WSPOMNIENIA

Nasz mózg jest bardzo oszczędny w przydzielaniu pamięci. To wyjaśnia, dlaczego wspomnienia, z czasem, tracą na wyrazistości oraz bogactwie obrazów. W sieci neuronów naszego mózgu potrzymywane są tylko ścieżki wytyczone przez główne myśli związane z danym wydarzeniem. Dlatego w głowie pozostaje jedynie clue całej historii, a klatki urywek scen blakną, kontury postaci stopniowo są rozmywają, emocje gasną w swej intensywności.

Można postawić smiało tezę, że wspominanie pozbawia nas szczegółów. My, jednak, decydujemy się na te straty, by móc wracać do przeszłości. Chcemy ożywiać historie już przeżyte, podtrzymywać w naszym umyśle obecność osób, które odeszły z naszego życia, zatrzymywać przemijalność czasu i nadawać znaczenie wszystkiemu, co nam wydaje się ważne, a na tym świecie nie odciska to żadnego piętna.

Ostatnio często rozważałam, czy przypadkiem, lub celowo, sztucznie nie nadałam znaczeniu niektórym wydarzeniom. Czy faktycznie jakieś spojrzenie lub słowo mogło by coś zamieszać w pozornym porządku mojego życia? Czy ta, kilkukrotnie przeciągnięta w czasie, sekunda faktycznie coś skrywała?

Niestety, wrażliwość zbyt często podkręca wagę gestów i komunikatów. Większość powie, że na pewno to był jedynie nieistotny detal. Jednak dla tych wyczulowych może być to sygnał informujący o nieuchronnie zbliżającej się porażce lub jawna przesłanka, która może wywróżyć chwalebny sukces.

Mimo to, często polegam na własnym osądzie, ocenie i spostrzeżeniach. Jednak dopiero się uczę. Na pewną liczbę trafień, przypada dwa razy tyle pudeł i potknięć. Też nie uniknę wielu twardych i bolesnych zderzeń ze ścianą, w chwilach, gdy pod osłoną cienia miał się rozciągać długi korytarz perspektyw, a okazało się, że nie jest to nic, poza ślepym zaułkiem.

Teraz mogę rozpamiętywać, by szukać odpowiedzi na tamte sytuacje. Wracać pamięcią do przeszłości, która blaknie, przez co coraz mniej mogę z niej wyciągnąć. Dlatego pozostaje mi często jedynie się uśmiechnąć, do tego, co niesie, po prostu, pozytywne emocje. Uwalniam te wspomnienia z kajdan, które próbowały wymusić na obrazach pokazanie innej twarzy rzeczywistości. Tej istniejącej za sprawą moich życzeń i chęci. Nie pozwalały myślom dojrzeć, umysłowi się oczyścić, głowie odpocząć. Teraz chcę je wypuścić, a sobie pozwolić zamknąć jeden temat.

Bo za każdym razem, gdy zamyka się jedne drzwi pomieszczenia, trzeba otworzyć kolejne, by móc przejść dalej, do następnych segmentów budynku. Nie uniknie się poszukiwania furtek, które można otworzyć. Będzie wiele prób jak daleko można zajść i gdzie można dotrzeć. Sprawdzi się też wytrzymałość kłódek, które na pierwszy rzut oka blokują drzwi. Niektóre będą założone jedynie prowizorycznie. Odstraszają pozorami, bo tak na prawdę są liche i nie spełniają należycie swojej funkcji. Często są one jedynie mimetyczną przeszkodą, tak łatwą do przeskoczenia. Odrobina siły, jeden zdecydowany gest, podejście do problemu i odwaga, by się czemuś przyjrzeć i coś zdziałać.

Często sama perspektywa zamknięcia wystarcza, by porzucić próbę otwarcia.

To, co teraz otwieram, może zaprowadzić mnie w miejsca niesamowite. Boję się tego, ale też mam jakąś głęboką nadzieję, że drogi znów się przetną. Może tak ma być. Może dokładnie dlatego wszystkie niewiadome wiodły ku temu miejscu, gdzie stoję. A może znowu piszę nierealne scenariusze, które tylko dają ułudną nadzieję na coś… Dlatego uwalniam te wspomnienia. By nie dawały nadziei krępującej, zamykającej na konkretne plany. Jedynie pobudzającą ekscytację, ciekawość i ogromną chęć. Tę do działania. Tę do czynów. Tę do prób. Tę do nauki.

RODZIC

Do czego porównać ten pełen miłości wzrok, którym obdarza jedyną, mającą zawsze niepodzielnie królować, księżniczkę w swoim życiu – córkę? Jak opisać ułożenie mięśni na przedramionach, gdy dłonie się szeroko otwarte, by w każdej chwili pochwycić dziecko w locie, byle nie upadło na ziemię przy swoich urokliwych wygibasach? Czy istnieje jakikolwiek odpowiednik momentu, gdy córka otacza szyję ojca, smyra go po brodzie i śmieje się, że na twarzy rodziciela wyrosła śmieszna drapaczka, a sekundę później wtula się w szeroko rozpostarte ramiona? Czy istnieje większa ufność, niż dłonie dziecka wyciągnięte ku matce, która, nie ważne co się wydarzy, nie będzie nigdy obojętna na te ogromne łzy, wolno płynące po twarzy?

Jak nie zachwycić się faktem, że wychowanie dziecka to całkowite, bezinteresowne oddanie swojego życia tak kruchej i bezbronnej istocie? Tym nieustannym dawaniem wszystkiego, co w nas samych najcenniejsze, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian? Dla rodziców oddech dziecka, uścisk malutkiej dłoni i rytm pokracznie stawianych, dwa razy krótszych kroków obok własnych jest rekompensatą z niepotrzebnym naddatkiem za awantury, nieprzespane noce i nerwy wynikające z braku jakiegokolwiek czasu dla siebie.

Ostatnimi dniami żyję w zupełnie innych, trochę odjechanym świecie. Na kartach książek sunę po miejscach odległych od Ziemi o miliony lat świetlnych. Pozwalam się oczarować faktom, dotąd nigdy wcześniej mi nie przedstawionych. Wykorzystuję swoją, raczej niemałą, wyobraźnię by naginać w umyśle czas, przestrzeń i wyobrazać sobie miejsca, których nigdy nie zbadam inną drogą niż interpretacją pomiarów rejestrowanych widm promieniowania elektromagnetycznego. Doświadczam tak wytęsknionych spacerów w miejscach, gdzie nie ma dosłownie nikogo, co jest niespotykane w miejscu gdzie mieszkam. Czuję tak długo wyczekiwane ciepło, które muska skórę, odsłoniętą przez zdjętą z ramion kurtkę, pozwalając na zapomnienie tego bezlitosnego, całkowicie nietolerowanego przez mój organizm mrozu. Odwiedzam tych, tak długo niewidzianych, tych, za którymi tak bardzo się tęskniłam.

