CIERPIENIA NIEZAWINIONE

„Jego dusza usiadła, potem wyszła mi [śmierci] naprzeciw. Takie dusze zawsze to czynią – to te najlepsze. Podnoszą się i mówią: „Znam cię, jestem gotowa. Nie, żebym się prosiła, oczywiście, ale pójdę z tobą dobrowolnie”. Te dusze są bardzo lekkie, bo idą bez bagażu, rozdały już siebie”

„Złodziejka Książek” Markus Zusak

Chciałabym chyba przeprosić Was, cierpienia niezawinione. Przede wszystkim za swój egoizm. Za własne nieposzanowanie cudzej obecności. Wstyd mi rozpocząć mój rachunek sumienia. Mam jedynie przed oczami Was, wszystkich odchodzących.

Stargani geniuszem mózgu człowieka. Zebrani jako pokłosie największego upadku tego głupiego gatunku. Ofiary naszej żądzy władzy. Ci, którzy ucierpiali na skutek myślenia, że mamy prawo wartościować i oceniać, wybierać i odrzucać. Wszyscy unicestwieni słowem lub czynem.

Zapadliście w sen wieczny. Nie otworzycie oczu. Przemknęliście, jedyni, niezauważeni, istniejący tylko w krótkim okresie historii. Teraz próbujemy was wskrzecać pomnikami, wspomnieniami, nauką czy spisaną powieścią. Nazwiska zyskujące autorytet, miejsca, które noszą zapachy potu, krwii lub emocji. Historia jest przypomnieniem, ale też ostrzeżeniem dla nas, tu obecnych i tu podejmujących decyzje. Co z tego? Nie jesteśmy ani trochę mądrzejsi.

Jesteśmy tak silnie uczepieni własnego życia. Myślimy, że to jedyne, co mamy? Jedyne, nad czym możemy pracować? Jedyne, co zostanie nam odebrane za kilkadziesiąt dni czy lat. Oddani temu światu, ale nierozdani. Chcący być wielkimi, a będący mali jak pył, z którego powstali. Żyjemy w potwornym lęku przed przemijaniem. Jedynym lekarstwem jest tracenie: siebie dla innych i innych dla jeszcze innych.

Czy tylko wtedy powiemy, że możemy odejść? Zdobędziemy się na słowa, że wszystko jest uregulowane, bo każdy człowiek został odpowiednio pokochany? Czy rozdaliśmy się do ostatniego okruszka? A może nagle staniemy z naszą suchą, spragnioną duszą, niepodlewaną latami, która w ostatnim momencie rozsypie się w pył? Pusta, już nieistniejąca, która na nic więcej się nikomu nie przyda, która przyminęła bez pamięci w sercach innych?

Co jest sensem? Stracić coś w jednej chwili, żałując zmarnowanego życia dla siebie, czy sukcesywnie rozdzierać szaty swojego czasu, dla tego, kto mnie choć raz potrzebował, choć przez minutę mnie kochał i choć przez drobną chwilę się troszczył?

ZBYT WIELE

Obecne czasy? Moje pokolenie? Jacy jesteśmy? Co nas cechuje? Czym jest nasza codzienność? Jakie znaki wyczytasz z naszych twarzy? Wydaje mi się, że może rzucić Ci się w oczy pewien frazes : to zbyt wiele.

Bo wierzymy, że to zbyt wiele, by przyznać się do słabości. To za dużo, by opowiedzieć o swojej chwili smutku, nawiązać do jakiegoś momentu zwątpienia, potwierdzić przypuszczenia o niedostatecznym zapasie sił. Przytłacza nas własna niechęć i zrezygnowanie, uczucie o niezdefiniowanym źródle, niepokój otulający nas tak często do snu. Przybijają nas pytania, z którymi mierzymy się, przyglądając się pędzącemu światu. Rzeczywistości, która wydaje się nasza, ale tak, na prawdę, w ogóle nas nie chce przyjąć. Która nie pozwala nam się wpasować.

Patrzymy na tę codzienność z boku. Chłodno kalkulujemy. Trzeźwo miarkujemy. Bo dla nas to zbyt wiele, by pozwolić sobie pokazywać emocje. By obdarzać ludzi szczerym uśmiechem. By bezinteresownie ofiarowywać komuś ciepły uścisk dłoni. By bez namysłu i bez głupich barier przytulać kogoś. Myślimy, że to nie jest właściwe, że to nie jest słuszne i że tak nie wypada. Dzieje się tak, bo patrzymy na to wszystko i, po chwili zastanowienia, dochodzimy do brutalnego wniosku, że codzienność nie obdarza nas, sama z siebie, takimi drobnymi, ale jakże ważnymi, gestami. Wierzymy, że na wszystko materialne, dające pewne rezultate, mające odbicie w natychmiastowych nagrodach warto i w sumie trzeba zapracować. Za to na takie efemeryczne chwile, jak podbudowanie się ciepłem i doświadczenie tej dziwnej dobroci od ludzi, nie warto poświęcać sił. Nie warto tego szukać. Uczą nas, że nie należy skupiać się na tym, co nie da pewnej korzyści. Wtłaczają w nas to, że ludzie nie są dobrą inwestycją. Sami się na dodatek w tym utwierdzamy, zatapiając się w zawodach, żalu i rozpamiętywaniu.

Te podejście wydaje się jedynym słusznym po doświadczeniu rozpadu więzów rodziny. Wyżarta w sercu dziura powoduje, że to zbyt wiele, by wierzyć w istnienie miłości. Niekończące się awantury, mnożacę się wykładniczo kłótnie, nagłe rozstania. A później? Skupienie się na sobie i próba poskładania swojego życia na nowo. To wszystko zostawia bezbronne dziecko z wielkim poczuciem braku. Zostaje mu wyrwane z rąk ciepło domu. Rotrzaskuje się w drobny pił idea dawania siebie komuś. Porzucony, zapodziany z ciążacą mu beznadzieją i złością, niezrozumieniem i rozpaczą. Przecież to oczywiste, że to jest zbyt ciężkie, by drobne, malutkie ciałko, z tak wielkim sercem, mogło to udźwignąć. Wszelakie emocje zostają stłumione przez wieczny smutek i tęsknotę.

To zdecydowanie zbyt wiele, by prosić rodziców o miłość. Za dużo, by błagać ich o umiejętność kochania siebie. Nadzieja na walkę o siebie i o ich dzieci leży poza zasięgiem pojęcia i życzeń.

Dlatego wolimy pracować tylko na siebie i pod siebie, od samego początku.

Jednak wracanie do pustego domu, spotykanie za drzwiami swojego azylu jedynie pustej, obcej przestrzeni jest przerażające. Bo to zbyt wiele, by przyznać się do tego, że samotność rzuca nas na kolana. Że pozbawia nas skutecznie tchu i bezwględnie przyciskac do ziemi. Nie wierzymy w miłość, ale tak na prawdę w duchu ciągle o nią błagamy. Nie chcemy i nie umiemy kochać, ale wydaje nam się czymś naturalnym, oczywistym przytulenie do kogoś w chwilach, gdy nie ma się już sił, by ocierać łzy kapiące na zimną podłogę.

Z tego powodu zbyt wiele kosztuje nas odmawianie sztucznym substytutom miłości. Wszystkiemu mającemu na chwilę zapełnić pustkę w sercu. Zajęciom, które skutecznie odciągają uwagę. Mediom i portalom, w których na sekundę wchodzimy w myśli i spojrzenie kogoś innego. Filmom, które na chwilę pozwalają nam się oddać emocjom. Serialom, które zapraszają nas w miejsce alternatywne, życie ciekawsze i bogatsze w kolory, postacie, relacje, których tak bardzo nam na co dzień brakuje. Sporcie, który budzi w nas pewność siebie i siłę. Nauce, które buduje naszą wartość i budzi w nas poczucie użyteczność wobec społeczeństwią. Pracy, która daje satysfakcję i nadaje sens czynom, gdy wypełnimy zadanie. Związkom, które tylko zostawiają większe rany w sercu i jedynie chwilowo zaspokajają potrzeby bliskości, namiętności i nie dają nic więcej, poza erotycznymi uniesieniami.

