, w modlitwie odnajduję spokój i pewność, w nadziei zbieram swoje siły, by iść swoją drogą, w obcowaniu z ludźmi poznaję złożoność człowieka. Obserwuję, pytam, doświadczam.

Jestem głupia. Wobec ludzi, wobec siebie, wobec Boga.

Dlatego kocham. Wszystkie chwile, kiedy mogę zachwycić się Wszechświatem i swoją małością. Każdy jeden moment, gdy mogę zatopić się w dźwiękach pięknej melodii. Niezliczone sytuacje fałszowania przy śpiewaniu swoich ulubionych utworów, często w akompaniameńcie chaotycznego tańcza po pokoju. Uwielbiam każdy piękny wschód i zachód słońca, każdy zapierający dech w piersiach widok, każdy niepowtorzalny obraz wymalowany, jedyną w swoim rodzaju, grą światła. Cenię siłę i odprężenie, zastrzyk enforfin przy, tak przyjemnej, aktywności fizycznej.

I zdecydowanie kocham to, co w tym wszystkim jest dla mnie najważniejsze: spotykać ludzi. Być z nimi. Przytulać, rozmawiać, móc złapać za rękę. Obdarzyć uśmiechem, dać wsparie, przyjąć pomoc, doświadczyć niepowtarzalnej chwilii. Zatracić czas w spojrzeniu i wypowiadanym słowie. Cieszę się, że mogę widzieć, po prostu dostrzegać. Innych. Nie jedynie siebie w tym brzydkim zwierciadle egoizmu, które, i tak za często, występuje jako główny bohater mojego życia.

SZEPT SUMIENIA

Słowa, które teraz padną, będą po części powtórzone. Uważam jednak, że powinny wybrzmieć jeszcze raz. Tym razem dosadniej oraz pewniej. Zostać uwiecznione, wykute na tej małej ścianie moich tekstów. Umożliwi to rozpalenie ich ponownie, w moim sercu. Niech kolejny raz naznaczą jakiś ślad w tym niekończącym się ciągu. Wyborów. Decyzji. Poematów prawdy o mnie. Niech pokażą swoją twarz. Szczerą. Skrytą. Szpetną. Piękną.

Przywołam słowa opowiadające o historii walki. Bitwy o to, by sumienie pozostało na zawsze czyste. Wolne od wyrzutów. Niezwiązane oczekiwaniami. Nietłumione przez presję. Wrażliwe na prawdę. Tak, by jego szept nie był nigdy zignorowany w tym huku codzienności.

Jako społeczeństwo postępowe, idące z „duchem czasu”, śledzące globalne trendy obserwujemy wyraźne zmiany w pokoleniu „młodych”. Dzięki powszechnemu wyższemu wykształceniu (które nawiasem mówiąc obecnie jest musem i standardem), diabelnie szerokim persketywom i mnogim możliwościom rozwoju, niesamowicie bogatej gamie opcji, mamy odwagę zabierać głos w wielu ważnych sprawach. Obeznani, biegli we władaniu mową, dbający o retorykę, gotowi do dyskusji, powoli wychodzimy, z dość solidnie utwierdzonymi w nas przekonaniami, do ludzi i świata. Wkraczamy w społeczeństwo jako aktywni partycypanci w codzienności, a nie jako jedynie bierni obserwatorzy. Jest w nas siła, by działać, zmieniać, mówić nie. Różnorodność poglądów, spojrzeń jest tak bogata i tak niepojęta, że każda wymiana zdań z drugim człowiekiem zmienia, choćby odrobinę, nasze postrzeganie siebie i swojego życia.

Z jednej strony, jeśli nie jesteśmy otwarci na zdanie i opinię innych, to pozbawimy się szansy dostrzeżenia pełni złożoności zagadnienia. Bardzo często to właśnie nasze błędne wnioski, źle postawione tezy i pomyłki w analizie problemu uczą najwięcej i owierają oczy najskuteczniej. Rozmawiając, poznawając i słuchając, wzbogacamy siebie oraz, jednocześnie, obdarowujemy innych.

Z drugiej strony, wielokrotnie, szczególnie w sprawach nad wyraz delikatnych i subtelnych, zupełnie dwa skrajne stanowiska nie znajdują żadnej płaszczyzny porozumienia. Może być tak, że nie jest możliwe uniknięcie wyraźnie zarysowanej niezgody pomiędzy oponentami. Zdarza się, że taka bezkompromisowość jest konieczna, by jakaś osoba nie zahwiała tym, co położyła w fundamentach swojej osoby. Konsekwencja i stanowczość utwierdza nas w ścieżce, którą obraliśmy, jako naszą drogę życiową. Mówienie: „nie, nie zgadzam się” często ratuje nas przed tym, byśmy nie zgubili siebie i nie stracili swoich wartości. Byśmy nigdy nie zapomnieli o tym, co jest dla nas tak ważne.

Co czyni ciebie, tobą.