Nachodzą mnie myśli, że możemy zauroczyć się prawie wszystkim. Moc poruszyć i przyciągnąć do siebie ma nieprzeliczalny zbiór rzeczy. Pasją, celem, hobbym może stać się każda rzecz, która pociągnie za właściwą strunę w nas samych. Taką dobrze zestrojoną z sobą samą, wbudzając wyraźny rezonans.

Jako młoda osoba, która ma w głowie zawsze więcej pytań niż odpowiedzi, pomysłów niż konkretnych planów działania, mórz niepokojów niż kałuż pewności, wyobrażeń niż przeżyć i sprawdzonych rozwiązań, szukam swojej drogi, którą pójdę. Czemu i komu poświęcę część życia, która jest zarezerwowana wyłącznie do „oddania” temu światu? Zdecydowanie zadania nie ułatwiają mi liczne zagadnienia, przy których nie jest możliwe uzyskanie wyjaśnienia. Najbardziej uwiera mnie chyba jedna myśl – po co jest to wszystko. Po co życie, istnienie, byt, posiadanie, łza? Rozważam wszystkie za i przeciw. Staram się spojrzeć na gatunek ludzki w perspektywie histori, biologii, fizyki czy wiary. Czeka mnie też wertowanie materiałów z filozofii, przegląd dzieł z historii literatury i kontemplacja sztuki i naszego dorobku kulturalnego.

Jednak czego bym nie zrobiła, główną rolę w moim życiu zawsze odgrywa serce. Czymkolwiek bym sobie nie zapchała dnia, ile bym sobie nie włożyła na głowę to z pewnością w trakcie dnia pojawi się pewien newralgiczny punkt, w którym to nie rozum dyryguje. Wtedy myśli zalewają mnie falami, emocje zostają spuszczone ze smyczy. Ta niemęcząca się pompa życiodajnej krwii uczy mnie tego morderczego tempa bicia serca. Świadomość, inteligencja, możliwość podejmowania decyzji, niekierowanych jedynie wewnętrznymi popędami… Jedynie kilka z tak mnogich aspektów, które ciągle mi przypominają, że jestem, że istnieję. Wrażliwość szarpie za płaszcz i rozrywa to wierzchne okrycie, utkane ze zdań: nie pytaj, nie zastanawiaj się, nie szukaj. Czegokolwiek bym sobie nie próbowała wmówić odnośnie tego, kim jestem i jakie jest moje miejsce, nie ważne jakich zasad czy reguł nie chciałabym w siebie wtłoczyć w sprawie tego, czym powinnam się kierować i jak patrzeć na sens swojej egzystencji, to ponad to wypływają na powierzchnie pewne, zaszczepione we mnie, mechanizmy, które jasno dyktują mi co robić.

Mogę posiąść ogromną wiedzę, ale jeśli zdobywanie jej odbędzie się kosztem zaniedbania osoby, która jest dla mnie ważna, to wiem, że ta wiedza nie będzie dla mnie nic warta. Jeśli zrezygnuję z kogoś, by pójść za egoistyczną pobudką: „ja chcę”, nic na tym nie zyskam, bo tracę coś o wiele cenniejszego. Nawet jeśli postawię wszystko, by działać w jakimś konkretnym obszarze, ale po drodzę zgubię ludzi, którzy są dookoła i przestanie mi zależeć na przyjaźniach, więzach rodzinnych czy ewentualnie potencjalnym związku – to każdy dzień, przeżywany w takim schemacie, w dłuższej perspektywie okaże się pusty.

Mogę próbować boksować się ze sobą, wchodzić na coraz wyższe szczeble trenowania siebie, by jedynie działać jako zwierzę, będące na szczycie łańcucha pokarmowego dzięki swojej ścieżce ewolucji. Mogę traktować siebie jako taką małą, nic nieznaczącą dla świata serię zdarzeń swojego życia. Mogę tłumaczyć sobie, że moja wiara jest jedynie ułudą, uspokojaniem niepokojów egzystencjalnych i próbą wmówienie sobie, że, jako ludzie, jesteśmy wyjątkowi. Te zabiegi jednak zawsze ulegają, wychodzącym na pierwszy plan, wrażliwości i pragnieniu kochania. Jest we mnie stanowczy sprzeciw wobec mydlenia sobie oczu, wynikający z tego, że serce pozostaje, mimo prób, nieprzejednane.

Dlatego korzystam z prawa wolności i wyboru. Mimo tego, co dookoła odczytuje w przekazach płynących ze świata, idę za tym co czuję. Wierzę, zachwycam się, uczę i pragnę. W bliskości między ludźmi widzę sens, w modlitwie odnajduję spokój i pewność, w nadziei zbieram swoje siły, by iść swoją drogą, w obcowaniu z ludźmi poznaję złożoność człowieka. Obserwuję, pytam, doświadczam.

Jestem głupia. Wobec ludzi, wobec siebie, wobec Boga.

Dlatego kocham. Wszystkie chwile, kiedy mogę zachwycić się Wszechświatem i swoją małością. Każdy jeden moment, gdy mogę zatopić się w dźwiękach pięknej melodii. Niezliczone sytuacje fałszowania przy śpiewaniu swoich ulubionych utworów, często w akompaniameńcie chaotycznego tańcza po pokoju. Uwielbiam każdy piękny wschód i zachód słońca, każdy zapierający dech w piersiach widok, każdy niepowtorzalny obraz wymalowany, jedyną w swoim rodzaju, grą światła. Cenię siłę i odprężenie, zastrzyk enforfin przy, tak przyjemnej, aktywności fizycznej.

I zdecydowanie kocham to, co w tym wszystkim jest dla mnie najważniejsze: spotykać ludzi. Być z nimi. Przytulać, rozmawiać, móc złapać za rękę. Obdarzyć uśmiechem, dać wsparie, przyjąć pomoc, doświadczyć niepowtarzalnej chwilii. Zatracić czas w spojrzeniu i wypowiadanym słowie. Cieszę się, że mogę widzieć, po prostu dostrzegać. Innych. Nie jedynie siebie w tym brzydkim zwierciadle egoizmu, które, i tak za często, występuje jako główny bohater mojego życia.

ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

DELIKATNOŚĆ

Jednego dnia chcemy burzyć ściany. Walić pięściami w mury i trząść fasadami budynków. Mamy w sobie gotowość, by, na jeden, krótki rozkaz, wyruszyć. Natrzeć z impetem i pewnością.

Za to drugiego… czujemy się tak słabi, krusi, delikatni. Zastanawiamy się skąd wczoraj w nas było to przekonanie o własnej niezłomności, skrytej głęboko sile i niechybnej wygranej.

W jednej chwili energiczni. Rozkoszukący się każdą sekundą. Pragnący wycisnąć, z nadarzającej się okazji, ile jest tylko możliwe. Pare zdarzeń później nie pozostaje z tej witalności nic, poza zmęczeniem i rezygnacją.

Nasza codzienność jest niczym rejs malutką łodzią po lekko falującym morzu. Unoszeni chęcią zmienienia świata, by zaraz doświadczyć chwili grozy opadania w dolinie fali. Możemy próbować to pojąć i udoskonalać jakiś wewnętrzny sensor, wykrywający najmniejszą zmianę ruchu łajby. Dzięki zauważeniu pewnych, tendencji, jesteśmy w stanie nakreślić możliwe potencjalne scenariusze rozwoju akcji. By być jeszcze lepiej przygotowanym na to, co ma sie wydarzyć, staramy się nauczyć na pamięć, morza naszej osoby. Wtedy nasze przewidywanie i szacowanie jest jeszcze trafniejsze i bardziej prawdopodobne.

Podejmujemy się tego, bo to jedyna możliwość, by być w miarę przygotowanym na nieznane. Tak bardzo lubimy wiedzieć. Zaglądamy do szklanej kuli naszej głowy, by odkrywać karty opowiadające o jutrze.

Działamy, jakbyśmy odrzucali fakt, że powierzchnia taflii jest nieustannie kształtowana przez pogodę, tak bardzo niezależnie od naszej woli. Codziennie drażniona przez subtelne podmuchy wiatru. Całkowicie odmieniana za sprawą gwatłownych zrywów wichury.

Mimo to nie poddajemy się. Czynimy wszystko to, co jest w zakresie naszych możliwości. Zwiększamy swoje szanse dobrego przeżywania każdego dnia.

Czasem jednak przychodzą takie dni, kiedy zdejmujemy z siebie presję gotowości do walki z żywiołem. Zamykamy oczy, kładziemy się na deskach pokładu i zatracamy się w chwili. Doświadczamy innego unoszenia. Kosztujemy smaku dryfowania i falowania. W takich chwilach, te kołysanie przez grzbiety fal koi nasz spracowany umysł, wycisza głośno kołatające, z nerwów, serce, rozluźnia napięte, od nieustannego utrzymywania równowagi, mięśnie.

Jak błoga jest chwila poddania się sobie. Częściowa rezygnacja z usilnego trzymania kursu, mimo wielu potencjalnych przeciwności.

Pozwolenie sobie na odpoczynek. Wyswobodzenie się spod jarzma nieustannych prób odpowiadania, szukania i przewidywania.

Wtedy, dzień bywa wyznaczany przez wędrówkę słońca po nieboskłonie. Noc rozświetlana jest przez, dodatkowe, morze gwiazd. Niezliczonych, odległych, pięknych, migoczących, unoszących się nad nami. Przyglądając się im, zapominamy o wszystkim. Podziwiamy. Kule ognia, będące tak wiele lat świetlnych od nas. Nieosiągalne dla nas. Nie do poruszenia. One nigdy się nam nie podporządkują. To my możemy, może musimy, ulec ich urokowi. I oczywistemu czarowi wszechświata.

W tych krótkich i długich, ulotnych i wolno płynących chwilach obserwacji nie musimy nic. Chłoniemy to piękno oczami, ciepło skórą, życiodajność oddechem. Ładujemy się na nowo. By walczyć i upadać. Znosić trudy i rozkoszować się zwycięstwami.

Mamy na uwadze jednak swoją mikroskopijność. Wokół nas są rozstawione znaki przypominające nam, że my, jako ludzie, mamy tak wiele barier, których nie przekroczymy. Próbujemy badać tak wiele rzeczy, jednak one są tak bardzo poza zasięgiem doświadczenia. Mamy niezmiernie bogate, ale także ograniczone pole poznania. Empirycznego i intelektualnego. Potrzebujemy sprzętów, maszyn, koncepcji, planów, wzorów i wiedzy. By pojąć.

Że jesteśmy tylko kruszynkami w świecie. Drobnym pyłkiem. Kochającym piękno organizmem, zamieszkującym jedną z miliardów galaktyk.

Taka małość, wewnętrzna, materialna czy intelektualna, pozwala zachwycać się wielkością rzeczy, które nie muszą się starać. By trwać, by być majestatyczne, by być ponad, by wywierać wrażenie. To jest wpisane w ich naturę. Po prostu takie są. My dzięki ich dominacji, mamy szansę uczyć się o cudowności. Warto pozwalać się fascynować. Każdemu dniowi. Każdej wędrówce świata. Każdej opowieści nieba. Każdej ścieżce słońca. Każdej historii człowieka. Każdemu biegowi promienia. Każdemu oddechowi życia.

SZEPT SUMIENIA

Słowa, które teraz padną, będą po części powtórzone. Uważam jednak, że powinny wybrzmieć jeszcze raz. Tym razem dosadniej oraz pewniej. Zostać uwiecznione, wykute na tej małej ścianie moich tekstów. Umożliwi to rozpalenie ich ponownie, w moim sercu. Niech kolejny raz naznaczą jakiś ślad w tym niekończącym się ciągu. Wyborów. Decyzji. Poematów prawdy o mnie. Niech pokażą swoją twarz. Szczerą. Skrytą. Szpetną. Piękną.

Przywołam słowa opowiadające o historii walki. Bitwy o to, by sumienie pozostało na zawsze czyste. Wolne od wyrzutów. Niezwiązane oczekiwaniami. Nietłumione przez presję. Wrażliwe na prawdę. Tak, by jego szept nie był nigdy zignorowany w tym huku codzienności.