To zbyt wiele, by przyznać się do tego, że to życie nie ma smaku. Zbyt wiele, by spojrzeć sobie w twarz w lustrze i powiedzieć: jesteś pusty. Zbyt wiele, by przewertować karty, którymi rogrywasz swoją codzienność. Zbyt wiele, by odrzucić te dające nieużyteczne supermoce i by pozostać tylko z kilkoma, ale jakże ważnymi kartonikami. Zbyt wiele, by zacząć wojować w każdym dniu skromnym i małym arsenałem, ale za to takim, któremu ufasz i takim, którym chcesz walczyć. To zbyt wiele, by wyjść z tego milczącego tłumu i nauczyć się mówić o emocjach, o niepokojach, o sobie, o innych, o prawdzie na temat tego, co znaczy być człowiekiem.

Takim zbudowanym z uczuć i pragnień, nadziei i marzeń, celów i porażek.

To zbyt wiele, by przyznać się, że dar życia to dla nas często za dużo. Że szansa nawiązania długotrwałych relacji to zbyt koszmarna odpowiedzialność, która bezlitośnie będzie ciążyć na barkach. Że walka o to, co słuszne, jest zbyt trudna, dlatego nie ryzykujemy i staramy się tylko o nic nie warte rzeczy. Że żyjemy w beznadziei tego, co robimy i prosimy w głębi serca o jakieś małe, niezrozumiałe dla nas, promyki światła, które rozjaśniły by ten dzień. Że w ciszy serca wołamy o radość i uśmiech, o zabranie samotności i o możliwość bycia szczerym – wobec sobie i innych.

Czy jesteśmy gotowi, by powiedzieć: boję się samotności. Brakuje mi bliskości. Nie znoszę tej pustki w sercu. Lękam się konsekwencji swoich decyzji. Każdy mój dzień cechuje niepewność. Gubię w rozwoju tego, co mnie otacza, pędzie czasu, którego nie sposób zatrzymać. Męczy mnie to nieustannie stawanie na rozdrożach. Tęsknię. Pragnę. Proszę. Żałuję. Czuję. Płaczę. Śnię. Marzę. I najważniejsze. Kocham, chcę kochać lub proszę, o to, by ktoś nauczył mnie kochać. Siebie, innych, dzień, jutro, wczoraj, możliwość, piękno i prawdę.

WYSTARCZY SŁÓW I WYSTARCZY SŁOWO

Wystarczy jedno słowo, by odebrać komuś całą wiarę w siebie. Jeden gest, by zranić tę kruchą istotę, jaką jest człowiek. Jeden akt, by nanieść nieścieralne ślady krzywdy na czyjąś pamięć. Jedna decyzja, której skutki ktoś może odczuwać wiele, wiele lat.

Tak, jeden komunikat, nawet jeśli był po prostu okrutnym pluciem jadem, niemającym merytorycznie żadnego pokrycia z rzeczywistością, może sprawić, że ktoś podda się i przestanie walczyć o wszystko, co dla niego jest ważne. Porzuci piękne marzenia, straci bezinteresowne zaufanie, przestanie podsycać nadzieję na uzyskanie słowa wsparcia. Finalnie zostanie wrzucony w ramiona tęsknoty oraz braku zrozumienia.

Łzy zaczną cicho płynąć po policzkach, poczucie samotności zacznie miażdzyć siłą, pragnienie, by to ktoś inny osuszył te mokre korytarze na twarzy stanie się dojmujące.

Masz tak obezwładniającą władzę nad psychiką. Wiesz o tym?

Bo w końcu napisze się jakiś komentarz, jeden z wielu pewnego dnia. Bez refleksji odnośnie tego, jakie będą skutki słów. Wyleje się całą frustrację i przyniesie ulgę żalom, wymieszanymi z gniewem i odejdzie się zadowolonym. Zamknie się temat tak szybko jak wypaliło się pociski nienawiści. Sprawnie zapomni się o tym, kto jednak tę sytuację będzie długo pamiętał. Zmyje sie makijaż maski okrucieństwa, podczas gdy ofiara będzie starała się pozbyć tatuażu wypalonego tymi niby kilkoma tak niewinnymi frazesami.

Czasem mam ochotę krzyknąć „Ludzie, do cholery, co jest z wami?!”. Przydałoby się jeszcze jedynie jakieś przekleństwo, by podkreślić emocjonalność mojego komunikatu, ale daruję sobie.

Tylko proszę, powiedzcie mi czemu…

Czemu tak siebie traktujecie? Jak możecie być obojętni na słowa? Jak możecie zapominać o odpowiedzialności? Dlaczego udajecie ślepych? Dlaczego umywacie ręce od odpowiedzialności? Dlaczego?

POLARYZACJA

Za mało przestrzeni dla oddechu. Zbyt ciasno przylegające do siebie przestrzenie wrażliwości. Za duża inercja pragnienia. Za słaba siła przyciągania zrozumienia. Zbyt, za, ponad, pod.

Szybciej goń, byś mógł nadążyć za peletonem. Wolniej czuj żebyś nie zatrzymywał się z powodu drobnostek. Otwieraj drzwi możliwości, pożądaj nowości, budź motywację. Krzycz, wyzwalaj swoją dzikość. Daj dojść do głosu tym zwierzęcym instynktom.

W pewnym momencie staniesz w miejscu, z którego nie będzie mógł pójść dalej, bo nie będzie dokąd. Wszyscy przeciwnicy rozszarpani, każdy członek rodziny ochroniony. Wszystkie łupy rozdzielone między alfami. Tak liczne, ale ograniczone, skarby wydarte z rąk konkurentów. Do walki może stanąć każdy. Przeciwko każdemu. Po stronie każdego. To nie masa i siła jest naszą bronią.

W tej wojnie o przetrwanie wygrywają ci, którzy najskuteczniej wyzbywają się skrupułów. Na piedestały zostają wyniesieni ludzie bez wiary w nierzeczywiste, niematerialne, nieuchwytne wartości. Ich drogą, ich pomysłem na siebie jest osiąganie celów, kreślenie ambitnych planów, ściganie się o błyszczące puchary i obwieszanie się zdobytymi, podobno zasłużonymi, medalami. Każdy, kto skutecznie wyrzuca z głowy niepotrzebne hamulce, ucisza nic nie wnoszące pytania po co, rezygnuje z męczącego zastanawiania się jak to wpłynie na coś tak niemierzalnego jak psychika, uczucie, świadomość, może być jednym z tych „ważnych”. Tych, którzy są gotowi walczyć o władzę.

Najlepszymi z najlepszych są ci, którzy stąpają twardo po ziemi. Ci, którzy nie mają wiary w nic ponad to, co upodabnia ich do dzikich zwierząt sterowanych wyłącznie popędami i pragnieniami. One nie zastanawiają się nad tym, co robią. Nie rozważają czy warto, czy może nie warto. Nie pytają o sens chęci, o źródło potrzeby. Nie hamują, nie pozbawiają siebie nic. Czują głód, więc idą na polowanie.

Ofiarami są Ci, którzy najszybciej schodzą takim z drogi. Ci czujący. Ci rozważający. Ci nieumiejący przestać pytać. Ci nieustannie zatopieni w dualność swojej osoby.

Ci świadomi, że oddychają. Ci zachwycający się fenomenem życia. Ci mający wzgląd na rozpad każdego wiązania w atomach. Ci próbujący wznieść ponad ziemię każdy obłok ideału. Ci patrzący na świat zza, opruszonej łzami, szyby. Ci malujący na twarzach ludzi szczere i subtelne uśmiechy. Wreszcie Ci, którzy są krusi. Ci, których tak łatwo wykorzystać. Ci naiwni i Ci głupi. Ci, którzy wierzą w głębie znaków spisywanych na kartkach papieru. Ci którzy oczami wyobraźni widzą drugą, nieuchwytną, ale dla nich tak realną i tak im bliską, rzeczywistość.