Wraz w tym, jak dojrzewam, utwierdzam się w tym, że w życiu najważniejsze jest, dla mnie, kierowanie się własnym sumieniem. Nie społeczeństwa, nie ogółu i nie powszechnie przyjętym, zmieniającym się, nieustannie, kodeksem moralnym. Ale własnym, niezmiennym. Postępowanie zgodnie z tym, co dyktuje mi serce jest dla mnie najwyższą wartością. Podstawą jego działania jest bezkompromisowana niezgoda na nienawiść i kłamstwo. Widzę jak brak miłości pozbawia życia ludzi, i mnie. Dostrzegam, że otwarcie się na dobro, życzliwość, pomaganie innym i wiarę, w tę właśnie, oklepaną, miłość, odpala każdego. Człowiek staje się niczym dynamit. Wybucha często i niespodziewanie, wyrzucając z siebie tony energii, uśmiechu i szczęścia.

Niestety często szczęście jest mylnie utożsamiane ze stanem euforii. Ślepej, pełnej pasji i ulotnej. W radość wpisany jest też smutek, niepowodzenia i zawody. Nieodłączną jej częścią są momenty, gdy trzeba wybaczać i samemu prosić innych o wybaczenie. Nie może zabraknąć też w niej świadomości ulotności i przemijania, braku stałości w powodzeniu, ale także w niedostatku. Ona zmusza nas też do dostrzegania tego, że pomimo, że tyle osób potrzebuje naszej pomocy, życzliwości i siły, chęci życia. Uczy nas również, że w chwilach, gdy nie dajemy sobie rady, musimy umieć poprosić o wsparcie i potrafić przyjmować wyciągniętą dłoń. Szczęście zaprasza nas do tego, by dawać, ale też brać. Pomnażać przez dzielenie.

Dokładnie tak irracjonalnie, jak to czasem brzmi.

By to czynić, często muszę być stanowcza. Żebym mogła być pewna tego, w co wierzę, jaki mam system wartości i czym się, przede wszystkim, kieruję w codzienności, muszę czasem zdobywać się na bezkompromisowość. Uczę się mówić głośne nie, kiedy uważam, że coś przeczy miłości. Uważam na to, żeby nie podejmować decyzji, które jakkolwiek miały by skrzywdzić kogoś, lub mnie. Dlatego też staram się odcinać od sytuacji, które takim działaniom mogły by sprzyjać. Nie mogę ulegać presji tego, że tak wiele osób dookoła myśli inaczej. Nie powinnam oglądać się na to, że często oceniają rzeczy i sytuacje w zupełnie innych kategoriach. W tym świecie dynamicznie zmieniających się wartości i czasach redefiniowania pierwotnych pojęć oraz podważania znaczenia powszechnie znanych imponderabilii, pierwsze skrzypce zawsze staram się oddać swojemu sumieniu.

Dlaczego? Po co?

Sumienie jest specifyczne. Można go przyrównać do takiego sędziego, który rozlicza nas z naszego postępowania. Jeśli postąpimy wbrew sobie, naszym przekonaniom i przeczuciu, co jest słuszne i dobre, to ono nie da nam spokoju. Będzie nachodzić nas przed snem i w każdej chwili samotności. By upominać się. O zadośćuczynienie, o naprawienie szkód. Domagać się zniam i postawy skruchy, pokory. Z czasem, jeśli będziemy się mu opierać, spowoduje, że zaczniemy mieć siebie dosyć. Nie będziemy w stanie wytrzymać ze swoimi myślami. Wpędzimy się w wir pretensji do samego siebie, zatopimy się w głębokim poczuciu własnej beznadziei i pozbawiamy się możliwości wybaczenia. Sobie, ludziom. Przestaniemy kochać. Siebie i innych. Stracimy orientację i nie będziemi umiei podjąć decyzji, która, zamiast niszczyć, zbuduje coś sensownego.

Lekarstwo na to jest takie oczywiste. Jednak tak trudno je zażyć. Wystarczy jedynie, i aż, pozwolić sumieniu decydować. Zacząć słuchać tego, co ono ma do powiedzenia. Nauczyć się przyjmować wskazówki i rady.

Będzie wymagać to od nas często zatrzymania się w połowie kroku. Powstrzyma nas od podjęcia jakiejś decyzji, bez przemyślenia. Powoli będziemy stawać się świadomi odpowiedzialności za swoje słowa, decyzje i zachowania. Zaczyniemy być rozważniejsi i ostrożenijsi przy podejmowaniu się jakiś działań. Przestaniemy będzieć tempem dyktowanym przez gwałtowne zrywy serca, a damy głos także rozumowi. Będziemy hamować się w sytuacjach, gdy pojawi się w nas poczucie, że jest szansa zrobienia czegoś, czego będzie się mocno żałować. Zdecydowanie zmieni się nasze podejście do ludzi i ogólnie pojętych relacji. Nabierzemy szacunku do siebie, więc także do innych. Będziemy w stanie pochwalić siebie, docenić, a przez to być z siebie zadowolonym. Nieświadomie będziemy pracować nad sobą. Bez przymusu i jakiś reguł, przeciw którym będziemy się buntować.