Jako społeczeństwo postępowe, idące z „duchem czasu”, śledzące globalne trendy obserwujemy wyraźne zmiany w pokoleniu „młodych”. Dzięki powszechnemu wyższemu wykształceniu (które nawiasem mówiąc obecnie jest musem i standardem), diabelnie szerokim persketywom i mnogim możliwościom rozwoju, niesamowicie bogatej gamie opcji, mamy odwagę zabierać głos w wielu ważnych sprawach. Obeznani, biegli we władaniu mową, dbający o retorykę, gotowi do dyskusji, powoli wychodzimy, z dość solidnie utwierdzonymi w nas przekonaniami, do ludzi i świata. Wkraczamy w społeczeństwo jako aktywni partycypanci w codzienności, a nie jako jedynie bierni obserwatorzy. Jest w nas siła, by działać, zmieniać, mówić nie. Różnorodność poglądów, spojrzeń jest tak bogata i tak niepojęta, że każda wymiana zdań z drugim człowiekiem zmienia, choćby odrobinę, nasze postrzeganie siebie i swojego życia.

Z jednej strony, jeśli nie jesteśmy otwarci na zdanie i opinię innych, to pozbawimy się szansy dostrzeżenia pełni złożoności zagadnienia. Bardzo często to właśnie nasze błędne wnioski, źle postawione tezy i pomyłki w analizie problemu uczą najwięcej i owierają oczy najskuteczniej. Rozmawiając, poznawając i słuchając, wzbogacamy siebie oraz, jednocześnie, obdarowujemy innych.

Z drugiej strony, wielokrotnie, szczególnie w sprawach nad wyraz delikatnych i subtelnych, zupełnie dwa skrajne stanowiska nie znajdują żadnej płaszczyzny porozumienia. Może być tak, że nie jest możliwe uniknięcie wyraźnie zarysowanej niezgody pomiędzy oponentami. Zdarza się, że taka bezkompromisowość jest konieczna, by jakaś osoba nie zahwiała tym, co położyła w fundamentach swojej osoby. Konsekwencja i stanowczość utwierdza nas w ścieżce, którą obraliśmy, jako naszą drogę życiową. Mówienie: „nie, nie zgadzam się” często ratuje nas przed tym, byśmy nie zgubili siebie i nie stracili swoich wartości. Byśmy nigdy nie zapomnieli o tym, co jest dla nas tak ważne.

Co czyni ciebie, tobą.

Wraz w tym, jak dojrzewam, utwierdzam się w tym, że w życiu najważniejsze jest, dla mnie, kierowanie się własnym sumieniem. Nie społeczeństwa, nie ogółu i nie powszechnie przyjętym, zmieniającym się, nieustannie, kodeksem moralnym. Ale własnym, niezmiennym. Postępowanie zgodnie z tym, co dyktuje mi serce jest dla mnie najwyższą wartością. Podstawą jego działania jest bezkompromisowana niezgoda na nienawiść i kłamstwo. Widzę jak brak miłości pozbawia życia ludzi, i mnie. Dostrzegam, że otwarcie się na dobro, życzliwość, pomaganie innym i wiarę, w tę właśnie, oklepaną, miłość, odpala każdego. Człowiek staje się niczym dynamit. Wybucha często i niespodziewanie, wyrzucając z siebie tony energii, uśmiechu i szczęścia.

Niestety często szczęście jest mylnie utożsamiane ze stanem euforii. Ślepej, pełnej pasji i ulotnej. W radość wpisany jest też smutek, niepowodzenia i zawody. Nieodłączną jej częścią są momenty, gdy trzeba wybaczać i samemu prosić innych o wybaczenie. Nie może zabraknąć też w niej świadomości ulotności i przemijania, braku stałości w powodzeniu, ale także w niedostatku. Ona zmusza nas też do dostrzegania tego, że pomimo, że tyle osób potrzebuje naszej pomocy, życzliwości i siły, chęci życia. Uczy nas również, że w chwilach, gdy nie dajemy sobie rady, musimy umieć poprosić o wsparcie i potrafić przyjmować wyciągniętą dłoń. Szczęście zaprasza nas do tego, by dawać, ale też brać. Pomnażać przez dzielenie.

Dokładnie tak irracjonalnie, jak to czasem brzmi.

By to czynić, często muszę być stanowcza. Żebym mogła być pewna tego, w co wierzę, jaki mam system wartości i czym się, przede wszystkim, kieruję w codzienności, muszę czasem zdobywać się na bezkompromisowość. Uczę się mówić głośne nie, kiedy uważam, że coś przeczy miłości. Uważam na to, żeby nie podejmować decyzji, które jakkolwiek miały by skrzywdzić kogoś, lub mnie. Dlatego też staram się odcinać od sytuacji, które takim działaniom mogły by sprzyjać. Nie mogę ulegać presji tego, że tak wiele osób dookoła myśli inaczej. Nie powinnam oglądać się na to, że często oceniają rzeczy i sytuacje w zupełnie innych kategoriach. W tym świecie dynamicznie zmieniających się wartości i czasach redefiniowania pierwotnych pojęć oraz podważania znaczenia powszechnie znanych imponderabilii, pierwsze skrzypce zawsze staram się oddać swojemu sumieniu.

Dlaczego? Po co?

Sumienie jest specifyczne. Można go przyrównać do takiego sędziego, który rozlicza nas z naszego postępowania. Jeśli postąpimy wbrew sobie, naszym przekonaniom i przeczuciu, co jest słuszne i dobre, to ono nie da nam spokoju. Będzie nachodzić nas przed snem i w każdej chwili samotności. By upominać się. O zadośćuczynienie, o naprawienie szkód. Domagać się zniam i postawy skruchy, pokory. Z czasem, jeśli będziemy się mu opierać, spowoduje, że zaczniemy mieć siebie dosyć. Nie będziemy w stanie wytrzymać ze swoimi myślami. Wpędzimy się w wir pretensji do samego siebie, zatopimy się w głębokim poczuciu własnej beznadziei i pozbawiamy się możliwości wybaczenia. Sobie, ludziom. Przestaniemy kochać. Siebie i innych. Stracimy orientację i nie będziemi umiei podjąć decyzji, która, zamiast niszczyć, zbuduje coś sensownego.

Lekarstwo na to jest takie oczywiste. Jednak tak trudno je zażyć. Wystarczy jedynie, i aż, pozwolić sumieniu decydować. Zacząć słuchać tego, co ono ma do powiedzenia. Nauczyć się przyjmować wskazówki i rady.

Będzie wymagać to od nas często zatrzymania się w połowie kroku. Powstrzyma nas od podjęcia jakiejś decyzji, bez przemyślenia. Powoli będziemy stawać się świadomi odpowiedzialności za swoje słowa, decyzje i zachowania. Zaczyniemy być rozważniejsi i ostrożenijsi przy podejmowaniu się jakiś działań. Przestaniemy będzieć tempem dyktowanym przez gwałtowne zrywy serca, a damy głos także rozumowi. Będziemy hamować się w sytuacjach, gdy pojawi się w nas poczucie, że jest szansa zrobienia czegoś, czego będzie się mocno żałować. Zdecydowanie zmieni się nasze podejście do ludzi i ogólnie pojętych relacji. Nabierzemy szacunku do siebie, więc także do innych. Będziemy w stanie pochwalić siebie, docenić, a przez to być z siebie zadowolonym. Nieświadomie będziemy pracować nad sobą. Bez przymusu i jakiś reguł, przeciw którym będziemy się buntować.