Ci pozostający w ukryciu. Ci cicho wołający. Ci upadający. Ci powstawający. Ci hartowani, Ci wątpiący. Ci uciekający. Ci stający z bestiami twarzą w twarz.

Ci żyjący sensem. Ci sprzeciwiający się poddaniu żądzy. Ci stawiający ogranicznenia. Ci upchani w swojej ciasnej przestrzeni, duszący się niedostatkiem tlenu. Ci, którzy nie mogą być sobą, bo za rogiem jest drapieżnik. Gotowy wyśmiać. Gotowy zabrać. Gotowy wykorzystać. Gotowy zranić. Gotowy pozbawić ostatniej rzeczy, jakiej posiadasz.

Lepiej być ofiarą czy drapieżnikiem? Tym cichym czy tym głośnym? Tym ograniczonym czy tym wolnym? Tym ukrywającym się w ochłapach przestrzeni czy tym podbijającym nowe tereny? Tym zlęknionym czy tym pewnym swojego bytu?

Lepiej być kimś ratującym innych czy katem? Kimś wierzącym czy pozbawionym wnętrza? Kimś zanurzającym się w głębie złożoności czy kimś ślizgającym się po powierzchni płaskości świata? Kimś mającym skrupuły czy kimś pozbawionym wszelkich moralnych granic?

Można dalej wymieniać. Można dalej kreślić kontrasty. Można polaryzować. Można podkręcać wykluczający się dualizm. Ale można także wybrać. Można żyć albo można udawać. Można podjąć konkretne kroki. Nie zawsze można wrócić. Nie zawsze można naprawić. Nie zawsze można zapomnieć. Nie zawsze da się zmienić. Nie zawsze…

HANDEL

Każdy próbuje nas do czegoś przekonać, w czymś przekrzyczeć, zapewnić o świetności jakiegoś produktu, pomysłu, historii. Wszyscy chcą przyciągnąć naszą uwagę i naciągnąć na zakup czegoś ze swojej oferty. „Niech pan tylko spojrzy na tę niepowtarzalność”, „niech pan się zachwyci pięknem”, „niech pan coś rozważy, bo na pewno jest pan bardzo inteligentny”, „niech pan czegoś posłucha i doświadczy jak łatwo to wpływa na ludzi”, „niech pan się podda temu urokowi”, „niech pan zacznie w coś wierzyć”, „niech pan zacznie czemuś hołdować”, „niech pan się odda pod nasze ręce” „niech pan będzie podążać za naszym słowem, gestem, przykładem”.

Wszyscy targują się o twoją uwagę. Zabierają ci te drogocenne monety czasu. Byle byś im uwierzył. Byle byś trafił do grona ich wyznawców.

Te liczne prośby, błagania, groźby, rozkazy, sugestie, pułapki: Przyjmij i rozważ argumenty. Zacznij myśleć w określony sposób. Poddaj się naszym wpływom. Przestań myśleć. Pomyśl jak błogie będzie podążanie za tłumem. Dostrzeż o ile łatwiejsze będzie podejmowanie decyzji, gdy ktoś da ci wskazówki odnośnie tego, jak należy postępować. Zastanów się nad tym, czy nie będzie prościej będzie wpasować się w grupę, czy nie zostaniesz szybciej zaakceptowany, przyjęty do jakiejś, stabilnej, społeczności, która tworzymy swoimi opowieściami, jeśli podpiszesz się pod naszymi regułami?

Czy nie chcesz na pewno skusić się na naszą ofertę? Zajmiemy się twoimi myślami, zatroszczymy się o twoje zmartwienia. Podejmiemy za ciebie te najwazniejsze decyzje. Wybierzemy ci odpowiednich kompanów życiowych. Wytyczymy ci ścieżki bezpieczne i sprawdzone. Poddamy cię pod sąd prawa, które sami stanowimy, ale które staną się dla ciebie naturalne, jeśli nam zaufasz. Zapewnimy ci byt, zapewnimy ci miejsce, zapewnimy ci stabilność, zapewnimy pewność co do tego, kim jesteś i po co jesteś.

Tak oto ten świat do nas krzyczy. Próbuje przekonać nas, na wszelkie możliwe sposoby, że warto pójść za tłumem, że warto stać się jednym z tych szarych ludzi przewijających się w nudnej rzeczywistości, zanurzeni w fakt należenia do bezpłciowego tłumu. Tak oto pozbawia się nas zdolności do pytania o sens reguł, o cel swojego przeżywania każdego dnia, o jakoś i sposób postępowania. Tak oto zdejmowanee jest z naszym ramion brzemię odpowiedzialności za decyzje, które codziennie podejmowane są przez tak wielu ludzi dookoła. Tak oto nie jesteśmy zmuszani do martwienia się o to, czy coś jest dla nas właściwe, bo zostaje nam wpojone to, że w takich realiach żyją inni, tacy sami jak ty. Tak oto coś, co nie jest normalne, zostaje pokazane jako fakt konieczny do przyjęcia, żeby jakoś się odnaleźć w swojej codzienności. Tak oto coś, co nie jest dobre, staje się czymś odpowiednim dla ciebie. Tak oto wartości są wykręcane, obrazy zakrzywiane, a zdania jednostek zagłuszane.

Stajemy się niesamodzielni, zależni, ogłupieni, uciszeni, oślepieni.

Straceni?

Nikt nie chce się wyróżniać, nikt nie chce podejmować nietuzinkowych decyzji, nikt nie chce zdobywać się na bezprecedensowne kroki. Wolimy często pozostawać niemi wobec tego, czego nie rozumiemy, wobec tego, z czym się nie zgadzamy, wobec tego, czego nie chcemy. Tak jest łatwiej. Tak nic nam nie zagrozi. Tak nie narazimy się nikomu. Tak nic nie stracimy.

Za to nasze twarze zostaną pozbawione wyrazu, a rozum pozbawiony świadomości. Sercu zabraknie poczucia bycia jednostką. Wtopimy się w ten jednolity mur masek. Pozostaniemy obojętni wobec wyblakłych kolorów rumieńców. Nie zrobimy nic z wygaszonymi w nas duchami prywatnej osobowości. W końcu nie należy się odzywać, nie warto się wyróżniać, nie powinno się walczyć o coś, czego większość nie wyznaje, prawda? Własna moralność, samodzielne decydowanie o tym, czy zgodzimy się na coś, co jest wbrew naszemu sumieniu? Po co to? Nie lepiej zamilknąć, przełknąć łzy i pozwolić katom czynić ich powinność?

Nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem bycie biernym wobec tego, co niszczy. Ciebie, innych, społeczeństwo, grupę, wpółpracę. Ideały i wiarę, moralność i prawo. Są granice, których nie można przekraczać. Nie wiemy dokładnie jakimi torami pędzi ten wiecznie przyspieszający pociąg postępu, rozwoju, nie potrafimy wskazać celu jego wędrówki. Może warto sobie zadać pytanie, czy nie spróbujemy jego ogromnym pędem zburzyć murów czegoś, do czego nigdy nie powinnyśmy otrzymać dostępu? Czy nie chcemy w przyszłości ingerować w coś, co nigdy nie powinno być naruszone czy zmodyfikowane?

Jakie będą skutki naszych działań? Czy nasza krótkowzroczność nie pozbawi nas resztek zdolności przewidywania konsekwencji naszych decyzji? Czy powinniśmy podejmować się rzeczy, których wpływu i efektów nie jesteśmy w stanie sobie nijak wyobrazić? Czy powinno się dotykać zaganień, które są niemożliwe do zobrazowania, nakreślenia, opisania, modelowania? Na których nie przeprowadzimy żadnych szacunkowych statystyk?