Wszystko za sprawą jednej decyzji.

Dlatego nie zgodzę się na bycie taką, jaką mogą widzieć mnie wszyscy dookoła. Wolę trwać przy swoim, uparcie i niezmiennie. Bo tylko wtedy będę spokojna, bo będę żyć w zgodzie z samą sobą. Jako osoba ucząca się, codziennie, kochać siebie i innych. Próbująca dawać siebie innym, i także sobie. Usiłująca dbać o życie każdego, bez wyjątku. Mająca szacunek do wszystkich. Szczególnie do siebie samej. Pewna wartości swojej, i innych. Tylko w zgodzie z tym, co uznaję za najwyższe wartości, mogę być sobą. Nieskrępowana niczym. Całkowicie szczera. Ciesząca się z bycia w miejscu, w którym aktualnie się znajduję.

Autentyczna. Gotowa, by trwać przy swoim. Przy swojej wierze. Przy swoim życiu. Przy sobie.

Nie zadowalają mnie podróbki. Pozory. Fałsz. Nie ma dla mnie rzeczy wartej tego, żebym straciła swoją gotowość kochania. Wszystko, co powoduje, że działam wbrew sobie, tylko mnie pozbawia czegoś. Jakakolwiek akceptacja ogółu, aprobata jakiejś decyzji przez grupę, szersze uznanie w społeczeństwie lub cokolwiek innego, co pozornie dadzą mi inni, nie uciszy tego szeptu sumienia. Jeśli ono się odezwie, z tonem nagany, oznacza, że właśnie straciłam część siebie. To zdecydowanie nie jest tego warte.

Jedyne, o co powinniśmy dbać w stu procentach. Nasz najcenniejszy i jedyny skarb. Świecka i Boska świętość. Nasze życie. Nasze serce. Nasze szczęście. Nierozerwalnie złączone.

SPOJRZENIE

Czasem te jedno spojrzenie wystarczy. Dla prawie każdego nie znaczyło by ono nic. Wyjątkiem jest tylko dwójka ludzi, którzy je ze sobą wymienili. Ukradkowe, związało ich silną nicią tajemnicy. Przekazane zostały słowa, które nie mieszczą się w słownikach, bo zostały stworzone na potrzebę tylko tej jednej chwili. Sekundy, które wygrywają pełną napięcia melodię. Aura bliskości aż drży od ciepła oddechu obydwojga. Wyłącznie razem, nigdy osobno. Dezorientacja, wywarta przez to wszystko, wprawia w zakłopotanie.

W bezczynności chwila przemija. Coś tak niezwykłego staje się czymś nie do odratowania. Utracone bezpowrotnie. Z serca rozlega się niemy krzyk, świadomy marności doświadczenia. Jest on pełen rozpaczy i strachu. Próba ucieczki od tęsknoty skazana jest na niepowodzenie. Atak fali goryczy niszczy coś tak pięknego. Zbudowanego w sekundzie wyobrażeń, mającego fundamenty w nadziei na dalszy bieg wydarzeń, podpartego siłą emocji i zabezpieczonego niepewnością możliwych nieporozumień.

Inicjatywy brak, więc tracimy. Co? Kogo? Dlaczego?

W głowie te wydarzenia zostają zatrzymane w czasie. Przeciągnięte. Wyobraźnia kreśli „możliwe” scenariusze. Takie, które nigdy się nie ziszczą. Przerysowane. Dyktowane jedną myślą: „chcę”. „Tęsknię”. „Pragnę”. Tajemnice skrywane w nas. Niewyjawiane nikomu, przenoszą nas w te miejsca, dzielone wyłącznie z jedną osobą. Wymyślone punkty spotkań. Tam kontunuujemy tę grę. Nikt nie powstrzymuje kolejnej rundy naszej zabawy.

Powstają nowe korytarze labiryntów. Sceny cechują się coraz większą zawiłością. Wchodzimy głębiej. Działamy celowo tak, że gubimy orientację. Coś nas zaprasza do tego, by się w tym zatracić. W chwili, sekundzie, pragnieniu, tajemnicy, niepewności. Adrenalina nakręcająca nas samych, serce dziko galopujące, urywany oddech, który w końcu zostanie odebrany – bliskością.

Tylko…

To nie jest zabawa. Człowiek nie jest rzeczą. Relacje nie są dyktowane naszym chcę i nie chcę. Prawdziwa bliskość nie wynika z życzenia zaspokojenia siebie. Tajemnica związku nie jest podszyta niepewnością i niewiadomymi, ale właśnie znanymi tylko tej dwójce ludzi faktom. Razem nie jest budowane na ulotnych sekundach. Gwałtowne zrywy serca nie uciszają niepewności. Nie da się odnaleźć trwałości w szalonych decyzjach czy chwilowych aktach walki o podtrzymanie intymności chwili. To nie znaki, nie flirty, nie gry, nie pozory, nie zakodowana mimika, nie uśmiechy zdradzające, że jeszcze tyle o sobie nie wiecie.