Wszystko za sprawą jednej decyzji.

Dlatego nie zgodzę się na bycie taką, jaką mogą widzieć mnie wszyscy dookoła. Wolę trwać przy swoim, uparcie i niezmiennie. Bo tylko wtedy będę spokojna, bo będę żyć w zgodzie z samą sobą. Jako osoba ucząca się, codziennie, kochać siebie i innych. Próbująca dawać siebie innym, i także sobie. Usiłująca dbać o życie każdego, bez wyjątku. Mająca szacunek do wszystkich. Szczególnie do siebie samej. Pewna wartości swojej, i innych. Tylko w zgodzie z tym, co uznaję za najwyższe wartości, mogę być sobą. Nieskrępowana niczym. Całkowicie szczera. Ciesząca się z bycia w miejscu, w którym aktualnie się znajduję.

Autentyczna. Gotowa, by trwać przy swoim. Przy swojej wierze. Przy swoim życiu. Przy sobie.

Nie zadowalają mnie podróbki. Pozory. Fałsz. Nie ma dla mnie rzeczy wartej tego, żebym straciła swoją gotowość kochania. Wszystko, co powoduje, że działam wbrew sobie, tylko mnie pozbawia czegoś. Jakakolwiek akceptacja ogółu, aprobata jakiejś decyzji przez grupę, szersze uznanie w społeczeństwie lub cokolwiek innego, co pozornie dadzą mi inni, nie uciszy tego szeptu sumienia. Jeśli ono się odezwie, z tonem nagany, oznacza, że właśnie straciłam część siebie. To zdecydowanie nie jest tego warte.

Jedyne, o co powinniśmy dbać w stu procentach. Nasz najcenniejszy i jedyny skarb. Świecka i Boska świętość. Nasze życie. Nasze serce. Nasze szczęście. Nierozerwalnie złączone.

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

bo nie są dość ładni…

Nasza wizytówka, często karta przetargowa, przepustka i udogodnienie. Wygląd. Pozory, oszukiwanie, udoskonalanie. Doprowadzanie się do granic wytrzymałości w polepszaniu siebie. Presja, by być pięknym, dobrym, uśmiechniętym. Dopracowanym w każdym szczególe. Przednie kwalifikacje, spełnione oczekiwania, energia i gotowość, by się uczyć. Taka jest nasza rzeczywistość, gdzie nad naszymi głowami jest zawieszona, niedorzecznie wysoko, poprzeczka.

Niczym wyprawa w góry nie do zdobycia. Udział w wyścigu nie do wygrania.

Za dużo osób nie akceptuje siebie. Zbyt wielu z nas wyrzuca sobie codziennie to, że nie są „dość ładni”. Duża część społeczeństwa nie potrafi ofiarować sobie dobrego słowa. Ludzie patrzą na swoje życie przez pryzmat sztucznych zdjęć, wyidealizowanych scen, reklamowanych utopii i zakłamanych historii. Część z nas ma w sobie pragnienie zamiany swojego życia z życiem kogoś innego. By być tak samo lubianym, zauważanym, chwalonym. Stanie się kimś wyróżniającym – częste marzenie. Dlatego część z nas stara się nadrabiać to, czego nam brakuje na płaszczyźnie relacji i komunikacji interpersonalnej, sztucznym zachwytem nad sobą. Skupienie się na wyglądzie. Położenie go jako fundament naszej samooceny.

Dla osób, które nie potrafią dostrzec swojego piękna, sylwetka, twarz, niedoskonałości stają się udręką. Nie mają „czym nadrabiać” braków zainteresowania. Za każdym razem, gdy patrzą w lustro, widzą na twarzy nie tylko dojmujący smutek, rozczarowanie sobą i zrezygnowanie wobec rzeczywistości. Jawi się na niej także pogarda, wyrzut i głęboki żal do siebie. Czemu nie możesz być lepszym? Czemu nie możesz być innym? Czemu muszę z tobą każdego dnia wytrzymywać? Czemu jesteś taki nieśmiały? Czemu jesteś taki gruby? Czemu jesteś taki głupi? Czemu jesteś taki słaby, wrażliwy, niewytrwały w postanowieniach pracy nad sobą?

Czemu tak bardzo starasz się przybodobać innym? Czemu szukasz tak bardzo akceptacji? Czemu chcesz być tak bardzo kochany, doceniony?

Przez taki stan, zostają umieszczeni między młotem, a kowadłem. Pragnieniem uczucia, a myślami, które tylko podkreślają niemożliwość jego spełnienia. Potrzebą miłości, a słowami: „nie zasługujesz na nią”. Tak, jest w nas pewien mechanizm. Wielokrotnie, po prostu, się nad nami pastwi. „Patrz, co złego zrobiłeś”, „Zobacz, ile rzeczy ci się nie udało”, „przypomnij sobie, jak często ludzie cię odrzucili, nie chcieli z tobą być, zerwali z tobą kontakt. Musieli mieć powód.” „Nie jesteś wystarczający, dlatego nigdy nie poznasz miłości.”

Człowiek jest tak kruchy i delikatny. Jego psychika może zostać, z taką łatwością, zniszczona. Nieświadomie, sami sobie robimy krzywdę. Nie potrafimy pochwalić siebie za to, co wykonaliśmy dobrze. Nie umiemy wskazać w sobie żadnych zalet. W życiu pełnym minusów i złych stron brakuje tego maleńkiego plusa, który dałby nadzieję. Przez to, nie jesteśmy w stanie odwzajemnić uśmiechu, którego, każdego poranka, chcemy sobie ofiarować. Nie potrafimy spojrzeć ludziom prosto w oczy, z myślą, że zasługujemy na dobro, ciepło i otwartość. Nie podejmujemy się pracy nad sobą z myślą, bo wolimy się zapętlać w myślach przesiąkniętych subiektywnymi odczuciami i negatywnymi emocjami. Nie umiemy zdobyć się na to, żeby pozwolić swojemu rozumowi spojrzeć obiektywnie i ocenić, znaleźć rozwiązanie, które pomoże.