Bazując na wielkich naszych umysłach, na coraz brutalniejszych zdolnościach penetracji mikro i makroświata, aż lęk pomyśleć o tym, co jeszcze uznamy za nasze prawo, za nasz cel, za nasz sens.

BY OSĄDZAĆ…

Kim jesteś, skoro myślisz, że możesz osądzać, potępiać, piętnować, pouczać? Co takiego wyjątkowego masz w sobie, że umniejszasz czyjąś wartość? W czym jesteś na tyle lepszy, doskonalszy od kogoś, że pozbawiasz prawa do głosu? Skąd u Ciebie tak wiele jadu, niechęci, oziębłości wobec wypowiedzi innych? Dlaczego wyładowujesz całą frustracją, mającą w nieznanym dla ciebie miejscu źródło, na tych dookoła? Czemu ciskasz pociskami pełnymi gniewu i rozgoryczenia w innych? Z jakiego powodu podejmujesz się tylu działań, które tak silnie dzielą grupę, a ciebie dystansują od reszty?

Pewnie powiesz, że wolisz być samotnikiem, ale za to wolnym od towarzystwa głupców niż zniżać się do TAKIEGO poziomu, by zyskać znajomych.

Co by się stało, gdybyśmy zaprzestali wydawania wyroków, do których nie zostało przewidziane prawo złożenia apelacji? Jak wyglądała by rzeczywistość, gdyby zrezygnowano ze stawiania ostatecznych, nienaruszalnych tez, w których nie ma miejsca na sensowne i rzeczowe kontraargumenty? O ile odmienna była by interakcja między jednostkami, jeśli dyskusje bazowały by na wymienie zdań o neutralnym wydźwięku, wypowiadanym tonem zrównoważonym, opanowanym i pewnym.

Jak wiele by się zmieniło, gdybyśmy potrafili zrezygnować z zaspokajania jakiś, jak się może okazać, przykrych pragnień, o których może nie wiemy, że w nas siedzą? Nie można zaprzeczyć temu, że czujemy satysfakcję, gdy uda nam się argumentacją pokonać przeciwnika. Niektórzy są tak zachłanni w tym, że będą zadowoleni wyłącznie, gdy „zmiażdzą” oponenta. Gdzie leży powód ich zachowania, co jest ich motorem napędowym, popychającym do przodu? Co kryje się za chęcia udowodnienia komuś, że jest się inteligentnym? Co daje nam nakarmienie swojego ego myślami, że jest się mądrzejszym od kogoś? Czy nie przejawia się w naszym zachowaniu jakaś potrzeba zapunktowania w grupie, wyróżnienia się, zwrócenia na siebie uwagi?

Co, jeśli celem wszystkiego, jest wspięcie się o ten jeden szczebel wyżej w wyimaginowanej hierarchi społecznej?

Może naszą motywacją jest pewna wiara w słuszność swoich poglądów? Przez co myślimy, że jeśli ktoś zgodzi się z naszym stanowiskiem i zmieni swoje spojrzenie, w końcu będzie postępować, myśleć, oceniać słusznie?

Może jest w nas jakaś niechęć wobec konkretnej osoby, awersja do pewnej grupy ludzi, uprzedzenie do jakiejś społeczności czy pewnego spojrzenia na świat?

To w jaki sposób kierujemy komentarze w stronę innych, jednocześnie wiele mówi o nas samych. Jeśli chcemy po prostu wyprowadzić kogoś z błędu, ponieważ mamy jakąś wiedzę i jesteśmy świadomi tego, że w dłoniach dzierżymy żelazne argumenty, to czy konieczny jest w wyjaśnieniu swoich racji akompaniament tak wielu negatywnych emocji? Czy nie da się zrezygnować z plucia jadem, ukrywania między wierszami złośliwości, pokazywania mniejszości, niższości czyjegoś rozumu, za sprawą skrupulatnie dobranego słownictwa? Czy nie można obyć się bez piętnowania czyjejś głupoty, oczerniania kogoś, wywyższania się ponad kimś i wyśmiewania?

Jeśli chcesz podzielić się wiedzą, możesz to zrobić chłodno, rzeczowo, spokojnie. Problemem pojawia się w chwili, gdy nie umiesz powściągnąć swojej antypatii wobec kogoś. Co kryje się pod wypowiedzią człowieka, który profituje na tym, że udało mu się kogoś wdeptać w ziemię? Jaką prawdę o kimś można z tego wyczytać?

Czy nie przejawiają się w jego zachowaniu jakieś, głęboko zakopane kompleksy? Czy może nie odzywa się w kimś nieumiejętność docenienia siebie? Niewykluczone jest to, że prawdopodobnie męczy kogoś poczucie bycia niedostatecznym. A co, jeśli po prostu ktoś pragnie zostać pochwalonym, wyróżnionym, zaakceptowanym?

Jeśli nam czegoś brakuje, często staramy się zabrać to komuś. Niech zapanuje sprawiedliwość, prawda?

Nie czujesz się dostatecznie inteligentny, to pocieszysz się chociaż myślą, że ktoś jest głupszy od ciebie. Nie postrzegasz siebie jako kogoś wartościowego, to poczęstujesz pierwszą lepszą osobę kilkoma miłymi słowami, które zapewnią, że adresat poczuje się jak szmata do wycierania podłogi. Nosisz w sobie żal do niektórych, więc zadajesz ból. Nie kochasz siebie, więc niech inni także zostaną pozbawieni miłości. Prosta, okrutna, skuteczna logika.

Po co na siłę kogoś przekonywać?

Nie lubisz głupoty? Spójrz na swój upór w trwaniu we własnych racjach. Weź pod lupę także błędy, które popełniłeś. Przyjrzysz się wszystkim decyzjom, których żałujesz i przy których roztrząsaniu zawsze częstujesz się pretensjami „jak mogłem być taki durny, ślepy, głuchy na słowa innych?”. Skoro Ty mogłeś twardo stać przy niesłusznych osądach, dlaczego denerwujesz się, że ludzie robią dokładnie to samo?

Skoro Ty szczycisz się prawem wyrażania myśli, refleksji, poglądów, z których jesteś tak dumny, dlaczego odbierasz tę możliwość innym? Dlaczego na siłę starasz się kogoś zmienić, wtłoczyć w jakieś sztywne ramy swojego patrzenia na rzeczywistość? Uważasz, że jesteś tak mądry, że na pewno masz rację, że nie popełniasz błędu w wierze w taki i taki fakt? Że jesteś nie do zachwiania, nie do poruszenia?

Ale często tak łatwo wyprowadzić nas z równowagi. Bo chcemy być słuchani. Niech wiedzą, że mam rację i niech mi to przyznają. Niech stosują się do moich uwag i napomnień. Niech się uczą i słuchają.

Wolna wola kończy się tam, gdzie wchodzi się w nienaruszalną przestrzeń życia drugiego człowieka. Są rzeczy, o które warto walczyć do ostatniej kropli krwii, bo mogą ratować setki, ocalać tysiące, przywracać utracone morale milionom. Jednak walka w słusznej sprawie nie powinna wiązać się z bitwą na miecze wykute z poniżeń, szykan, kompleksów, braków czy egoistycznych pobudek, mających umożliwić nam poczucia się po prostu „lepiej”.

Czy można się pocieszyć czymś, co wiąże się z odbieraniem czegoś komuś? Nieświadomość czy brak refleksji na temat danego zagadnienie nas nie usprawiedliwia. Chwilowo ucisza sumienie. Ale do czasu aż ktoś w końcu pokaże komuś jego własne odbicie w, niezakrzywiającym rzeczywistość, lustrze.

DOTYK

Czy wolno nam prosić o chwilę uwagi? Czy można wymagać kilku minut bycia wysłuchanym? Czy należy oczekiwać, że będzie się miało wsparcie u innych? Czy ta dłoń, która tak często szuka innej, tej której może się chwycić, tej w której odnajdzie siłę i podparcie, powinna przyzwyczaić się do milczącego dotyku samotności i ciszy otaczającej ją próżni?