Spojrzenie porozumienia to nie zrozumienie. Ukradkowość nie wprowadza w skrytość bliskości. Ulotność chwili nie łączy nas w dalszych, możliwych do wydarzenia się, momentach.

Za łatwo można pomylić „relacje” z narkotykami. „Budujemy” takie, które budzą w nas dziki głód braku obecności kogoś, zamiast nakarmić nas na potencjalny czas rozłąki. Tęsknota, umacniająca bliskość, zamienia się w szalony i destrukcyjny pęd za czyjąś osobą. Jak w labolatorium, wciskamy guzik, byle dostać ten bodziec. Nakarm, napój, nasyć.

To nie droga. To nie zabawa. To nie nasze wyobrażenie. To odpowiedzialność.

bo nie są dość ładni…

Nasza wizytówka, często karta przetargowa, przepustka i udogodnienie. Wygląd. Pozory, oszukiwanie, udoskonalanie. Doprowadzanie się do granic wytrzymałości w polepszaniu siebie. Presja, by być pięknym, dobrym, uśmiechniętym. Dopracowanym w każdym szczególe. Przednie kwalifikacje, spełnione oczekiwania, energia i gotowość, by się uczyć. Taka jest nasza rzeczywistość, gdzie nad naszymi głowami jest zawieszona, niedorzecznie wysoko, poprzeczka.

Niczym wyprawa w góry nie do zdobycia. Udział w wyścigu nie do wygrania.

Za dużo osób nie akceptuje siebie. Zbyt wielu z nas wyrzuca sobie codziennie to, że nie są „dość ładni”. Duża część społeczeństwa nie potrafi ofiarować sobie dobrego słowa. Ludzie patrzą na swoje życie przez pryzmat sztucznych zdjęć, wyidealizowanych scen, reklamowanych utopii i zakłamanych historii. Część z nas ma w sobie pragnienie zamiany swojego życia z życiem kogoś innego. By być tak samo lubianym, zauważanym, chwalonym. Stanie się kimś wyróżniającym – częste marzenie. Dlatego część z nas stara się nadrabiać to, czego nam brakuje na płaszczyźnie relacji i komunikacji interpersonalnej, sztucznym zachwytem nad sobą. Skupienie się na wyglądzie. Położenie go jako fundament naszej samooceny.

Dla osób, które nie potrafią dostrzec swojego piękna, sylwetka, twarz, niedoskonałości stają się udręką. Nie mają „czym nadrabiać” braków zainteresowania. Za każdym razem, gdy patrzą w lustro, widzą na twarzy nie tylko dojmujący smutek, rozczarowanie sobą i zrezygnowanie wobec rzeczywistości. Jawi się na niej także pogarda, wyrzut i głęboki żal do siebie. Czemu nie możesz być lepszym? Czemu nie możesz być innym? Czemu muszę z tobą każdego dnia wytrzymywać? Czemu jesteś taki nieśmiały? Czemu jesteś taki gruby? Czemu jesteś taki głupi? Czemu jesteś taki słaby, wrażliwy, niewytrwały w postanowieniach pracy nad sobą?

Czemu tak bardzo starasz się przybodobać innym? Czemu szukasz tak bardzo akceptacji? Czemu chcesz być tak bardzo kochany, doceniony?

Przez taki stan, zostają umieszczeni między młotem, a kowadłem. Pragnieniem uczucia, a myślami, które tylko podkreślają niemożliwość jego spełnienia. Potrzebą miłości, a słowami: „nie zasługujesz na nią”. Tak, jest w nas pewien mechanizm. Wielokrotnie, po prostu, się nad nami pastwi. „Patrz, co złego zrobiłeś”, „Zobacz, ile rzeczy ci się nie udało”, „przypomnij sobie, jak często ludzie cię odrzucili, nie chcieli z tobą być, zerwali z tobą kontakt. Musieli mieć powód.” „Nie jesteś wystarczający, dlatego nigdy nie poznasz miłości.”

Człowiek jest tak kruchy i delikatny. Jego psychika może zostać, z taką łatwością, zniszczona. Nieświadomie, sami sobie robimy krzywdę. Nie potrafimy pochwalić siebie za to, co wykonaliśmy dobrze. Nie umiemy wskazać w sobie żadnych zalet. W życiu pełnym minusów i złych stron brakuje tego maleńkiego plusa, który dałby nadzieję. Przez to, nie jesteśmy w stanie odwzajemnić uśmiechu, którego, każdego poranka, chcemy sobie ofiarować. Nie potrafimy spojrzeć ludziom prosto w oczy, z myślą, że zasługujemy na dobro, ciepło i otwartość. Nie podejmujemy się pracy nad sobą z myślą, bo wolimy się zapętlać w myślach przesiąkniętych subiektywnymi odczuciami i negatywnymi emocjami. Nie umiemy zdobyć się na to, żeby pozwolić swojemu rozumowi spojrzeć obiektywnie i ocenić, znaleźć rozwiązanie, które pomoże.