Nikt z nas nie przyszedł na świat idealny. Nikt z niego też nie odejdzie perfekcyjny. Nikt, nigdy, nie musiał być w swoim życiu doskonały. To od nas zależy, czy wmuszamy w siebie ten wymyślony rozkaz, który czasem przebija się przez powierzchnowną ocenę innych.

Bo nie są dość ładni…

Co możemy dać komuś z samego tytułu wybitnego wyglądu? Co może zmienić nasza , tak skrupulatnie udoskonalana, aparycja? Szczerze – mam ochotę krzyczeć ze złości. Przez to, jak bardzo ludzie odbierają sobie wartość, bo wydaje im się, że czegoś brakuje im w wyglądzie. Nie można nim nic wartościowego ugrać. Za niego nie otrzyma się nic więcej, niż kilka sekund uwagi, szybko wystawiona, płytka ocena, kilka spojrzeń i bezwartościowych pochwał, które nie budują w nas nic pięknego. Ani w innych. Są kartami dostępu do miejsc, gdzie rządzą pozory, powierzchowność, a wszystko okrywa ułuda. W tym wyścigu najpiękniejszych jest wielki przemiał ludzi. Przybija mnie ta łatwość w znalezieniu kogoś innego na własne miejsce. „Lepszego”. „Piękniejszego”.

Na prawdę nie wiem, dlaczego ludzie dają sobie pozwolenie na takie ocenianie.

Jest coś, co każdy z nas może dać innej osobie, kompletnie niezależnie od tego, jak się wygląda. Są rzeczy, które można wypracować, kierując się, tym naturalnym, pragnieniem bycia kochanym. Jest nim oczywiście miłość. Sztampowo, ale tak prawdziwie. Ta szczera, niewymuszona, naturalna, konsekwentna, nieodrzucająca, nieoceniająca, rozumiejąca i cierpliwa miłość. Skłonna wybaczać niedoskonałości, potknięcia. Sobie i innym. Dzieląc ją, zmieniamy świat. Otwieramy oczy, swoje i innych, na piękno świata, ludzi, ale co najważniejsze: własne. Brak w niej podziałów. Nie ma w niej żadnej narzuconej segregacji. Nie można kochać lepiej czy gorzej. Trzeba tylko jej poszukać: pod tymi licznymi maskami, pozorami. Przedzierając nietrafione karteczki z ocenami. Gasząc te, pełne ognia, oczekiwania. Uwalniając się od tej cholernie ciężkiej presji, by być… Właśnie. By być kim?

Kochającym siebie.

Jest dla siebie nie masz miłości, nie jest możliwe, byś pokochał kogokolwiek prawdziwie. Zawsze na przeszkodzie będą stały myśli: nie wystarczasz. Nie umiesz. Nie możesz. Nie potrafisz się zdobyć na coś tak doskonałego będąc tak ułomnym. To wszystko będzie odbierać tobie nadzieję, siłę i wiarę w to, że miłość w twoim życiu może zainstnieć. Czy można dzielić to, czego się w sobie nie ma? Jak dawać coś, czego się nigdy nie poznało? Skąd się uczyć sztuki okazywania miłosierdzia, kiedy wobec siebie jest się bezwględnym katem?

Nie. Zdecydowanie można. Kochać. Nie nienawidzić. Siebie. Innych. Życie. Serce. Oddech.

MALUCH

Od wielu dni obserwuje niezwykłe zjawisko. Jest nim praca malutkiego ptaszka, który próbuje nauczyć się latać. Sytuacja fascynuje, motywuje, skłania do refleksji, otwiera oczy. Jednocześnie obserwacja dogłębnie porusza, nie daje ukojenia wrażliwości, szarpie za struny serca napiętego współczuciem i chęcią pomocy.

Ten dramat jest zdefiniowany przez pewien tragizm. Stworzenie nie wie, czy jest nielotem, czy jednym z tych gatunków, które wznoszą się hen wysoko, pod sam nieboskłon. Codziennie, wielokrotnie, powtarza swoje próby. Stara się uporczywie polecieć. Często musi walczyć z samym sobą. Mierzyć się z przytłaczającą beznadzieją, która przypomina – po tylu przymiarkach jeszcze nie odleciałeś, to wszystko jest bezcelowe, nic się nie zmieni. Dobija go niewiedza, czy w ogóle jego skrzydła mogą go ponieść.

Samodzielność dojrzewania postawiła go w sytuacji, gdzie nie ma osób, które podsuwają odpowiedzi pod nos. Część opieki rodzicielskiej przeminęła. Jedyna droga, by potomstwo mogło poradzić sobie z trudnościami w dorosłym życiu, to pozwolić mu samemu decydować i działać. Poprzedzone to będzie przejściowym okresem niewiedzi, braku jasnych wskazówek i wielu godzin szukania, upadania i powstawania.

Motorem tego ptaszka jest wewnętrzne, bardzo silne poczucie, by polecieć. Może jest to instynkt, może tylko chęć, może po prostu marzenie inspirowane wędrówką innych. W głowie ma ułożone kilka planów na możliwe trasy, pewnie multum wyobrażeń, jak wiele może się przytrafić takiej kruszynie, jak on. W tym wszystkim, on nie rozumie, gdzie znajduje się źródło tego wewnętrznego impulsu. Jest jedynie, boleśnie, świadomy jego dominacji nad innymi popędami. Codziennie poznaje siłę rażenia i uporczywość ataków impulsów „rób”, „próbuj”, „nie poddawaj się”.

Całkowicie irracjonalna nadzieja powoduje, że jakoś zbiera się w sobie. Przyjmuje pozycję startową, taką samą jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni i rozpędza się. Podskakuje, z całych sił, i zaczyna rozpaczliwie machać skrzydłami. Doświadcza tego błogiego, tak ulotnego, poczucia wolności, lotu, oderwania się. Kosztuje jego slodyczy, otrzymuje taki maleńki kęś. Udaje mu się przez kilka sekund utrzymać nad ziemią. Jednak spada, kolejny raz. Delektowanie zostaje bardzo brutalnie przerwane. Cudowne wspomnienie natychmiast poprawione o przykre zakończenie. Piękne kolory przeżywania otrzymują domieszki szarości, czerni i szkarłatu. Kolejny raz obite sobie skrzydła i ponownie pojawiające się pytania: po co w ogóle mu zostały dane, skoro wydają się tak bezużyteczne. Czemu coś go pcha do tych całkowicie niszczących prób.