Czego nas nauczono? Nie licz za bardzo na innych i polegaj jedynie na sobie. Pilnuj swojego nosa, i portfela. Troszcz się o swoje interesy, bo nikt za ciebie nie będzie się nimi przejmować. Przyzwyczajaj się, że mając dobre serce, musisz wyrobić sobie żelazny tyłek, bo nieuniknionym jest to, że otrzymasz tyle, wykorzystujących twoją naiwność, kopniaków. Efekt tych słów? Zamknięcie i poczucie, że w takim razie nie należy… Prosić, by ktoś spojrzał na nas miłym okiem, ponieważ o wiele częściej zostaniesz poczęstowany oceniającym wzorkiem. Wymagać dotyku ciepła czy czułości, bo o wiele jest gorszy zawód chłodu kamienia od zaskoczenia ogniem żywego ciała.

W skutek tego uciekamy od grup. Zaczynamy wypruwać z siebie te naturalne, tak powszechne i codzienne pragnienia: chcę poczuć delikatność empatii drugiego człowieka. Tłumi się ten bunt, kiedy nie umie się już stawać twarzą w twarz z osobami, które zmieniają swoje serca w zimny, bezpłciowy kamień. Pojawia się głębokie rozczarowanie swoją dziwną wrażliwością, która nie umie podporządkować się tym mądrym radom: „przyzywczaj się, taki już jest ta rzeczywistość”. Jesteśmy uciszani z taką łatwością. Dokładnie tak samo, jak w chwili, gdy subtelny podmuch gasi knot odsłoniętej świeczki. Zostajemy zostawieni z poczuciem: „coś ze mną jest nie tak.”

Osobiście, w miejscu w którym jestem, szczerze denerwuje mnie to. Jakiś czas temu powiedziałam wszystkiemu dosyć. Koniec z udawaniem. Nie jestem robotem. Gdy czuję, że łzy chcą płynąć, akceptuję je i im pozwalam na naznaczenie tych wilgotnych ścieżek na policzkach. Jeśli jestem zdenerwowana, pozwalam złości płonąć, bo wiem, że niebłahe rzeczy mogą mnie wyprowadzić z równowagi. Przyglądam się tym emocjom, bo one mówią więcej o mnie, niż tłumione, z całej siły, kaskady negatywnych odczuć, które nie wiadomo kiedy wybuchną z rażącą mocą. A wiem, że zrobią to na pewno. Radość w moich oczach nie może być zbyt duża, uśmiech zbyt szeroki, szczerość zbyt nachalna, bunt zbyt odważny czy motywacja zbyt silna.

Jak, my, chcemy doświadczać dobrych momentów, gdy nie pozwalamy sobie pokazywać tych, niekontrolowanych przez nas, twarzy ludziom dookoła? Czy da się rozkoszować euforycznymi momentami, gdy wpływ przybijających sytuacji jest tak skutecznie gaszony? Mam wrażenie, że od najmłodszych lat programujemy siebie tak, by działać w określonym paśmie natężenia emocji. Większe lub mniejsze wartości niż te dwie graniczne, nie są dopuszczane. Czemu? Bo nie wypada, nie wolno, nie można, inny tak nie robią. Jak wielkim byłbym dziwakiem? Ile razy ludzie by mnie ocenili?

Jednak nasze działania nie pozostają bez echa. By rekompensować sobie braki skrajnych emocji, ładujemy w siebie różne stymulantny, dające skrajne odloty. Samo życie, bez nich, bez adrenaliny, bez używek, bez wybitnie nieodpowiedzialnych, szalonych działań, wydaje się nudne, szare, płaskie i nijakie. Szklanka pozostaje wiecznie nienapełniona, a my działamy od jednego silnego bodźca do innego, starając się przetrwać interwał pomiędzy, zawieszeni w jako takim nastroju. Trochę nieobecni, trochę puści, trochę wybrakowani.

W takich stanach, człowiek męczy się sobą. Ma dosyć tego, wykręcającego z resztek sił, mechanizmu, który wydaje się mieć tylko jedną opcję: nakręć jeszcze mocniej. Chciej więcej, szukaj dalej, rezygnuj, by piąć się w górę. Nie oglądaj się za siebie, nie zatrzymuj się, nie dbaj, nie zastanawiaj się, nie pytaj, nie roztrząsaj, nie wspominaj, nie czuj.

A może czasem warto. Zatrzymać się i spojrzeć na to, co się potrafi, co się ma. Warto przeliczyć ilu ludzi jest dookoła? Można się zastanowić nad tym ilu nowych można jeszcze poznać? Warto też się pochylić nad tym, czy nie zbyt wielu nie stało się w naszym życiu jedynie epizodem, który nie powinien się tak nagle urwać? Powinno się także postawić sobie pytanie dlaczego to się stało, by znaleźć odpowiedź na to, jak nie dopuścić do analogicznej sytuacji w przyszłości. Należy przyjrzeć się swoim zachowaniom, by nie zostać ponownie zranionym ani nikogo też nie zranić. Cenne jest poznanie swojej gotowości do ufania, mówienia o sobie. Warto zastanowić się, czy jakaś samotność nie jest wynikiem zbyt silnie podkręconej niechęci do otwierania się i przywiązywania? Czy naszym życiem nie rządzi jakiś lęk przed relacjami? Czy nie boimy się też nowych miejsc, niespodziewanych obrotów wydarzeń, wyników niemożliwych do przewidzenia?

Też trzeba sobie zadać pytanie, za czym się biegnie? Czy daje się sobie czas na odpoczynek? Czy przystajemy na naszej drodze i przyglądamy się otoczeniu,?Czy zastanawiamy czy idziemy w dobrą stronę? Czy nie sprawdzamy czy przypadkiem nie pomyliliśmy ścieżek, czy nie zboczyliśmy w jakiś ułudny skrót, czy nie utknęliśmy w jakiejś ślepej uliczce?

Czy potrafimy powiedzieć sobie jakieś życzliwe słowo, pochwalić się? Zbić sobie piątke za nienagannie wykonane zadanie? Docenić rzetelnie przepracowany dzień? Czy dostrzegamy swoje postępy? Czy jesteśmy świadomi tych małych kroków które codziennie czynimy, tych, dzięki którym stoi się w konkretnym miejscu? Czy pamiętamy o tym, że musieliśmy mieć w sobie jakąś wytrwałość i kondycję, skoro udało nam się przebyć taki kawał trasy? Czy nie może być to też motywacja dla nas, by nie poddawać się? Czy taka refleksja nie może przyczynić się do inspirowania się sobą, tylko, że z wczoraj?

Powinniśmy dbać o siebie, i o innych. Jeśli nie będziemy dobrzy dla siebie, nie dopuścimy do siebie myśli, że ktoś inny może chcieć się o nas zatroszczyć. Jeśli będziemy myśleć tylko o własnym czubku nosa, nikt nie będzie nawet chciał się pokazać za tym wielgachnym murem egocentryzmu, bo każdy stwierdzi, że nie warto się męczyć i wysilać.

Nie można bać się pytań. One przyczyniają się do tego, że nie gonimy ślepo za czymś, co okazuje się bez wartości. Trzeba mieć odwagę, by czasem powiedzieć sobie, że jakieś nasze działania były błędne. By przyznać się przed sobą, że źle się zainwestowało czas, motywację i siły. Tylko dzięki takiej świadomości można coś zmienić. Tylko za sprawą refleksji i odwagi, by mierzyć się ze swoją historią, nie skazujemy dalszego biegu naszego życia na dziki determinizm, którego nie będziemy kontrolować.