Nikt z nas nie przyszedł na świat idealny. Nikt z niego też nie odejdzie perfekcyjny. Nikt, nigdy, nie musiał być w swoim życiu doskonały. To od nas zależy, czy wmuszamy w siebie ten wymyślony rozkaz, który czasem przebija się przez powierzchnowną ocenę innych.

Bo nie są dość ładni…

Co możemy dać komuś z samego tytułu wybitnego wyglądu? Co może zmienić nasza , tak skrupulatnie udoskonalana, aparycja? Szczerze – mam ochotę krzyczeć ze złości. Przez to, jak bardzo ludzie odbierają sobie wartość, bo wydaje im się, że czegoś brakuje im w wyglądzie. Nie można nim nic wartościowego ugrać. Za niego nie otrzyma się nic więcej, niż kilka sekund uwagi, szybko wystawiona, płytka ocena, kilka spojrzeń i bezwartościowych pochwał, które nie budują w nas nic pięknego. Ani w innych. Są kartami dostępu do miejsc, gdzie rządzą pozory, powierzchowność, a wszystko okrywa ułuda. W tym wyścigu najpiękniejszych jest wielki przemiał ludzi. Przybija mnie ta łatwość w znalezieniu kogoś innego na własne miejsce. „Lepszego”. „Piękniejszego”.

Na prawdę nie wiem, dlaczego ludzie dają sobie pozwolenie na takie ocenianie.

Jest coś, co każdy z nas może dać innej osobie, kompletnie niezależnie od tego, jak się wygląda. Są rzeczy, które można wypracować, kierując się, tym naturalnym, pragnieniem bycia kochanym. Jest nim oczywiście miłość. Sztampowo, ale tak prawdziwie. Ta szczera, niewymuszona, naturalna, konsekwentna, nieodrzucająca, nieoceniająca, rozumiejąca i cierpliwa miłość. Skłonna wybaczać niedoskonałości, potknięcia. Sobie i innym. Dzieląc ją, zmieniamy świat. Otwieramy oczy, swoje i innych, na piękno świata, ludzi, ale co najważniejsze: własne. Brak w niej podziałów. Nie ma w niej żadnej narzuconej segregacji. Nie można kochać lepiej czy gorzej. Trzeba tylko jej poszukać: pod tymi licznymi maskami, pozorami. Przedzierając nietrafione karteczki z ocenami. Gasząc te, pełne ognia, oczekiwania. Uwalniając się od tej cholernie ciężkiej presji, by być… Właśnie. By być kim?

Kochającym siebie.

Jest dla siebie nie masz miłości, nie jest możliwe, byś pokochał kogokolwiek prawdziwie. Zawsze na przeszkodzie będą stały myśli: nie wystarczasz. Nie umiesz. Nie możesz. Nie potrafisz się zdobyć na coś tak doskonałego będąc tak ułomnym. To wszystko będzie odbierać tobie nadzieję, siłę i wiarę w to, że miłość w twoim życiu może zainstnieć. Czy można dzielić to, czego się w sobie nie ma? Jak dawać coś, czego się nigdy nie poznało? Skąd się uczyć sztuki okazywania miłosierdzia, kiedy wobec siebie jest się bezwględnym katem?

Nie. Zdecydowanie można. Kochać. Nie nienawidzić. Siebie. Innych. Życie. Serce. Oddech.

OBNAŻONY Z EMOCJI

Czasem zostaje z nas zdarty płaszcz, mający okrywać nagość emocji, ich bezbronność i niewinność. One, skrywane głęboko, strzeżone pilnie, wypuszczane tylko, gdy nikt nie patrzy. Często trzymane na smyczy oraz zakute w kaganiec. Nie mające prawa głosu przy innych. Odbierana jest im wolność.

Twarze przysłonięte makijażem. Nakładanie podkładu bywa kojące. Znaki źle przespanych nocy, te foletowe sińce pod oczami, powoli znikają. Tusz odciąga uwagę od zapuchniętych oczu. Cień nadaje koloru oczom bez blasku. Szminka podkreśla usta, które nie muszą już dodatkowo uginać się w uśmiech, by zachwycać. Szara, nijaka twarz przemienia się w piękną, barwną, wyrazistą maskę, którą można pokazać światu.

Zakrywanie wszystkiego zdecydowanie uspokaja. Odciąga myśli.

Jednak przychodzą chwilę spotkań. Z tymi, którzy rozumieją. Przed którymi można odkryć karty. Sami mierzą się z podobną niewiedzą. Są wsparciem samą obecnością. Nie zawsze znają i dostarczą odpowiedzi na pytania. Rzadko kiedy z ich ust padają słowa całkowicie adekwatne. Jednak to powietrze wypełniające przestrzeń, gdzie się wtedy znajdujemy, przesycone jest gotowością. By słuchać, by być dla kogoś, by starać się zrozumieć i okazać wsparcie na miarę swoich, bardzo, ograniczonych możliwości. To wszystko uczy, że relacje często wykraczają poza bariery czynnego działania. Nie potrzeba pełnych zwrotów akcji działań, by zagrać skutecznie. Całe piękno i nadzieja tkwi w szczegółach.