Jak można się spodziewać, punkt kulminacyjny nie nadchodzi. Było by nim potwierdzenie. Upewnienie. Tak, kiedyś polecisz. Nie, nie jesteś ptakiem lotnym. Determinizm sytuacji, zamiast przyniesienia ulgi, każe dalej podejmować próby. W tym drobnym ciałku nie można zagłuszyć tego głosu wołającego: „próbuj”. Więc ptaszyna wciąż walczy. Czekając, z ogromnym utęsknieniem, na tę upragnioną chwilę wytchnienia – odpowiedź.

Do tego czasu…

Tylko wstaje, obity i zadrapany. Często coraz bardziej obojętny, działający jak maszyna. Jego stan oscyluje od poczucia, że jest dość silny, do stanu, gdzie myśli, że już więcej niepowodzeń nie zniesie. Poziom siły waha się od „jest jej wystarczająco” do „niezwłocznie uzupełnij zapasy”. Pozorne wyobrażenie, że upadek nie przybije tak mocno, zostaje szybko zweryfikowane przez trud, który prawie uniemożliwia wstanie o własnych siłach.

Nie można pojąć dlaczego tak bardzo chce się próbować, skoro zna się skutek. Po co się działa, próbuje, walczy. Dlaczego pomimo wyczerpania zrywami, upadkami i powstawaniem, ciągle odzywa się to silnie bijące serce. Dyktujące niezmiennie rytm życia. Nawet te odbijanie się od ścian, zamykających w danej sytuacji, nie pozbawia całkiem tchu. Cegły, które wypalane są z prób i trudności, w procesie wypalania dokonują zmian również w nas.

Jedyne, co nas trzyma i co pozwala nam unosić głowę, spojrzeć na niebo, to nadzieja. Że kiedyś się dowiemy.

OBNAŻONY Z EMOCJI

Czasem zostaje z nas zdarty płaszcz, mający okrywać nagość emocji, ich bezbronność i niewinność. One, skrywane głęboko, strzeżone pilnie, wypuszczane tylko, gdy nikt nie patrzy. Często trzymane na smyczy oraz zakute w kaganiec. Nie mające prawa głosu przy innych. Odbierana jest im wolność.

Twarze przysłonięte makijażem. Nakładanie podkładu bywa kojące. Znaki źle przespanych nocy, te foletowe sińce pod oczami, powoli znikają. Tusz odciąga uwagę od zapuchniętych oczu. Cień nadaje koloru oczom bez blasku. Szminka podkreśla usta, które nie muszą już dodatkowo uginać się w uśmiech, by zachwycać. Szara, nijaka twarz przemienia się w piękną, barwną, wyrazistą maskę, którą można pokazać światu.

Zakrywanie wszystkiego zdecydowanie uspokaja. Odciąga myśli.

Jednak przychodzą chwilę spotkań. Z tymi, którzy rozumieją. Przed którymi można odkryć karty. Sami mierzą się z podobną niewiedzą. Są wsparciem samą obecnością. Nie zawsze znają i dostarczą odpowiedzi na pytania. Rzadko kiedy z ich ust padają słowa całkowicie adekwatne. Jednak to powietrze wypełniające przestrzeń, gdzie się wtedy znajdujemy, przesycone jest gotowością. By słuchać, by być dla kogoś, by starać się zrozumieć i okazać wsparcie na miarę swoich, bardzo, ograniczonych możliwości. To wszystko uczy, że relacje często wykraczają poza bariery czynnego działania. Nie potrzeba pełnych zwrotów akcji działań, by zagrać skutecznie. Całe piękno i nadzieja tkwi w szczegółach.

Istotą jest cierpliwość, by poznać całą historię do końca, zanim zacznie się pouczać i dawać rady. Zamyślenie i zainteresowanie, gdy ktoś przyswaja i przetrwarza informacje dopiero co pozyskane. Próba dopasowania rozwiązania, nie dyktowana własnym doświadczeniem i wyobrażeniem, a krojona specjalnie pod osobę, do której mają być kierowane słowa. Cisza, która pozwala kontynuować opowieść bez presji, daje chwilę namysłu. Dzięki niej i w niej nikt nie karze zebrać się w garść. Brak w tym wszystkim także nachalności. Nie ma narzucania niepotrzebnej pomocy. Nikt nie odbiera samodzielności, nie wyręcza w mierzeniu się z problemami, nie myśli i nie podejmuje decyzji za nikogo. Prawdą, sednem jest deklaracja trwania obok, pomimo własnych trudności, pomimo niepokoju szytego przez własne lęki, pomimo chaosu wynikającego z własnych trudności. W tym morzu pełnym własnych niewiadomych, na mapie często tak różnych dróg, w ogniu tak wielu emocji – spotykamy się i trwamy, w tym, razem.

Razem szukając światła. Sami jesteśmy też płomieniami dla innych. Często nie robiąc nic, ratujemy wszystko. Przez jeden gest, jedno słowo, jedną chwilę przedłużonego milczenia, jedno powstrzymane działanie.

Gdy głos mi się załamał… Gdy wyznałam, że czuję się sama… Odważyłam się powiedzieć to na głos. Znają mnie, wiedzą, że przychodzi mi to z trudnością. Dziękuję za ten krótki uścisk dłoni. Znaczył on w tej sekundzie wszystko. Niósł wyłącznie miłość. Podpartą troską, życzeniem, by się ułożyło, wiarą w to, że sobie poradzę, czynem, który przypomina – otwórz oczy. Jestem obok.

Był, jest i będzie. On i oni.

MAŁOŚĆ

Czasem człowieka dopada małość jego życia. Małość sensu jego istnienia, jego miejsca na tym świecie, jego siły i zasięgu działania. Małość mikroskopijności zmian wywartych przez przeżycie kolejnego dnia, jako ciągu logicznych, spójnych wydarzeń nazywanych egzystencją. Budzi to lęk, zagubienie, złość, poczucie bezsilności.

Zaczynamy się wtedy mierzyć z pytaniami – czy da się coś z tym zrobić? Czy można sprawić, by ten nierówny podział dóbr na ziemi, nie był tak wyraźnie zarysowany? Czy da się zgasić w ludziach nienawiść, żądze władzy i posiadania czy kontrolowania, które pchają do wojen, bitw, starć, rozłamów? Czy jest możliwe przebaczenie i uzyskanie przebaczenia, pomimo kłótni, wieloletnich waśni, odmiennych stanowisk? Czy istnieją jakiekolwiek płaszczyzny porozumienia dla ludzi stojących na dwóch, zupełnie różnych, biegunach postrzegania jakiejś sprawy? Czy da się w sobie wyrobić postawę, która pomimo wyrywającej się z serca niezgody lub sprzeciwu, nie pozwala na obrażanie, bezsensowne krytykowanie, psychiczne ataki czy manipulację?

