UCZUCIA NIEKOCHANE

Przepraszam Was wszystkie, moje uczucia niekochane. Zagubiłam w pędzie uniesień sens Waszej obecności. Kłóciłam się z mądrzejszymi ode mnie, o to czy powinnyście istnieć. Sprzeciwiałam się pysznym okrzykiem niezgody na wasze towarzystwo.

Miałam w głowie wyśniony pałac swojej kruchej twierdzy. Chciałam kosztować najznamienitszych potraw, nie znając wcześniej smaku goryczy. Pragnęłam pachnieć wonią dobrodziejstwa, nie godząc się nigdy na konieczność obmycia twarzy ze śladów smutku. Myślałam o muskaniu gładkości, nieskruszonej przedtem przez nic, płyty marmuru, nie przyjmując próby zbliżenia się najpierw do szortkości niszczejących cegieł upadających murów kłamstw.

Otulona jedwabiem? Nie pozwoliłam najpierw spaść gryzącej wełnie z ramion. Sięgałam kosztowności, nie stając się nigdy uboga.

Pragnę Was wszystkie przytulić, moje łzy niechciane. Wymagałam od Was niemożliwej do uzyskania czystości. Chciałam wydestylować jedynie źrodlane związki, a na ściankach zamierzałam porzucić sól bólu. Zapomniałam o bezsmaku chwil, których nie można doprawić smutkiem skrapiających życie łez.

Chcę Was w końcu ugościć, moje zawodzące cechy mnie samej. Czy kiedyś zdobędę się na pozostawienie drzwi otwartych, byście mogły zamieszkać jawnie w moim życiu? Czy pozwolę sobie na serdeczność wobec Was, znienawidzonych? Kryjecie się w kanałach mojego domu. Czy tam jest wasze miejsce? Przecież jesteście. Byłyście. Będziecie. Zawsze niezaopiekowane i wykluczone. Łapiecie ochłapki, wyszarpujecie z mojego życia chwile. Doprowadzanie mnie do skraju wytrzymałości. Pozbawiacie mnie sił.

Bo jesteście tak bardzo niekochane. Więc jestem i ja. Niekochana.

Czy kiedyś Wam wynagrodzę brak uwagi? Czy uda mi się skryć Wasze twarze w rękawach akceptacji? Czy nadam Wam w końcu, bezpieczny dla was i dla mnie, zarys? Czy pozwolę Wam dekorować siebie głębią Waszego piękna? Czy zdecyduję się odnaleźć szlachetność szczerości, którą chowam za, malowanymi przez moją niechęć, szpetnymi maskami? Czy wydobędę kiedyś z Waszego skarbca krystaliczność niedoskonałości, która wyostrza kontury nietuzinkowe, która nadaje unikatowego kształtu krawędziom i która znaczy unikatowymi rysami powierzchnię mojej czy twojej osoby?

SKALANI ŚWIATŁOŚCIĄ

Są obok Ci.
Dla tego świata skalani światłością.
Drogowskazy dla reszty zgorszonych mrokiem.
Płoną nieswoim blaskiem.
Obstawiają strome schody drogi twojej wędrówki.
Nieruchomi, cisi i pokorni.
Towarzyszą Ci.
Obserwują i czuwają.
Twoi aniołowie?

Nie oceniają.
Nie poganiają.
Wiedzą lepiej od Ciebie ile wysiłku i pracy wymaga wspinaczka.
Z tyłu głowy potrafią szacować trafnie.
W porównaniu do Ciebie.
Miarkują sprawnie tempo, którego powinień się trzymać.
Takie, przy którym nie słaniałbyś się na nogach.
Takie, przy którym nie potykałbyś się ze zmęczenia.
Nie upadał z braku sił.
Nie łapał ostatkiem sił płytkich oddechów.
Nie omdlewał z niedotlenienia.

Czy nie chciałbyś powstrzymać człowieka, który robi sam sobie krzywdę?
Czy nie próbowałbyś chwycić za nadgarstki gorliwych dłoni, które rozdrapują strupy niemogących się zagoić ran?
Nie pragnąłbyś otrzeć łez bezsilności?
Nie czułbyś wewnętrznego przymusu przytulenia osoby złamanej samotnością?

Oni się tego nie boją.
Są, może istnieją dla innych.
Skalani światłością,
bo miłość została znienawidzona i odepchnięta.
Wzgardzona i wyśmiana.
Poddana w wątpliwość i porzucona.
Opluta i stłamszona.
Pozbawiona głosu,
z wyłączonym zasięgiem,
uszami niezdolnymi do słuchania
dotykiem, który nie potrafi sięgnąć tego, co najwrażliwsze.

Chcą musnąć
Twój ból i pustkę.
Chcą zrozumieć i pomóc.

Zamiast tego
gładzą chłodne kamienie Twojej obojętności,
przenikają próżnię zaklejającą dziury wyłączonych emocji,
kładą opuszki na niemych wołaniach „zabierz to, zmień mnie”.

Pozwalają oparzyć się Twoim płomieniem,
który przecież Cię chroni.
Zabezpiecza Cię przed tym, by ktoś
przypadkiem nie zbliżył się za bardzo.
Zapewnia, że nikt nie przeniknie wzrokiem maski fałszywej,
codziennie ciasno podklejanej, bo codziennie okazuje się
niedopasowana do Twoich rysów,
więc odchodzi,
odsłania i przepuszcza.

Dla nich to normalnie by być.
By wierzyć w miłość.
By działać w jej duchu.
By poświęcić jej swoje życie.

Nie widzą innej możliwości.
Wiedzą, że gdyby postąpili inaczej, nie byli by szczęśliwi.
Wymaga to poświęcenia.
Ale te poświęcenie jest jedyną możliwością.
By ratować.
Opatrywać
Pomagać.

Spojrzycie na ich dłonie.
Zwykłe, spracowane dłonie.
Niezbyt piękne.
Niepociągające.
Nieidealne.
Z bliznami.
Z doświadczeniami odciśniętymi na skórze.