Wiedza jest trudna do udźwignięcia. Wkłada nam na barki odpowiedzialność za siebie. Łatwiej jest zdać się na los, dryfować po ocenie, który raz jest spokojny, a raz wzburzony przez huragan i snuć puste modlitwy „niech stanie się to, niech to się skończy, niech to się uda, niech to się zmieni”. Trudniej zacząć samemu wiosłować, podjąć się stresowania i zacząć wytyczać konkretne kursy czy cele. Druga opcja może nas zniechęcić, jednak czaem warto się postarać. Te bardziej wymagające metody nie skazują nas, z góry, na coś, czego najprawdopodbniej nie chcieliśmy. Za to te błahe i prostolinijne działania dają może i szybkie rezultaty, ale także częstują nas tak pustymi substytutami. Co więcej, nie pozwalają nam na większy niż jedynie marginalny wkład we własną codzienność.

Decyzja zawsze zależy od nas. Ale też potem nie można dziwić się, że nikt nie chce słuchać naszych żali, jeśli coś się nam nie uda, bo my nie kiwnęliśmy palcem, by temu zapobiec.

NIE WIEM

Niedostateczna ilość danych. Niedopracowany algorytm. Niezrozumienie zagadnienia. Brak ścisłego rozwiązania. Dla komputera – fatal error. Dla analitycznego umysłu – nie lada zagwozdka i wyzwanie. Dla człowieka – zwykła, szara codzienność. Tak sobię myślę, że świadomość kosztuje nas drogo. Ceną za nią jest nadmiar emocji, tona lęków i jedno, nieustannie nasuwające się w naszym życiu, pytanie: dlaczego?

W tej niewiedzy często sięgamy po najbanalniejsze rozwiązanie. Chwytamy się zdania tych, co uważają, że zrozumieli coś dostatecznie, posiedli odpowiednio szeroką wiedzę, przeanalizowali wystarczająco wielotorowo pewne zagadnienia i dlatego uzewnętrzniają swoje wnioski, gdzie tezy przedstawiają jako pewniaki czy niezmienniki. W naszym lesie rosnących i wzrastających znaków zapytania, nie można przyjmować wszystkich odpowiedzi bez refleksji, od tak. Analiza i filtrowanie danych wejściowych to jedyna droga, by, jako tako, w tym choasie i dezorientacji się nie zgubić. Czynienie kroków na przód, ruch i działanie, często jest dyktowane tym, że obecny stan naszej wiedzy nie jest dostateczny, dlatego trzeba zgłębić się w tajemnicę tego, co ukryte jest za rogiem.

Bezkrytyczne przyjmowanie czyichś słów prowadzi do skrajności i ogranicza nasze postrzeganie i ocenianie. Ilekroć myślisz, że coś wiesz, konfrontuj to ze sobą, z innymi. Dzięki temu poznasz limity swojego rozumienia i nauczysz się, że są bariery naszej inteigencji, rozumu, wnioskowania. Zapobiegają one szkodliwemu rozdmuchiwaniu własnego ego, które w granicznych wypadkach może wertować życia ludzkie, miarkując, które są bardziej, a które mniej warte. Warte w swojej wartości bycia i istnienia.

Ci, popadający w fanatyzm, nie zauważają, że tracą. Piękno i dar rozumowania, wnioskowania, stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Ukryte jest ogromne bogactwo w wątpieniu. Popychające do odkrywania, powoli domalowują braki w wielkim płótnie niewiadomych naszego życia.

Ilekroć obalam swoje tezy, tyle razy utwierdzam się w tym, że…

Nie jestem nikim wielkim. Nigdy nie będę nikim wybitnym. Nikim zdolnym pojąć więcej od reszty. Nikim nadto wyjątkowym, wyróżniającym się. Nikim, kto mógłby wysunąć się na przód stawki, w walce o pierwsze miejsce, gdziekolwiek. Po prostu. Dzięki temu widzę, jaka dokładnie jestem. Gdzie konkretnie należy pracować. Działam ile mogę, czynię ile jestem w stanie, proszę o to, co myślę, że mogę otrzymać i dziękuję za wszystko, co mam i co mogę dawać. Codziennie jestem w ruchu. Nie nudzę się. Nie zapuszczam korzeni w jednym miejscu. Nie sztywnieje w jednej pozie. Nie zamykam się na to, co przychodzi, a czego się nie spodziewałam, że nastanie. Nie odrzucam tego, co mnie zadziwia. Nie odsuwam się od zamkniętych drzwi, bo liczę, że któregoś dnia dostanę klucz do któregoś z nich i poznam.

Jakiś ułamek.

Nie chcę niesłusznie odrzucić tez, których nikt nie udowodnił. Nie chcę wertować kart historii i pouczać, co jest słuszne, a co nie. Nie chcę odbierać, nadawać, postulować i narzucać. Nie pragnę zmieniać nikogo. Nie myślę nawet o tym, by wyciągać czyjeś błędy czy piętnować „złe” decyzje. Nie jestem nikim, kto miałby prawo do któregokolwiek z wyżej wymienionych działań.

Nieśmiało stoję w rogu i przyglądam się temu światu. Boję się ataków na to, w co wierzę i jaka jestem, czym się kieruję i co uznałam, za ważne. Jest we mnie pewien lęk, że zostanę wyśmiana, znieważona czy odrzucona. Jak powinnam zareagować, jaką zbroję przywdziać, gdzie szukać swojej siły, co będzie moją obroną? W takiej sytuacji chyba będę wolała zamilknąć i pozwolić płynąć tym, wartościującym mnie, słowom. Zdecydowanie nie czuję się na siłach, by odpłacić się podobnym atakiem. Wiem, że to nie mi zostało dane prawo, by kogokolwiek ocenić, potępić czy nagrodzić. Pouczyć lub naznaczyć, wykluczyć czy wywyższyć. Więc pozwalam, niech atakują, wytykają palcami. Wolę to od konfrontowania się poprzez mierzenie w siebie działami tak wielkiego kalibru, o tak wielkiej mocy, mogące wyrządzić tak wielkie szkody, pozbawić istnień tak wielu do mnie podobnych.

Obawiam się, że nikt z ludzi nie nauczył się, jak poprawnie obsługiwać tę broń. Może stąd tyle szkód, które jako społeczeństwo, jako ten wybitny gatunek Homo Sapiens, wyrządziliśmy sobie i światu. Zwierzętom, roślinom, ekosystemowi, planecie. Czy nie powinniśmy się określać jako Homo Deus? Od wielu pokoleń? Bo jak wygląda nasza władza nad Ziemią? Jaką spisaliśmy opowieść? Co takie chlubnego jest w naszej historii działania? Jakie kolejne szlaki wytyczymy, zachłyśnięci własną potęga oddziaływania na innych, wybitnym intelektem i niegasnącą żądzą posiadania?

HOME SWEET HOME

Nigdzie człowiek nie czuje się tak dobrze, jak we własnym domu. Dzisiaj doświadczyłamtego na skórze, więc zadałam sobie te, tak ostatnio popularne i tak często przejawiające się u mnie, pytanie: dlaczego?

Odpowiedź jest brutalnie, wręcz, prosta: mam w domu wszystko. Rodzinę, którą kocham nad życie. Kawałek przestrzeni dla siebie, gdzie panuje cisza i spokój, taki mój wymarzony punkt, do którego uciekam, kiedy chcę być sama, idealna, wyśniona wręcz przestrzeń do nauki, do której byłam zawsze zachęcana i motywowana, pole do odpoczynku i ćwiczeń fizycznych, które dają wytchnienie. Nawet, jak się okazało po ponad dwudziestu latach życia, do rozwoju pisarskiego.

W lodówce, w kuchni, jest wszystko, co jem najchętniej na co dzień. W półkach poukrywane są smakołyki, które lubię najbardziej i są tam, by zaspokoić moje zachcianki. Za oknem mogę oglądać, przy sprzyjających warunkach, wędrówkę Słońca po niebie, zwieńczane pięknym zachodem. Wieczorem mam możliwość zaspokajać kaprys zakopania się pod kołdrą i wtulenia głowy w poduszki, by finalnie móc odpłynąć myślami, dokąd pragnę. Unosząc się na spokojnych falach marzeń i pragnień.