Czy są metody, by zaleczyć rany zadawane brakiem miłości? Czy da się wykarmić wszystkich tych, którzy teraz nie mają, kiedy my mamy za dużo? Czy da się kochać, szanować, pomagać?

Kiedy zrozumiemy, że egoizm nigdy nie sprawi, że pokochamy siebie i swojego życia? Że dyktowane nim zachowania nigdy zaprowadzą nas do upragnionego raju zwanego szczęście? W momencie, gdy my się bogacimy, ale ktoś inny ubożeje, sumienie odzywa się i przypomina, że każda akcja pociąga za sobą reakcję.

Sytuacje, gdy dbamy wyłącznie o własne interesy, odebrają naszej ocenie szerszą pespektywę. Nie potrafimy dostrzec, że mimo chwilowego stanu zadowolenia, na mecie wyścigu staniemy sami. Spełnienie nagrodą i bogactwem, które zostanie nam wręczone, nie znajdzie źródła ujścia przez brak możliwości podzielenia się tym wszystkim z kimkolwiek bliskim, bo przecież nikt nie został w trakcie biegu wliczony w czyjś sukces. Wszystkie chwile, gdy zwracamy uwagę wyłącznie na swoją osobę, powodują, że ludzie patrzą na nas z rezerwą i trzymają do nas znaczny dystans. Nie można zbudować bliskiej, wręcz, ośmielę się powiedzieć, jakiejkolwiek sensownej relacji, kiedy staramy się wejść w nią z nastawieniem „ja jestem w centrum”, „tylko ja się liczę”. Słuchaj o mnie, zachwycaj się mną, chwal mnie, pomagaj mi, dawaj mi poczucie bliskości, zaspokajaj, przytulaj, kochaj, pocieszaj. W tej relacji jesteś tylko ty sam. Ty i Twoje potrzeby, które nigdy nie zostaną spełnione, bo nikt nie pojawi się obok. Każdy będzie trzymany poza murami zamku, wzniesionymi przez egocetryzm i pychę.

Budowanie fortun, stawianie sobie pałaców, gromadzenie bogactw – to wszystko okaże się niczym. Wszystko zostanie zweryfikowane w momencie, gdy twoje życie będzie się kończyć. Wszystkie wspaniałe budowle, budowane na fundamentach pragnienia zaspokojenia wyłącznie własnych potrzeb runą jak domy budowane na piasku. Zalane falami samotności, bezsensu, żalu, wyrzutów sumienia, tęsknoty, nieuchronności tego, co ma nadejść. W tej chwili nic nie będzie mogło przywrócić ludzi, których się odrzuciło czy zraniło swoim postępowaniem. Zabraknie czasu, by wyjednać sobie przebaczenie. Sumienie zacznie krzyczeć tak głośno, wspomnienia zaczą przesuwać się tak szybko i wyraźnie. Serce pozostanie niewzruszone wobec prób znieczulenia i uciszenia. Pokaże swoją naturę i prawdę o pragnieniach, myślach. Nic też nie zgasi przerażenia wobec tego, co było ani strachu przez tym, co będzie.

Małość życia, które może być zgaszone jak zapałka. Czasem jedna decyzja innej osoby, jeden nierozważny ruch, jedna akcja dyktowana emocjami, jedno nieprzemyślane słowo, jeden nieodpowiedni gest może zaważyć na wszystkim, co defniuje czyjąś codzienność. Czas, którego nie można cofnąć. Życzenia, by naprawić to, co się zniszczyło. To wszystko często nie przywróci niczego. Niesprawiedliwość w tym, że czyjeś życie od pierwszych sekund jest zdeterminowane przez czyjąś osobę, moment dziejowy, miejsce urodzenia, zdrowie. Czynniki całkowicie niezależne i niepodlegające naszej woli powodują, że na starcie możemy być za kimś daleko w tyle, od początku pozbawieni jakichś możliwości. One wszystkie definiują nasze postrzeganie, przeżywanie, doświadczanie, perspektywy, ścieżki i późniejsze decyzje.

Małość w świadomości, że to zmiany rządzą naszym życiem. Że każdej następnej doby nasze ciało jest o jeden dzień starsze, nasz umysł o jeden dzień mądrzejszy, historia życia o jeden dzień dłuższa, serce nadwyrężone o pracę stu tysięcy uderzeń. Cudowny, wyższy gatunek ludzki mający wolną wolę, mogący podejmować decyzje, a jednak podlegający życiowemu determinizmowi przypadku, może przeznaczenia, wpływom innych, odpowiedzialności za siebie i za każdego człowieka dookoła.

Świadomość tego, jak świat wygląda. Wiedza jak wiele można zmienić i jak bardzo, pomimo tego, będziemy trwać w marazmie i stagnacji. Małość sensu naszego działania, bo w głowie zasiane jest pewne przekonanie, że nie można w żaden sposób wpłynąć na bieg wydarzeń rzeczywistości.

Może część z nas z lęku przed tą małością szuka uznania, sławy. Marzy o światowej karierze. Pragnie za wszelką cenę pozostawić po sobie ślad. Stara się wkroczyć w obszary, gdzie człowiek zyskuje realne, silne wpływy. Sytuacje, które dają nam możliwość realnego oddziaływania na ludzi, gospodarkę, władzę, psychikę. Stan, kiedy można wytyczać nowe szlaki, kreaować nowe postawy do życia, uczyć nowych idealogii, malować nowe postrzeganie świata, wskazywać na dotąd niedoceniane wartości. Ktoś może chce mieć znaczenie, pragnie widzieć rezultaty swoich działań, nie godzi się na małość swojej egzystencji. Popęd jest niezmiernie silny, zaspokojenie głodu bycia kimś popycha ku niewyobrażalnym czynom…

Czuję tę małość wobec świata. Ale wiem, jaką wielką ma one wartość, dopiero gdy spojrzy się bliskim osobom w oczy. Kiedy wejdzie się w miejsca, które łączą te mikroskopijne światy ludzkich egzystencji i dostrzeże się te życiodajne źródła – relacje, uśmiechy, uczucia, gesty. Dopiero z chęcią otwarcia się na miłość, dzielenia się dobrem i nadzieją wzbudzi się w nas wiara – w sens tego, że oddychamy, że zostaliśmy obdarowani, że możemy się dzielić. Mamy wybór: możemy chcieć walczyć z małością wobec wszechświata, albo odnaleźć wielkość w swoim życiu, gdzie każdy jest największym skarbem, który może kroczyć po ziemi.