Istotą jest cierpliwość, by poznać całą historię do końca, zanim zacznie się pouczać i dawać rady. Zamyślenie i zainteresowanie, gdy ktoś przyswaja i przetrwarza informacje dopiero co pozyskane. Próba dopasowania rozwiązania, nie dyktowana własnym doświadczeniem i wyobrażeniem, a krojona specjalnie pod osobę, do której mają być kierowane słowa. Cisza, która pozwala kontynuować opowieść bez presji, daje chwilę namysłu. Dzięki niej i w niej nikt nie karze zebrać się w garść. Brak w tym wszystkim także nachalności. Nie ma narzucania niepotrzebnej pomocy. Nikt nie odbiera samodzielności, nie wyręcza w mierzeniu się z problemami, nie myśli i nie podejmuje decyzji za nikogo. Prawdą, sednem jest deklaracja trwania obok, pomimo własnych trudności, pomimo niepokoju szytego przez własne lęki, pomimo chaosu wynikającego z własnych trudności. W tym morzu pełnym własnych niewiadomych, na mapie często tak różnych dróg, w ogniu tak wielu emocji – spotykamy się i trwamy, w tym, razem.

Razem szukając światła. Sami jesteśmy też płomieniami dla innych. Często nie robiąc nic, ratujemy wszystko. Przez jeden gest, jedno słowo, jedną chwilę przedłużonego milczenia, jedno powstrzymane działanie.

Gdy głos mi się załamał… Gdy wyznałam, że czuję się sama… Odważyłam się powiedzieć to na głos. Znają mnie, wiedzą, że przychodzi mi to z trudnością. Dziękuję za ten krótki uścisk dłoni. Znaczył on w tej sekundzie wszystko. Niósł wyłącznie miłość. Podpartą troską, życzeniem, by się ułożyło, wiarą w to, że sobie poradzę, czynem, który przypomina – otwórz oczy. Jestem obok.

Był, jest i będzie. On i oni.

CZUĆ

Jak wyjaśnić bycie wrażliwym? Odczuwanie wszystkiego tak intensywnie? Przeżywanie emocji tak silnie?

Jak kojarzy nam się wbijanie igły na kilka milimetrów pod skórę (by np. zmierzyć cukier)? Dla większości jest to jedynie szybka akcja, zdecydowany, krótki ruch. Układ nerwowy dostaje jeden, gwałtowny impuls, który jest natychmiast przekazany do mózgu. Po to, by za sekundę zapomnieć, pójść krok dalej, zacząć przeżywać następujące zaraz po tym chwile. Rana prawie natychmiast zaczyna się goić, krew przestaje od razu lecieć. Sytuacja staje się przeszłością. Nie ma co rozpamiętywać, prawda?

Co by się stało, gdyby to spowolnić? O ile zmieni się odczuwanie tego, jak igła stopniowo, skrupulatnie przebija kolejne mikrometry skóry? Jak odmienne będzie przeżywanie sytuacji, gdy pojawi się świadomość, że kolejne komórki są rozrywane, naturalny układ jest naruszany, coś jest niszczone i oddzielane od siebie? Kiedy wiadomo, że coś jest nie tak? Że dzieje się coś, co nie jest naturalne. Co więcej, twoja uwaga nie jest skupiona wyłącznie na tobie. Przyglądasz się temu, kto wbija tę igłę. Dostrzegasz ile wysiłku ten ktoś wkłada w swoje działanie. Przez obserwację uczysz się czyjejś twarzy, rozszyfrowujesz mimikę, odczytujesz emocje, poznajesz zamiary, zgadujesz motywacje. Twoje spojrzenie jest wzbogacone o obraz środowiska, o osoby. Czucie jest podbite faktem tego, że wiesz. Dlaczego, po co, jak, co się dzieje i jak może to zmienić ciebie, innych.

Codziennie biernie obserwujesz jak ludzie wbijają sobie te igły. Lub tobie. Ból ludzi staje się twoim bólem. Złośliwość wymierzona w kogoś, zostaje także nakierowana w ciebie. Moment słabości i poddanie obezwładnia nie tylko ofiarę ataku, ale także ciebie. Nie potrafisz zamknąć oczu, nie możesz przestać współodczuwać, nie jesteś w stanie przestać stawiać się w syuacji innych ludzi i wizualizować sobie tego, jak ich stan musi obecnie wyglądać.

Nie umiesz stać się obojętny. Nie chcesz ani nie masz siły, by przespieszać czas, tak aby te krótkie akcje były, faktycznie, tylko drobnym ukłuciem szpilką. Nie potrafisz przejść do porządku dziennego z tym, że przez działanie czynnika zewnętrznego i przez jakąś decyzję o zapoczątkowaniu ruchu, coś, w czyimś ciele zostało naruszone.