Łatwo zapomnieć, tkwiąc w takiej mydlanej bańce, o tym, jakie ma się cholerne szczęście. Przelatuje mi przez głowę, bez żadnego echa to, że moje (nasze życie), od małego, to jedna, wielka, cudowna bajka, a większość „problemów” wynika z niedostatecznej pokory i przesadnego egocentryzmu.

Dlatego tak ważne jest w życiu ubóstwo. Nie materialne, a duchowe. Brzmi jak sztampa wyjęta z kazań. Jednak to właśnie to jest potrzebne, na już, na teraz, mi i mojemu pokoleniu, które urodziło się w czasach kapitalizmu, w czas, gdy na półkach zawsze jest jedzenie, które niekupione jest wyrzucane na śmietnik. To właśnie to jest konieczne w wychowywaniu dzieci, które nie znają świata bez telefonu komórkowego, które już od pierwszych lat życia sprawniej działają w świecie wirtualnym, niż realnym. To dokładnie to jest niezbędne podczas dojrzewania ludzi, takich ja, żyjący od zawsze w bajce, a przez co ślepych na to, że są największymi szczęściarzami pod słońcem.

Mieszkając w wielkim mieście, w którym, odkąd pamiętam, znaczącymi wartościami są świetne wykształcenie i dobrze płatna praca, muszę nieustannie sama siebie zawracać, by nie zacząć gonić w powszechnym wyścigu o to, kto będzie mieć więcej. W tej gonitwie zdecydowanie nie chcę brać udziału. Jeśli przestanę siebie hamować, to, stawiając sobie coraz to wyższe cele, budząc coraz to wznioślejsze ambicje, polepszając coraz bardziej swoją wizytówkę i naukowy background, zapomnę o tych, którzy nie mają nawet grama takiego luksusu jak ja.

Wtedy za standard przyjmę to co posiadam, a z pamięci wymarzę wszystkie obrazy, jako możliwe warunki życia, które odbiegają od mojego. Żyjąc w takim iluzorycznym świecie, sama będę tylko coraz bardziej rozdmuchiwać ego, coraz więcej chcieć, a będąc samej po prostu coraz gorszą, chamską i niezdolną do funkcjonowania w społeczeństwie. Zaprzeczę wszystkiemu, co chcę wyznawać, a co tak trudno mi przyjąć, zrozumieć, bo nie jestem dostatecznie uboga.

Wymyślne i teoretyczne studia, snucie godzinami refleksji, poświęcanie czasu na pisanie, z którego nic wielkiego nie ma. To wszystko zdecydowanie jest przywilejem tych, którzy mają wszystkie najważniejsze potrzeby zaspokojone. Doszukiwanie się jakichś niedoskonałości, które są jedynie pyłkiem na płaszczu chroniącym przed wszystkim tym, co może nas w życiu przytłoczyć, wystawić na próbę lub wpędzić w kozi róg.

Zero przysposobienia do prawdziwego życia, nieumiejętność ciężkiej pracy, odkładanie swoich pragnień na rzecz ważnych i kluczowych, nie tylko dla mnie, ale też dla tych, na których uwagę zwrócić powinnam.

Jeśli mogę być szczera, jest mi wstyd. Wiele z tego, co uznawałam za problem, było po prostu efektem posiadania zbyt wiele. Bogactwo wszystkiego, co sobie zachciałam, odbiło się na tym, że w centrum mojego świata byłam tylko ja sama. Poszłam w zacofaną teorię geocentryczną, która, niesłusznie, skupiała uwagę wyłącznie na mnie, na kluczowym, najważniejszym punkcie wszystkiego. W niej, to inne gwiazdy, planety, ludzie świecili dla mnie, byli dla mnie i krążyli wokół mnie. A ja? Ja patrzyłam na siebie w krzywym lustrze egoizmu.

Teraz chciałabym dojrzeć. Z wyrytym na sercu nowym odkryciem, że we wszechświecie są setki miliardów galaktyk, czasem oddalonych o kosmiczne setki milionów lat świetlnych. Wszystkie istniejące tak samo realnie jak moja. Wszystkie równoprawne z moim własnym światem. Wszystkie identycznie jasne, pełne życia i wartościowe. Ta moja życiodajna planeta i galaktyka, do której należę, jest wyłącznie częścią całego, ogromnego, przechodzące ludzkie pojęcie, kosmosu istnień ludzkich. Pora porzucić absolutyzm czasu, który ma początek w dniu mojego urodzenia i jest sztywno związany z układem historii mojego życia. Pora zakończyć te próby despotycznego dyrygowania ciałami niebieskimi, budującymi mój świat, poprzez: ja chcę, ja pragnę i ja żądam. Koniec z kreowaniem siebie, jako kogoś całkowicie wyjątkowego i ultraważnego.

Oby nabliższe dni były czasem ubóstwa. Niech nastanie małość. Niech zdam sobie sprawę z mojej głupoty. Niech wycofam się do cienia i zastanowię się nad tym, na jakim szczeblu siebie stawiam. Czy nie pcham się, całkowicie niesłusznie i niezasłużenie, w jakieś miejsca przeznaczone wyłącznie dla dostojników?

Co mi da to sztuczne dmuchanie, nic nie znaczącego, ego czy powiedzenie o sobie mądry, pewny swoich racji, zdolny pouczać i nauczać, kiedy prawda jest taka, że nie wiem nic i też nie znaczę prawie nic?

Przepraszam Was, wszystkich, którzy ucierpieli przez mój egoizm.

SZEPT SUMIENIA

Słowa, które teraz padną, będą po części powtórzone. Uważam jednak, że powinny wybrzmieć jeszcze raz. Tym razem dosadniej oraz pewniej. Zostać uwiecznione, wykute na tej małej ścianie moich tekstów. Umożliwi to rozpalenie ich ponownie, w moim sercu. Niech kolejny raz naznaczą jakiś ślad w tym niekończącym się ciągu. Wyborów. Decyzji. Poematów prawdy o mnie. Niech pokażą swoją twarz. Szczerą. Skrytą. Szpetną. Piękną.

Przywołam słowa opowiadające o historii walki. Bitwy o to, by sumienie pozostało na zawsze czyste. Wolne od wyrzutów. Niezwiązane oczekiwaniami. Nietłumione przez presję. Wrażliwe na prawdę. Tak, by jego szept nie był nigdy zignorowany w tym huku codzienności.

Jako społeczeństwo postępowe, idące z „duchem czasu”, śledzące globalne trendy obserwujemy wyraźne zmiany w pokoleniu „młodych”. Dzięki powszechnemu wyższemu wykształceniu (które nawiasem mówiąc obecnie jest musem i standardem), diabelnie szerokim persketywom i mnogim możliwościom rozwoju, niesamowicie bogatej gamie opcji, mamy odwagę zabierać głos w wielu ważnych sprawach. Obeznani, biegli we władaniu mową, dbający o retorykę, gotowi do dyskusji, powoli wychodzimy, z dość solidnie utwierdzonymi w nas przekonaniami, do ludzi i świata. Wkraczamy w społeczeństwo jako aktywni partycypanci w codzienności, a nie jako jedynie bierni obserwatorzy. Jest w nas siła, by działać, zmieniać, mówić nie. Różnorodność poglądów, spojrzeń jest tak bogata i tak niepojęta, że każda wymiana zdań z drugim człowiekiem zmienia, choćby odrobinę, nasze postrzeganie siebie i swojego życia.

Z jednej strony, jeśli nie jesteśmy otwarci na zdanie i opinię innych, to pozbawimy się szansy dostrzeżenia pełni złożoności zagadnienia. Bardzo często to właśnie nasze błędne wnioski, źle postawione tezy i pomyłki w analizie problemu uczą najwięcej i owierają oczy najskuteczniej. Rozmawiając, poznawając i słuchając, wzbogacamy siebie oraz, jednocześnie, obdarowujemy innych.