One są śladem ich własnej walki.
Tej, którą toczą o siebie.
Wszystko po to, by później móc bić się o innych.

Są cichymi aniołami bez skrzydeł.
Unoszą się ponad, mimo, że nic ich nie winduje.
Otaczają opieką głębszą, niż lokum utkane z białych skrzydeł.
Zapraszają do zmiany, zawsze w przyszłości.
Chcą dawać nadzieję na teraz.

Nie skarżą się.
Nie proszą za głośno.
Nie krzyczą z oburzenia.
Nie burzą ścian budowli ze złości.
Nie gardzą nikim.

Ale też nie są nie do złamania.
W środku nieustannie wołają o siłę i niemożliwe umocnienie.
Niszczą mury pychy i zaniedbania.
Kłamstwa i braku.
Pozorów i krzywd.

Nie zgadzają się na zabójstwo światła.
Nienawidzą łez i nieposzanowania.

Pełni kontarstów.
Może sprzeczni.
Ludzcy.
Prawdziwi.

Cudów nie ma.
Podobno.

Ale oni codziennie zmieniają świat odrobinę na lepsze.
Zostawiają ten mały kawałek swojej osoby w sercu kogoś innego.
Tak potrzebującego.
Uczą kochać.
One same żyją wyłącznie dla miłości.
Dziękują na okrągło za wszystko.

Choć szczerze to my powinniśmy przynajmniej raz podziękować im.
Za to, że walczą o niemożliwe.
Za to, że zasiewają dobroć nienachalną.
Za to, że nie uginają karku pod ciężarem niechcianego odrzucenia.
Za to, że przy tych naszych schodkach wyciągają dłoń.
Tę, która według tego świata nie czyni cudów.
Tę, która, w moich oczach, codziennie czyni cudów za dużo, by mogły zostać dostrzeżone przez niewprawione oko.

ZACHŁYSNĄĆ SIĘ DELIKATNOŚCIĄ

Są takie chwile. Nieskażone żadną gwałtownością. Rozdzierające przykre emocje swoją delikatnością i nienachalnością. Budzące najbardziej zaniedbywane nadzieje.

Zdarzają się czasem takie momenty, gdy znaczące ślady łez wrażliwości zostają wytarte korytarzami nurtem wolno płynącego czasu. Jak, jakkolwiek, opisać coś, cokolwiek, bez żadnego zrywu? Postępującego tak płynnie? Sunącego z taką gracją? Nucącego tak melodyjną pieśń? Grającą po tych najczulszych strunach świadomości? Szukającą słów niedorzecznych, nieużywanych czy nietuzinkowych, zagubionych w świecie szortkim i chropowatym.

Te momenty są dotykiem. Dotyk jest taką chwilą. Delikatność jest dotykiem. Dotyk jest subtelnością.

To jest po prostu oddanie. Oswojenie. Odnalezienie bliskości i głębi trudu zbliżania. Smakowanie owoców szczerości bycia. Muskania oddechu istoty. Płonące ukojenie. Zawodząca tęsknota. Zapomniana wiara.

Urwanie i przedłużenie chwili i historii. Podział oraz unifikacja jedności oraz szczątków. Akceptacja jak również pogarda niedoskonałości wraz z ideałem. To wszystko tka półprzezroczysty jedwab, mogący okrywać wstydliwą nagość i mający siłę zdzierać pancerze otulające szorstkość strachu.

Materiał, który unosi się kilka centymetrów ponad powierzchnią skóry czeka na pozwolenie. Za zgodą przesunie się milimetr bliżej. Po podjęciu kolejnej decyzji podjedzie kolejny krok w naszym kierunku. Jeśli zburzy się kolejny mur oporu prawie zapuka do drzwi. Gdy zaakceptujemy ryzyko, te nie do uniknięcia, przekroczy próg i finalnie otuli. Kruchość. Twoją.

Przebiegnie niespiesznie, w całkowitej wolności, pod dyktaturą wyłącznie swobodny, po Twoim ciele. Szarpnie za wszystkie komórki nerwowe, oczyszczając połączenia między nimi. Ukoi rozdygotane serce, wybijając żwawszy rytm marszu. Potwierdzi Twoje obawy, wylewając balsam spokoju. Przypomni jak to jest skryć się bezpiecznie w ramionach, które nie są niczym pewnym.

Czy otworzy serce? Pozwoli Ci zadecydować. Obok wytrwa. Cienie Twoich obaw muskać będzie, a światło zagubione odnajdzie. Mrok rozświetlić może, za drzwi Twojego domu każde „ale” i wszystkie „to się nie uda” wymieść jest w stanie.

Odetchnij świeżością. Zachłyśnij pięknem. Oczaruj wybaczeniem. Pokochaj ulgę. Nie odrzucaj.

KOMIZM FATALISTYCZNY

Bezradny śmiech, pełne rezygnacji wzruszenia ramionami i potrząsanie głową z niedowierzaniem. Taką reakcję wywołują we mnie starania, by spisać prawa żądzące moją, i poniekąd ludzką, rzeczywistością. Jednak liczba paradoksów rośnie nieubłaganie każdego dnia. Zbiór pytań i problemów bez jasnych rozwiązań czy prostych odpowiedzi mnoży się wykładniczo. Jedno jest pewne – ja, jako człowiek, czuję ograniczenie swojego umysłu i pojmowania. Nie potrafię wyjaśniać, nie umiem doszukiwać się sensu, nie mam żadnych mocy, by rozwiewać jakiekolwiek wątpliwości. Mogę tylko mówić: nie wiem i pewnie szybko się nie dowiem. Mimo to nieustannie szukam i pytam. W zamian znajduję coś, co jedynie w minimalnym stopniu rozjaśnia mi w głowie. Rzadko kiedy otrzymuję informację zwrotną choć odrobinę przystępną w odbiorze.