Często w takich chwilach jesteś skłonny odciągnąć kogoś spod pola rażenia i samemu przyjąć pocisk. Nie potrafisz znieść tego, że ty jesteś cały, niezadraśnięty, a inni cierpią. Nie radzisz sobie z bezsilnością wobec niesprawiedliwości. Masz ochotę krzyczeć na ludzi, żeby przestali się krzywdzić. Nie umiesz znieść widoku łez, krwawych słów niszczących psychikę, działań przepełnionych egoizmem.

Po prostu czujesz. Wszystko dookoła. W spowolnionym tempie. Dostrzegasz motywy i szlaki, które doprowadziły do danej sytuacji. Obserwujesz skutki działań i decyzji. Przewidujesz jaki będzie dalszy rozwój sytuacji. Domyślasz się, jak rany zadane teraz, będą się odzywać w przyszłości. Są niby niewinne, niby od razu się goją.

Tylko dlaczego niektórzy w pewnym momencie stają się tak osłabieni? Niezdolni do walki? Przez te kilka kropelek krwii, które poleciały z mikroskopijnej, niegroźnej rany? Zapominamy, że mała ilość pomnożona razy dużą liczbę ran daje pokaźną objętość. Stąd brak.

Tak. Rodzi się wewnętrzny bunt. Tak silny, że mógłby burzyć ściany i mury. System moralny osób wrażliwych jest osadzony na fundamentach nie do ruszenia. Nie ma wyjątków, nie ma okoliczności łagodzących, nie zwolnienia, nie ma forów. Wóz albo przewóz. Surowi stróżowie prawa. Trenujący do upadłego, wypominający każde potknięcie. Dążący do perfekcji. Tak zachowują się wobec siebie.

Wobec innych? Wyrozumiali i gotowi wybaczać. Patrzeć jak na człowieka, a nie podmiotów wypełniających tylko zbiór nakazów i zakazów. Chcący dawać nadzieję, gotowi porozmawiać i nie ocenić. Skłonni pochylić się nad problemem, pokazać inną drogę i uspokoić. Powiedzieć, że nie wszystko jest stracone. Gotowi kochać, nawet jeśli inni nie chcą. Nie oceniać, nawet jeśli wszyscy inni to robią. Dawać, mimo że inni chcą tylko brać.

PANCERZ

Ubrojeni, po zęby. Nie ma na nas mocnych. Wyuczone ruchy, zwinne uniki. Siła i sprawność dająca możliwość lawirowania między przeszkodami. Wytrzymałość pozwalająca uciekać. Wyostrzony wzrok, wyczulony słuch, wrażliwy dotyk. Szkoła nie jest łatwa, hartowanie ciała nie jest przyjemne. Ale dzięki temu wychodzimy, z grubszą skórą, bardziej kamiennym sercem, pewnością, że nas nie złamią.

Czyżby? Do czasu, gdy ktoś wypatrzy ten jeden kawałek pancerza nachodzący na drugi. Newralgiczny punkt naszego uzbrojenia. Perfekcyjnie wybrane miejsce, by wbić ostrze. Zranić nic niespodziewającego się wojownika. Przenikający, dojmujący ból jako sygnał, że zaatakowano. O dziwo: skutecznie.

Nie jesteśmy w stanie wyposażyć się w zbroję bez mankamentów. Jesteśmy tylko ludźmi. Każdego z nas można na nowo zranić, ponownie skopać, odebrać coś gdy wydawało nam się, że nie mamy nic. Z powodu tego, że czujemy zawód, smutek i ból, możemy doświadczyć także tych pozytywnych emocji. Potrafimy się szczerze uśmiechnąć, podarować komuś dobre słowo, zdobyć się na mały, ale czuły gest. Za sprawą wrażliwości widzimy – twarze, a nie maski, ciała, a nie manekiny, prawdę, a nie pozory, prawdziwe piękno, a nie powierzchowność urody.

Raz zranieni jednak z jeszcze większą motywacją hartujemy blachę, która ma nas chronić. Wykorzeniamy z siebie emocje, staramy się nie czuć, wpychamy w siebie obojętność. W momencie, gdy przychodzi ona do nas sama, przyjmujemy ją z otwartymi ramionami. Wydaje się dobrym rozwiązaniem, zabezpieczeniem. Jawi nam się jako siła, drogą do bycia nie do pokonania.