Z drugiej strony, wielokrotnie, szczególnie w sprawach nad wyraz delikatnych i subtelnych, zupełnie dwa skrajne stanowiska nie znajdują żadnej płaszczyzny porozumienia. Może być tak, że nie jest możliwe uniknięcie wyraźnie zarysowanej niezgody pomiędzy oponentami. Zdarza się, że taka bezkompromisowość jest konieczna, by jakaś osoba nie zahwiała tym, co położyła w fundamentach swojej osoby. Konsekwencja i stanowczość utwierdza nas w ścieżce, którą obraliśmy, jako naszą drogę życiową. Mówienie: „nie, nie zgadzam się” często ratuje nas przed tym, byśmy nie zgubili siebie i nie stracili swoich wartości. Byśmy nigdy nie zapomnieli o tym, co jest dla nas tak ważne.

Co czyni ciebie, tobą.

Wraz w tym, jak dojrzewam, utwierdzam się w tym, że w życiu najważniejsze jest, dla mnie, kierowanie się własnym sumieniem. Nie społeczeństwa, nie ogółu i nie powszechnie przyjętym, zmieniającym się, nieustannie, kodeksem moralnym. Ale własnym, niezmiennym. Postępowanie zgodnie z tym, co dyktuje mi serce jest dla mnie najwyższą wartością. Podstawą jego działania jest bezkompromisowana niezgoda na nienawiść i kłamstwo. Widzę jak brak miłości pozbawia życia ludzi, i mnie. Dostrzegam, że otwarcie się na dobro, życzliwość, pomaganie innym i wiarę, w tę właśnie, oklepaną, miłość, odpala każdego. Człowiek staje się niczym dynamit. Wybucha często i niespodziewanie, wyrzucając z siebie tony energii, uśmiechu i szczęścia.

Niestety często szczęście jest mylnie utożsamiane ze stanem euforii. Ślepej, pełnej pasji i ulotnej. W radość wpisany jest też smutek, niepowodzenia i zawody. Nieodłączną jej częścią są momenty, gdy trzeba wybaczać i samemu prosić innych o wybaczenie. Nie może zabraknąć też w niej świadomości ulotności i przemijania, braku stałości w powodzeniu, ale także w niedostatku. Ona zmusza nas też do dostrzegania tego, że pomimo, że tyle osób potrzebuje naszej pomocy, życzliwości i siły, chęci życia. Uczy nas również, że w chwilach, gdy nie dajemy sobie rady, musimy umieć poprosić o wsparcie i potrafić przyjmować wyciągniętą dłoń. Szczęście zaprasza nas do tego, by dawać, ale też brać. Pomnażać przez dzielenie.

Dokładnie tak irracjonalnie, jak to czasem brzmi.

By to czynić, często muszę być stanowcza. Żebym mogła być pewna tego, w co wierzę, jaki mam system wartości i czym się, przede wszystkim, kieruję w codzienności, muszę czasem zdobywać się na bezkompromisowość. Uczę się mówić głośne nie, kiedy uważam, że coś przeczy miłości. Uważam na to, żeby nie podejmować decyzji, które jakkolwiek miały by skrzywdzić kogoś, lub mnie. Dlatego też staram się odcinać od sytuacji, które takim działaniom mogły by sprzyjać. Nie mogę ulegać presji tego, że tak wiele osób dookoła myśli inaczej. Nie powinnam oglądać się na to, że często oceniają rzeczy i sytuacje w zupełnie innych kategoriach. W tym świecie dynamicznie zmieniających się wartości i czasach redefiniowania pierwotnych pojęć oraz podważania znaczenia powszechnie znanych imponderabilii, pierwsze skrzypce zawsze staram się oddać swojemu sumieniu.

Dlaczego? Po co?

Sumienie jest specifyczne. Można go przyrównać do takiego sędziego, który rozlicza nas z naszego postępowania. Jeśli postąpimy wbrew sobie, naszym przekonaniom i przeczuciu, co jest słuszne i dobre, to ono nie da nam spokoju. Będzie nachodzić nas przed snem i w każdej chwili samotności. By upominać się. O zadośćuczynienie, o naprawienie szkód. Domagać się zniam i postawy skruchy, pokory. Z czasem, jeśli będziemy się mu opierać, spowoduje, że zaczniemy mieć siebie dosyć. Nie będziemy w stanie wytrzymać ze swoimi myślami. Wpędzimy się w wir pretensji do samego siebie, zatopimy się w głębokim poczuciu własnej beznadziei i pozbawiamy się możliwości wybaczenia. Sobie, ludziom. Przestaniemy kochać. Siebie i innych. Stracimy orientację i nie będziemi umiei podjąć decyzji, która, zamiast niszczyć, zbuduje coś sensownego.

Lekarstwo na to jest takie oczywiste. Jednak tak trudno je zażyć. Wystarczy jedynie, i aż, pozwolić sumieniu decydować. Zacząć słuchać tego, co ono ma do powiedzenia. Nauczyć się przyjmować wskazówki i rady.

Będzie wymagać to od nas często zatrzymania się w połowie kroku. Powstrzyma nas od podjęcia jakiejś decyzji, bez przemyślenia. Powoli będziemy stawać się świadomi odpowiedzialności za swoje słowa, decyzje i zachowania. Zaczyniemy być rozważniejsi i ostrożenijsi przy podejmowaniu się jakiś działań. Przestaniemy będzieć tempem dyktowanym przez gwałtowne zrywy serca, a damy głos także rozumowi. Będziemy hamować się w sytuacjach, gdy pojawi się w nas poczucie, że jest szansa zrobienia czegoś, czego będzie się mocno żałować. Zdecydowanie zmieni się nasze podejście do ludzi i ogólnie pojętych relacji. Nabierzemy szacunku do siebie, więc także do innych. Będziemy w stanie pochwalić siebie, docenić, a przez to być z siebie zadowolonym. Nieświadomie będziemy pracować nad sobą. Bez przymusu i jakiś reguł, przeciw którym będziemy się buntować.

Wszystko za sprawą jednej decyzji.

Dlatego nie zgodzę się na bycie taką, jaką mogą widzieć mnie wszyscy dookoła. Wolę trwać przy swoim, uparcie i niezmiennie. Bo tylko wtedy będę spokojna, bo będę żyć w zgodzie z samą sobą. Jako osoba ucząca się, codziennie, kochać siebie i innych. Próbująca dawać siebie innym, i także sobie. Usiłująca dbać o życie każdego, bez wyjątku. Mająca szacunek do wszystkich. Szczególnie do siebie samej. Pewna wartości swojej, i innych. Tylko w zgodzie z tym, co uznaję za najwyższe wartości, mogę być sobą. Nieskrępowana niczym. Całkowicie szczera. Ciesząca się z bycia w miejscu, w którym aktualnie się znajduję.

Autentyczna. Gotowa, by trwać przy swoim. Przy swojej wierze. Przy swoim życiu. Przy sobie.

Nie zadowalają mnie podróbki. Pozory. Fałsz. Nie ma dla mnie rzeczy wartej tego, żebym straciła swoją gotowość kochania. Wszystko, co powoduje, że działam wbrew sobie, tylko mnie pozbawia czegoś. Jakakolwiek akceptacja ogółu, aprobata jakiejś decyzji przez grupę, szersze uznanie w społeczeństwie lub cokolwiek innego, co pozornie dadzą mi inni, nie uciszy tego szeptu sumienia. Jeśli ono się odezwie, z tonem nagany, oznacza, że właśnie straciłam część siebie. To zdecydowanie nie jest tego warte.

Jedyne, o co powinniśmy dbać w stu procentach. Nasz najcenniejszy i jedyny skarb. Świecka i Boska świętość. Nasze życie. Nasze serce. Nasze szczęście. Nierozerwalnie złączone.