Postaram się teraz wyjaśnić o co mi chodzi. Chociaż wyjaśnić niewytłumaczalne? Brzmi niebezpiecznie, ale co tam. Challenge accepted.

Dostrzegam dwa, niedające się z pozoru pogodzić zbiory prawideł i twierdzeń. Tych dotyczących makroświata. Ogólnych, uniwersalnych. Nieobejmujących istnienie ludzkie. Przekraczających wyobraźnię, wychodzących poza zasięg naszego społeczeństwa. Dotyczą one bytów przewyższających majestatem każdą piękną rzecz, którą wytworzył człowiek. Poruszających głębiej niż dzieła spisane przez najwrażliwszych z uczuciowych istnień ludzkich. Obezwładniających nas siłą swojego panowania, bezwględnych w nieporuszoności wobec biegnącego czasu, trwałych i także zmieniających się, statycznych i zarazem zmiennych, poważnych i z pozoru bez twarzy. Dla nas, one istnieją może bez sensu. W naszych oczach, myślowo, one mogą zniknąć i nijak nas to nie obejdzie. Wyrzucamy z pamięci wielkość prawdy kształtującej wszystko dookoła, by móc skupić się na aspektach iście mikroskopijnych.

Przechodzimy do praw dotyczących pyłu. Obejmujących jedynie popiół i niestałość. Dotykających nietrwałości i ulotności czegoś tak fenomenalnego i tak przedziwnego. Wkraczamy w strefę „życia”.

Nasze malutkie, chyba mało nieznaczące reguły obowiązują jedynie, gdy pod lupę bierzemy tylko planetę Ziemię i w tym układzie izolowanych zaczynamy czynić obserwacje pewnych cząstek. Takich śmiesznych atomów społeczeństwa jakimi są ludzie. Postawa wobec nas w tych badaniach musi być zupełnie inna od tej, która ma zastosowanie w eksperymentowaniu z trwale nieożywioną materią, złożonej niby z tych samych pierwiastków jak my.

W tym naszym ultramałym świecie przedmiotem opisu przestaje być poniekąd materia. Nagle rozważamy coś takiego fale świadomości, kierunki myślenia, źródła doświadczenia, skutki emocji i szlaki uczuć. Dotykamy się czegoś, czego nie da się zmierzyć. Coś, czego skutki możemy wyłącznie obserwować. Coś dającego niepewne, szacunkowe pomiary, które zawsze mają w sobie znaczącą niepewność. Wykraczamy poza naukę, poza uniwersalizm, poza bezwględność i przekreślamy surową zero-jedynkowość.

Może łączy nas ze światem dookoła umiejscowienie w czasoprzestrzeni? Może te zdarzenia, które można przypisać bytom nieożywionym, są spoiwem z naszymi historiami życia.

Czy da się pogodzić te prawa nauki i uczuć? Czy można znaleźć konsensus pomiędzy surowymi prawdami o materializmie i względnemy szacunkami szeroko rozumianej ludzkiej duchowości?

Czasem w to szczerze wątpię. Jedyne, co nasz trzyma przy życiu to wiara w jakieś idee. To co nas motywuje to sens, który często sami kreślimy lub, który odnajdujemy przez przyjęcie wcześniej spisanych zasad. Przeróżne światopoglądy, niezliczone bożki: pieniądze, posady, ambicje, cele, marzenia. Dopełnia to przynaleźność do mikrospołeczeństw o konkretnych postulatach. Tylko one nadają nam w posiadanie własne miejsce we wszechświecie, ofiarują nam pewność istnienia, uspokojają po części nasz niepokój i lęk.

Wszystko sprowadza nas do pytania „po co”? Bo Wielki Wybuch to jedno z wydarzeń, które mogło się stać, więc po odpowiednio długim czasie się stało? Ale jak prawdopodobieństwo może się tyczyć okresu kiedy czas i miejsce nie istnieje? Którym wymiarem jest decyzja o tym jaki wariant drogi czy który kierunek świata obrał? Czy można mówić o prawdopodobieństwu, gdy nie ma puli rzeczywistości, nie ma przestrzeni wyborów?

A nawet jeśli mógł się stać, to po co do puli wydarzeń dorzucono istnienie? Dlaczego mogę wznieść oczy ku niebu i zachwycić się pięknem przeszłości zakodowanym w promieniowaniu gwiazd? Z jakiej racji mogę przywoływać w pamięci uśmiechy osób, radość z zawiązywania relacji, nadzieję płynącą z rozmów z bliskimi, poczucie bliskości przenikającą drobny gest i oddać się tej szczerej, bezgranicznej świadomości, że to jest to? Że tutaj mam swoje miejsce?

Mogę być zakochana w ludziach, zakochana w świecie, zakochana w nauce, zakochana w logice, zakochana w uczuciach, zakochana w historiach, zakochana w wierze i zakochana w ideach i to nijak się nie wyklucza. Czy odkryłam to jedno spoiwo łączące wielkie i małe prawa świata? Czy może właśnie oddałam się kolejnej ułudzie histori wymyślonej przez ludzką wyobraźnie? Tylko po co ludziom została dana wyobraźnia? Dlaczego ewolucyjnie wykształciliśmy wiarę, która pozwoliła nam przetrwać? W jakim celu szukamy sensu?

Każdemu kontraargumentu w mojej głowi wychodzi na przeciw jedno, wielki pytanie po co? Te, na które jeszcze żaden człowiek nie dał mi pewnej odpowiedzi. Ba, nawet moja wiara jest czymś niepewnym! Z czasem, kiedy czas przeminie, kiedy czasoprzestrzeń wyparuje, a moje istnienie straci swoją historię i zapis w czarnej dziurze, przekonam się? Bo może moja wiara jest słuszna? Ja wierzę, że jest. Czuję, że jest. Myślę, że jest. Codziennie, szczerze i namacalnie stykam się z tym, co budzi we mnie radość i miłość do każdego dnia. W tym otrzymuję odpowiedź, że wszystko jest po to, żeby doświadczyć piękna i posmakować cudowności historii, decyzji, wolnej woli i oklepanej, wielokrotnie definiowanej, ale kluczowej wiary i miłości.