Może taka rana, to motywacja do dalszych treningów. Cel? Być jeszcze zwinniejszym, uchylać się jeszcze skuteczniej, odskakiwać jeszcze szybciej. Sprytniej się chować, lepiej przewidywać, baczniej obserwować, mądrzej wnioskować. Mięśnie stają się coraz twardsze. Im badziej wytrenowani się stajemy, tym więcej czasu jest koniecznie do utrzymania kondycji. Im więcej zbudujemy, wypracujemy, nabędziemy, tym potężniejsze zasoby energii trzeba zgromadzić, by funkcjonować na takim poziomie. Im lepszą maszyną się stajemy, tym więcej uwagi i zaangażowania powinno się sobie poświęcić, by każdy mechanizm działał płynnie, był perfekcyjnie naoliwiony i zsynchronizowany, pozostawał dobrze zakonserwowany i trzymał niezmiennie swój doskonały stan. Z czasem robi się to coraz trudniejsze. W pewnej chwili pochłania bez reszty.

Może czasem zdecydujemy się na ucieczkę. Całkowitą. Wykluczenie potencjalnych napastników przez to, że nie dopuścimy ich na teren, gdzie przebywamy. Wyczuleni na każdy ruch, każdą postać, wywędrujemy na pustkowia, by choć na chwilę przestać podejrzewać o najgorsze, przejmować się tym, czy ktoś nie chce się zbliżyć ani nie będzie próbował zastawić pułapki: czy nie wymierzy z łuku, nie przeprowadzi najazdu. Dystans, od każdego i do każdego. Kompletne bezludzie. W momencie pojawienia się jakiegoś kształtu na horyzoncie następuje natychmiastowa decyzja o oddaleniu się ponownie na ziemie niczyje. Tylko czy będziemy mieć wystarczająco dużo siły iść w tym pancerzu coraz to dalej? Czy nie opadniemy w pewnym momencie z sił? Można go niby zrzucić, ale co jeśli ktoś wykorzysta chwilę nieuwagi, moment przyśnięcia, całkowitą nagość i odsłonięcie? Mamy dośyć sił? Wystarczająco dużo wytrwałości i gotowości, by znosić tę samotność?

Tak jawią mi się te wszystkie mechanizmy nabywane ,przez nas, często nieświadomie, na drodze doświadczania przykrości od innych. Od bliskich i dalekich, znanych i nieznanych. Słowa zadające rany, całkowicie niezasłużone lub prawda o nas, która przygniata swoim ciężarem i świadomością. Przykrości pchające nas ku treningom. Żal, który skłania nas ku myśleniu, że możemy polegać jedynie na sobie. Ucieczki, które powodują, że żyjemy wyłącznie we własnym świecie marzeń, pragnień, wyobrażeń i nadziei nie do spełnienia. Skupieni wyłącznie na sobie, na brakach, na smutkach.

Czasem zastanawiam się jak najlepiej sobie z tym radzić? Czy trzeba się tak męczyć ze zbroją? Może da się żyć inaczej?

SENSACJA

Słowa wyciągnięte z konteksu, źle nakreślony zarys, tytuł mijający się z celem wypowiedzi. Byle złapać i przyciągnąć, zwrócić uwagę i podburzyć, dać zastrzyk emocji i skłonić do wyrażenia nieprzemyślanego, dyktowanego uczuciami, pobudkami zdania. Niech wieść się niesie, niech ludzie się dowiedzą – o kolejnej sensjacji.

To się dzieje. Nie taki był cel.

Nie chcę uczestniczyć w teatrzyku, w którym przedstawiane są tylko tragedie. Nie będę krzyczeć ani płakać, by być dostrzeżonym. Nie zamierzam przejaskrawiać, ubarwiać ani zmieniać czegokolwiek, by się spodobało. Nie pragnę dopasowywać niczego do natężenia oklasku. Ocena jak najszerszego grona nie niesie żadnej wartości.

Próbują zrobić z najpiękniejszych wartości coś podburzającego, coś szokującego. Krzykliwe nagłówki, kontrowersyjne tezy. Taniec na ostrzu noża. Spektakularny, ale jak niebezpieczny. Jeden krok nieuwagi, zła decyzja, drobne potknięcie – skutki będą drastyczne. Rany broczące krwią. Jaskrawoczerwoną, natlenioną, mającą dawać życie, a nie być symbolem jego końca. Własny miecz jest tak samo ostry wobec dzierżącego go szermierza, jak oponenta. Nie może ugodzić obojgu? Nie może okazać się śmiertelny dla każdego z nich?

Nie ma starć bez strat poniesionych przez obie strony.

To co noszę w sobie nie jest na sprzedaż. Nie będę handlować łzami, nie postawię na wadze osądu ludzkiego wątpliwości, nie będę pakować w ładny papier potknięć, by ktoś inny mógł się tym pobawić jak zabawką. Wszystko, co dobre i czym chcemy się dzielić, nie jest przeznaczone do stania się sensjacją. Największe skarby są noszone głęboko w sercu. Tam znajduje się najpilniej strzeżony sejf, otwierany tylko na dźwięk wydobywany z instrumentów miłości, dobra i wiary. Bezcenne wspomnienia, niezwykłe sytuacje, silne uczucia. Tego wszystkiego nie da się przehadlować.

Choć próbują. Podobno wszystko ma swoją cenę. Nie będę brać udziału w tym eksprerymencie.