NOC

Wstrzymaj oddech. Zatrzymaj się. Zamknij oczy. Uspokój rytm serca. Ucisz huragan myśli. Zapomnij o przeszłości. Przestań zadawać pytania o przyszłość. Skup się na tym co jest tu i teraz. Zatrać się w chwili. Ucieknij od świata. Wejdź głębiej w rzeczywistość.

Bo tak piękna jest noc, rozświetlana przed pojedyncze światła. Również tak tajemnicza i skryta. Ona, zakrywająca wszystkie skazy świata. Niedostępna dla ludzkich oczu. Otwarta dla każdego oddechu, subtelnego dotyku, czułego gestu, lękliwego słowa, nieśmiałego pragnienia i najmniejszej myśli. Pozbawia nas pewnej orientacji. Wystawia nas na jakieś zagrożenie. Grozi nam nieuchronnym schyłkiem doby. Przypomina o kolejnym okresie, który bezpowrotnie przeminął. Wprawia człowieka w stan melancholii. Zawiesza nas w niepojętej zadumie.

Noc. Tak silnie szarpie za struny naszej świadomości. Tak mocno uderza w bęben życia, wybijając ten sam rytm, co nasze serce. Tak brutalnie potrząsa nami za ramiona i krzyczy: „obudź się”, gdy nasze oczy się zamykają za sprawą panującej dookoła grobowej ciszy. Tak swobodnie penetruje miejsca, w których nie ma źródeł światła, przez co chroni nas przed oceną innych, przed konieczną wyjścia z tłumu, przed przymusem bycia aktywnym. Tak kusząco zachęca nas, by pozostać w bezruchu, zniknąć, stać się tłem, wtopić się w otoczenie. Przestać na chwilę być.

Gdy noc przychodzi nas, przyprowadza ze sobą naszą wrażliwość. Ciągnie za sobą naszą kruchość. Wyciąga na światło nocy nasze marzenia. Naśmiewa się z naszych niepowodzeń. Dobija nas w naszym zmęczeniu. Wystawia na próbę naszą odwagę i nasze męstwo.

Albo walczysz, uciekasz myślami daleko od siebie, zapychasz głowę faktami, stymulujesz ciało bodźcami, albo przyjmujesz to, co może zostać w ciebie wycelowane. Pozwalasz na wzbudzenie w sobie zachwytu drobnostkami, bo całokształt został przykryty mrokiem. Nie bronisz się przed słuchaniem swojego oddechu, zestrojonego z własnymi emocjami. Nie starasz się zatrzymać fali myśli, przenikających ściany mające chronić cię przed zewnętrznym światem. Pozwalasz nierealnym obrazom, kreślonym przez przewidywania, plany czy pomysły, kolorować chwilową rzeczywistość pozbawioną barw i odcieni.

Nie potrafimy znieść myśli, że to, co jest dookoła, może być pernementnie pozbawione wyrazu. Nie umiemy przyjąć, że kołysanie uczuciami, szarpanie zrywami skrajnych emocji, może być naszą ułomnością. Nie godzimy się na to, by pozbawili nas chęci do działania, wiary w wartości, piękna doświadczania codzienności, otwartości wobec ludzi, pragnienia robienia tego, co lubimy.

A może możemy?

Może wcale nie jesteśmy tak silni i zmotywowani, by trzymać tę iskrę życia w sobie? Może nasza kruchość nas przybija? Może nasza delikatność nas męczy? Może nasza wrażliwość nie pozwala nam odnaleźć wewnętrznego spokoju? Może wszystko, co w nas siedzi, zagłusza piękno chwili?

Czym jest to coś? Czym jest ten głos? Chciało by się go przyrównać jak do pewnego wołania, rozbrzmiewającego na pustyni samotności nocy. Będacego w komórkach, które się nieustannie dzielą, płucach, które non-stop filtrują powietrze i wyłuskują pojedyncze molekuły tlenu, neuronach, które w każdej sekundzie przekazują sobie tony informacji, mięśniach pozwalających na każdy świadomy i nieświadomy ruch.

Czym są te łzy, które tak często płyną po twarzach? Czym są te myśli, które kierują nas w rzeczywistość wykraczającą poza empiryczne doświadczenie? Czym są uczucia, które przewyższają nasz umysł w sile i w działaniu i które tak często pozbawiają nas zdolności szacowania, oceniania, analizowania, przetrwarzania, kreowania tego, co jest najważniejsze? Czym są te idee, które nadają każdemu atomowi znaczenie? Czym jest historia ogółu, a czym ta jednostkowa i personalna?

Czym jest to wszystko, co posiadamy? Czym jest to nic, którego nigdy nie zdobędziemy?

Czy jest to wszystko, o które tak usilnie walczymy? Czy jest to nic, które tak często ignorujemy?

Czy jest to wszystko, które wydaje się nasze? Czym jest to nic, które, jako jedyne, nam bezapelacyjnie przysługuje?

BEZ HISTORII

Aktualnie żyjemy w codzienności bez historii. Każdy dzień wydaje się być jednakowy, nudny, nijaki. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie z monotonią, jednostajnością i szarością, przez co poddaje się i przestaje walczyć. Nieustannie też poszerza się grono ludzi wyklinających każdy dzień. Stajemy się coraz wrażliwsi na własne emocje i uczucia, coraz bardziej stęsknieni interakcji, coraz delikatniejsi wobec dotyku obecności kogoś obok.

W myślach nieustannie prosimy o zmianę.

Pragniemy, by, na nowo i też ponownie, wydarzenia w naszym życiu były kreślone także przez innych. Perspektywa samorealizacji, która pojawiła się w czasie izolacji, szybko spaliła na panewce. Chwilowe zachłyśnięcie się większą ilością czasu, wynikającą z wyeliminowania dojazdów, możliwością siedzenia cały dzień w dresie lub piżamie i opcją nieruszania się na więcej niż kilka metrów od łóżka, by wypełniać swoje obowiązki, szybko przeminęło i oklapło. Pozornie błogie odetchnięcie od tłoku prawie natychmiast zmieniło kurs naszych pragnień. Spowolnienie rzeczywistości, o którym tak często, może, kiedyś marzyliśmy, trwało na tyle długo i było na tyle skuteczne, że codzienność wytraciła jakikolwiek pęd. Przeciągająca się stagnacja i codziennie rosnąca pozorna bezwładność, powoduje, że coraz trudniej jakkolwiek poruszyć, od wewnątrz, układ, by zaczął się toczyć. Wołamy o tę zewnątrzną siłę, która, w końcu, wyrwie nas z tego stanu zawieszenia i na nowo wprowadzi świat w ruch.

Możliwości pochylenia się na dłużej nad pasją, szansa odkrycia nowych obszarów do rozwoju czy sposobność efektywniejszego poszerzania wiedzy, okazała się niezadowalająca. Mimo ławtych do zaobserwowania rezultatów, jest w nas pozostawione głębokie i dojmujące poczucie niepełności. Piękno odkrywania, poznawania, działania niesie ze sobą potężny brak i głuche pustkowie.

Apatia w społeczności. Bo nie ma teraz: słowa „my”, zaimka „nas”, przysłówka „razem”, czasownika „współpracować”, rzeczywistości „jestem obok”.

Możemy dostrzec, że historie naszych dni są pisane przez wydarzenia przesiąknięte zmianami otoczenia i, co najważniejsze, wypełnione, przewijającymi się przez nasze życie, ludźmi. Chcemy pisać całkiem nowe opowieści, w których spotykamy siebie nazwajem. Będziemy diametralnie różni od tych, którymi byliśmy przed pandemią, ale we wszystkich pozostanie coś stałego: pragnienie odkrycia, co to znaczy być człowiekiem.

Ewolucyjnie przetrwaliśmy, bo potrafiliśmy działać razem. Znani sobie lub nie, lubiani przez siebie lub czujący do siebie wstręt, spodziewający się po sobie jakichś cech lub kompletnie zaskoczeni osobowością drugiego człowieka, gotowi na zaufanie lub stroniący od bliższych interakcji. My wszyscy, skryci i cisi introwertycy czy głośne i pewne siebie dusze towarzystwa, widzimy, że, bez siebie nazwajem, nie radzimy sobie. Potrzebujemy siebie.

Po sobie widzę, że chociaż mam motywację, by zastąpić różnymi rzeczami i działaniami to, czego mi brakuje z powodu ograniczonych interakcji, to jednak nie potrafię odaleźć głębszego sensu w swoich inicjatywach. Dochodzę też do wniosku, że nasze pasje nie są tak egoistyczne, jak mogły się kiedyś wydawać. Wszystkie przeżywane chwile powinny być, w odpowiednich proporcjach, dzielone z właściwymi osobami. Część z nich ma swoje miejsce na dnie serca i odkrywane są jedynie w chwilach samotności, tylko przed samym sobą. Jakiś ułamek naszej historii cechuje się byciem widocznym dla każdego. Pewien komponent z wydarzeń powinien być opowiedziany znajomym. Inne ogniwo prawdy o nas powoli, warstwa po warstwie, jest odkrywana przed tymi, z którymi buduje się bliższe relacje, stopniowo ufając coraz bardziej.

Czujemy tę miażdzącą dysproporcję. Wielu pewnie myśli o tym, jakie historie będzie chciało w końcu napisać, gdy zostanie im wręczone z powrotem pióro do ręki. Każdy z nas wie, co dla niego okazało się najważniejsze i za czym najbardziej tęskni.

Znajdą się tacy, którzy mają jakieś oczekiwania wobec przyszłości. Takie, na których może się przejadą, ale pewnie także te, dzięki którym na nowo odnajdą sens codzienności. Gdy wyjdziemy z tych fikcyjnych klatek, będziemy szukać brutalnie odebranego nam słońca, które rozświetli nam dzień. W chwilach nieznanej ciemności i mroku odnajdziemy nowe, własne konstelacje gwiazd i niespotkany wcześniej, piękny księżyc, który pozbawi lęku przez kolejnym wschodem i nastaniem nowego początku doby.

Zaskoczenie spontanicznością gestów, ekscytacja wynikająca z poznawania kogoś, zaciekawienie pojawiające się przy uczeniu się gestykulacji i mimiki czyjejś osoby, radość budząca się w nas podczas spotkań, szczególnie tych mających następować codziennie. Jedne z tak wielu okruchów, które będą mogły nas nakarmić do syta.

Większość z nas trzyma w pionie nadzieja, że ten pokarm istnieje, jest realny. Wiemy gdzie szukać tych drobinek. Nie wiemy tylko, w której chwili nastąpi przełamanie, kiedy nastąpi ta nowa codziennośc.

Dlatego nie można wykorzeniać z siebie tęsknoty. Ona przypomina nam co to znaczy być człowiekiem. Podkreśla, jakie cechy leżą u źródła naszego jestestwa. Przywołuje w naszych umysłach obrazy, które rezonują w nas słowami: żyj, oddychaj. Boleśnie wskazuje nam, że sami, nawet jeśli zostaniemy postawieni w centrum świata, nie przetrwamy. Po prostu potrzebujemy innych. Potrzebujemt bliskości. Potrzebujemy wrażliwości. Potrzebujemy nadziei. Potrzebujemy szeroko pojętej miłości, sympatii czy przyjaźni.

WSPOMNIENIA

Nasz mózg jest bardzo oszczędny w przydzielaniu pamięci. To wyjaśnia, dlaczego wspomnienia, z czasem, tracą na wyrazistości oraz bogactwie obrazów. W sieci neuronów naszego mózgu potrzymywane są tylko ścieżki wytyczone przez główne myśli związane z danym wydarzeniem. Dlatego w głowie pozostaje jedynie clue całej historii, a klatki urywek scen blakną, kontury postaci stopniowo są rozmywają, emocje gasną w swej intensywności.

Można postawić smiało tezę, że wspominanie pozbawia nas szczegółów. My, jednak, decydujemy się na te straty, by móc wracać do przeszłości. Chcemy ożywiać historie już przeżyte, podtrzymywać w naszym umyśle obecność osób, które odeszły z naszego życia, zatrzymywać przemijalność czasu i nadawać znaczenie wszystkiemu, co nam wydaje się ważne, a na tym świecie nie odciska to żadnego piętna.

Ostatnio często rozważałam, czy przypadkiem, lub celowo, sztucznie nie nadałam znaczeniu niektórym wydarzeniom. Czy faktycznie jakieś spojrzenie lub słowo mogło by coś zamieszać w pozornym porządku mojego życia? Czy ta, kilkukrotnie przeciągnięta w czasie, sekunda faktycznie coś skrywała?

Niestety, wrażliwość zbyt często podkręca wagę gestów i komunikatów. Większość powie, że na pewno to był jedynie nieistotny detal. Jednak dla tych wyczulowych może być to sygnał informujący o nieuchronnie zbliżającej się porażce lub jawna przesłanka, która może wywróżyć chwalebny sukces.

Mimo to, często polegam na własnym osądzie, ocenie i spostrzeżeniach. Jednak dopiero się uczę. Na pewną liczbę trafień, przypada dwa razy tyle pudeł i potknięć. Też nie uniknę wielu twardych i bolesnych zderzeń ze ścianą, w chwilach, gdy pod osłoną cienia miał się rozciągać długi korytarz perspektyw, a okazało się, że nie jest to nic, poza ślepym zaułkiem.

Teraz mogę rozpamiętywać, by szukać odpowiedzi na tamte sytuacje. Wracać pamięcią do przeszłości, która blaknie, przez co coraz mniej mogę z niej wyciągnąć. Dlatego pozostaje mi często jedynie się uśmiechnąć, do tego, co niesie, po prostu, pozytywne emocje. Uwalniam te wspomnienia z kajdan, które próbowały wymusić na obrazach pokazanie innej twarzy rzeczywistości. Tej istniejącej za sprawą moich życzeń i chęci. Nie pozwalały myślom dojrzeć, umysłowi się oczyścić, głowie odpocząć. Teraz chcę je wypuścić, a sobie pozwolić zamknąć jeden temat.

Bo za każdym razem, gdy zamyka się jedne drzwi pomieszczenia, trzeba otworzyć kolejne, by móc przejść dalej, do następnych segmentów budynku. Nie uniknie się poszukiwania furtek, które można otworzyć. Będzie wiele prób jak daleko można zajść i gdzie można dotrzeć. Sprawdzi się też wytrzymałość kłódek, które na pierwszy rzut oka blokują drzwi. Niektóre będą założone jedynie prowizorycznie. Odstraszają pozorami, bo tak na prawdę są liche i nie spełniają należycie swojej funkcji. Często są one jedynie mimetyczną przeszkodą, tak łatwą do przeskoczenia. Odrobina siły, jeden zdecydowany gest, podejście do problemu i odwaga, by się czemuś przyjrzeć i coś zdziałać.

Często sama perspektywa zamknięcia wystarcza, by porzucić próbę otwarcia.

To, co teraz otwieram, może zaprowadzić mnie w miejsca niesamowite. Boję się tego, ale też mam jakąś głęboką nadzieję, że drogi znów się przetną. Może tak ma być. Może dokładnie dlatego wszystkie niewiadome wiodły ku temu miejscu, gdzie stoję. A może znowu piszę nierealne scenariusze, które tylko dają ułudną nadzieję na coś… Dlatego uwalniam te wspomnienia. By nie dawały nadziei krępującej, zamykającej na konkretne plany. Jedynie pobudzającą ekscytację, ciekawość i ogromną chęć. Tę do działania. Tę do czynów. Tę do prób. Tę do nauki.

RODZIC

Do czego porównać ten pełen miłości wzrok, którym obdarza jedyną, mającą zawsze niepodzielnie królować, księżniczkę w swoim życiu – córkę? Jak opisać ułożenie mięśni na przedramionach, gdy dłonie się szeroko otwarte, by w każdej chwili pochwycić dziecko w locie, byle nie upadło na ziemię przy swoich urokliwych wygibasach? Czy istnieje jakikolwiek odpowiednik momentu, gdy córka otacza szyję ojca, smyra go po brodzie i śmieje się, że na twarzy rodziciela wyrosła śmieszna drapaczka, a sekundę później wtula się w szeroko rozpostarte ramiona? Czy istnieje większa ufność, niż dłonie dziecka wyciągnięte ku matce, która, nie ważne co się wydarzy, nie będzie nigdy obojętna na te ogromne łzy, wolno płynące po twarzy?

Jak nie zachwycić się faktem, że wychowanie dziecka to całkowite, bezinteresowne oddanie swojego życia tak kruchej i bezbronnej istocie? Tym nieustannym dawaniem wszystkiego, co w nas samych najcenniejsze, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian? Dla rodziców oddech dziecka, uścisk malutkiej dłoni i rytm pokracznie stawianych, dwa razy krótszych kroków obok własnych jest rekompensatą z niepotrzebnym naddatkiem za awantury, nieprzespane noce i nerwy wynikające z braku jakiegokolwiek czasu dla siebie.

Ostatnimi dniami żyję w zupełnie innych, trochę odjechanym świecie. Na kartach książek sunę po miejscach odległych od Ziemi o miliony lat świetlnych. Pozwalam się oczarować faktom, dotąd nigdy wcześniej mi nie przedstawionych. Wykorzystuję swoją, raczej niemałą, wyobraźnię by naginać w umyśle czas, przestrzeń i wyobrazać sobie miejsca, których nigdy nie zbadam inną drogą niż interpretacją pomiarów rejestrowanych widm promieniowania elektromagnetycznego. Doświadczam tak wytęsknionych spacerów w miejscach, gdzie nie ma dosłownie nikogo, co jest niespotykane w miejscu gdzie mieszkam. Czuję tak długo wyczekiwane ciepło, które muska skórę, odsłoniętą przez zdjętą z ramion kurtkę, pozwalając na zapomnienie tego bezlitosnego, całkowicie nietolerowanego przez mój organizm mrozu. Odwiedzam tych, tak długo niewidzianych, tych, za którymi tak bardzo się tęskniłam.

Nachodzą mnie myśli, że możemy zauroczyć się prawie wszystkim. Moc poruszyć i przyciągnąć do siebie ma nieprzeliczalny zbiór rzeczy. Pasją, celem, hobbym może stać się każda rzecz, która pociągnie za właściwą strunę w nas samych. Taką dobrze zestrojoną z sobą samą, wbudzając wyraźny rezonans.

Jako młoda osoba, która ma w głowie zawsze więcej pytań niż odpowiedzi, pomysłów niż konkretnych planów działania, mórz niepokojów niż kałuż pewności, wyobrażeń niż przeżyć i sprawdzonych rozwiązań, szukam swojej drogi, którą pójdę. Czemu i komu poświęcę część życia, która jest zarezerwowana wyłącznie do „oddania” temu światu? Zdecydowanie zadania nie ułatwiają mi liczne zagadnienia, przy których nie jest możliwe uzyskanie wyjaśnienia. Najbardziej uwiera mnie chyba jedna myśl – po co jest to wszystko. Po co życie, istnienie, byt, posiadanie, łza? Rozważam wszystkie za i przeciw. Staram się spojrzeć na gatunek ludzki w perspektywie histori, biologii, fizyki czy wiary. Czeka mnie też wertowanie materiałów z filozofii, przegląd dzieł z historii literatury i kontemplacja sztuki i naszego dorobku kulturalnego.

Jednak czego bym nie zrobiła, główną rolę w moim życiu zawsze odgrywa serce. Czymkolwiek bym sobie nie zapchała dnia, ile bym sobie nie włożyła na głowę to z pewnością w trakcie dnia pojawi się pewien newralgiczny punkt, w którym to nie rozum dyryguje. Wtedy myśli zalewają mnie falami, emocje zostają spuszczone ze smyczy. Ta niemęcząca się pompa życiodajnej krwii uczy mnie tego morderczego tempa bicia serca. Świadomość, inteligencja, możliwość podejmowania decyzji, niekierowanych jedynie wewnętrznymi popędami… Jedynie kilka z tak mnogich aspektów, które ciągle mi przypominają, że jestem, że istnieję. Wrażliwość szarpie za płaszcz i rozrywa to wierzchne okrycie, utkane ze zdań: nie pytaj, nie zastanawiaj się, nie szukaj. Czegokolwiek bym sobie nie próbowała wmówić odnośnie tego, kim jestem i jakie jest moje miejsce, nie ważne jakich zasad czy reguł nie chciałabym w siebie wtłoczyć w sprawie tego, czym powinnam się kierować i jak patrzeć na sens swojej egzystencji, to ponad to wypływają na powierzchnie pewne, zaszczepione we mnie, mechanizmy, które jasno dyktują mi co robić.

Mogę posiąść ogromną wiedzę, ale jeśli zdobywanie jej odbędzie się kosztem zaniedbania osoby, która jest dla mnie ważna, to wiem, że ta wiedza nie będzie dla mnie nic warta. Jeśli zrezygnuję z kogoś, by pójść za egoistyczną pobudką: „ja chcę”, nic na tym nie zyskam, bo tracę coś o wiele cenniejszego. Nawet jeśli postawię wszystko, by działać w jakimś konkretnym obszarze, ale po drodzę zgubię ludzi, którzy są dookoła i przestanie mi zależeć na przyjaźniach, więzach rodzinnych czy ewentualnie potencjalnym związku – to każdy dzień, przeżywany w takim schemacie, w dłuższej perspektywie okaże się pusty.

Mogę próbować boksować się ze sobą, wchodzić na coraz wyższe szczeble trenowania siebie, by jedynie działać jako zwierzę, będące na szczycie łańcucha pokarmowego dzięki swojej ścieżce ewolucji. Mogę traktować siebie jako taką małą, nic nieznaczącą dla świata serię zdarzeń swojego życia. Mogę tłumaczyć sobie, że moja wiara jest jedynie ułudą, uspokojaniem niepokojów egzystencjalnych i próbą wmówienie sobie, że, jako ludzie, jesteśmy wyjątkowi. Te zabiegi jednak zawsze ulegają, wychodzącym na pierwszy plan, wrażliwości i pragnieniu kochania. Jest we mnie stanowczy sprzeciw wobec mydlenia sobie oczu, wynikający z tego, że serce pozostaje, mimo prób, nieprzejednane.

Dlatego korzystam z prawa wolności i wyboru. Mimo tego, co dookoła odczytuje w przekazach płynących ze świata, idę za tym co czuję. Wierzę, zachwycam się, uczę i pragnę. W bliskości między ludźmi widzę sens, w modlitwie odnajduję spokój i pewność, w nadziei zbieram swoje siły, by iść swoją drogą, w obcowaniu z ludźmi poznaję złożoność człowieka. Obserwuję, pytam, doświadczam.

Jestem głupia. Wobec ludzi, wobec siebie, wobec Boga.

Dlatego kocham. Wszystkie chwile, kiedy mogę zachwycić się Wszechświatem i swoją małością. Każdy jeden moment, gdy mogę zatopić się w dźwiękach pięknej melodii. Niezliczone sytuacje fałszowania przy śpiewaniu swoich ulubionych utworów, często w akompaniameńcie chaotycznego tańcza po pokoju. Uwielbiam każdy piękny wschód i zachód słońca, każdy zapierający dech w piersiach widok, każdy niepowtorzalny obraz wymalowany, jedyną w swoim rodzaju, grą światła. Cenię siłę i odprężenie, zastrzyk enforfin przy, tak przyjemnej, aktywności fizycznej.

I zdecydowanie kocham to, co w tym wszystkim jest dla mnie najważniejsze: spotykać ludzi. Być z nimi. Przytulać, rozmawiać, móc złapać za rękę. Obdarzyć uśmiechem, dać wsparie, przyjąć pomoc, doświadczyć niepowtarzalnej chwilii. Zatracić czas w spojrzeniu i wypowiadanym słowie. Cieszę się, że mogę widzieć, po prostu dostrzegać. Innych. Nie jedynie siebie w tym brzydkim zwierciadle egoizmu, które, i tak za często, występuje jako główny bohater mojego życia.

ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

DELIKATNOŚĆ

Jednego dnia chcemy burzyć ściany. Walić pięściami w mury i trząść fasadami budynków. Mamy w sobie gotowość, by, na jeden, krótki rozkaz, wyruszyć. Natrzeć z impetem i pewnością.

Za to drugiego… czujemy się tak słabi, krusi, delikatni. Zastanawiamy się skąd wczoraj w nas było to przekonanie o własnej niezłomności, skrytej głęboko sile i niechybnej wygranej.

W jednej chwili energiczni. Rozkoszukący się każdą sekundą. Pragnący wycisnąć, z nadarzającej się okazji, ile jest tylko możliwe. Pare zdarzeń później nie pozostaje z tej witalności nic, poza zmęczeniem i rezygnacją.

Nasza codzienność jest niczym rejs malutką łodzią po lekko falującym morzu. Unoszeni chęcią zmienienia świata, by zaraz doświadczyć chwili grozy opadania w dolinie fali. Możemy próbować to pojąć i udoskonalać jakiś wewnętrzny sensor, wykrywający najmniejszą zmianę ruchu łajby. Dzięki zauważeniu pewnych, tendencji, jesteśmy w stanie nakreślić możliwe potencjalne scenariusze rozwoju akcji. By być jeszcze lepiej przygotowanym na to, co ma sie wydarzyć, staramy się nauczyć na pamięć, morza naszej osoby. Wtedy nasze przewidywanie i szacowanie jest jeszcze trafniejsze i bardziej prawdopodobne.

Podejmujemy się tego, bo to jedyna możliwość, by być w miarę przygotowanym na nieznane. Tak bardzo lubimy wiedzieć. Zaglądamy do szklanej kuli naszej głowy, by odkrywać karty opowiadające o jutrze.

Działamy, jakbyśmy odrzucali fakt, że powierzchnia taflii jest nieustannie kształtowana przez pogodę, tak bardzo niezależnie od naszej woli. Codziennie drażniona przez subtelne podmuchy wiatru. Całkowicie odmieniana za sprawą gwatłownych zrywów wichury.

Mimo to nie poddajemy się. Czynimy wszystko to, co jest w zakresie naszych możliwości. Zwiększamy swoje szanse dobrego przeżywania każdego dnia.

Czasem jednak przychodzą takie dni, kiedy zdejmujemy z siebie presję gotowości do walki z żywiołem. Zamykamy oczy, kładziemy się na deskach pokładu i zatracamy się w chwili. Doświadczamy innego unoszenia. Kosztujemy smaku dryfowania i falowania. W takich chwilach, te kołysanie przez grzbiety fal koi nasz spracowany umysł, wycisza głośno kołatające, z nerwów, serce, rozluźnia napięte, od nieustannego utrzymywania równowagi, mięśnie.

Jak błoga jest chwila poddania się sobie. Częściowa rezygnacja z usilnego trzymania kursu, mimo wielu potencjalnych przeciwności.

Pozwolenie sobie na odpoczynek. Wyswobodzenie się spod jarzma nieustannych prób odpowiadania, szukania i przewidywania.

Wtedy, dzień bywa wyznaczany przez wędrówkę słońca po nieboskłonie. Noc rozświetlana jest przez, dodatkowe, morze gwiazd. Niezliczonych, odległych, pięknych, migoczących, unoszących się nad nami. Przyglądając się im, zapominamy o wszystkim. Podziwiamy. Kule ognia, będące tak wiele lat świetlnych od nas. Nieosiągalne dla nas. Nie do poruszenia. One nigdy się nam nie podporządkują. To my możemy, może musimy, ulec ich urokowi. I oczywistemu czarowi wszechświata.

W tych krótkich i długich, ulotnych i wolno płynących chwilach obserwacji nie musimy nic. Chłoniemy to piękno oczami, ciepło skórą, życiodajność oddechem. Ładujemy się na nowo. By walczyć i upadać. Znosić trudy i rozkoszować się zwycięstwami.

Mamy na uwadze jednak swoją mikroskopijność. Wokół nas są rozstawione znaki przypominające nam, że my, jako ludzie, mamy tak wiele barier, których nie przekroczymy. Próbujemy badać tak wiele rzeczy, jednak one są tak bardzo poza zasięgiem doświadczenia. Mamy niezmiernie bogate, ale także ograniczone pole poznania. Empirycznego i intelektualnego. Potrzebujemy sprzętów, maszyn, koncepcji, planów, wzorów i wiedzy. By pojąć.

Że jesteśmy tylko kruszynkami w świecie. Drobnym pyłkiem. Kochającym piękno organizmem, zamieszkującym jedną z miliardów galaktyk.

Taka małość, wewnętrzna, materialna czy intelektualna, pozwala zachwycać się wielkością rzeczy, które nie muszą się starać. By trwać, by być majestatyczne, by być ponad, by wywierać wrażenie. To jest wpisane w ich naturę. Po prostu takie są. My dzięki ich dominacji, mamy szansę uczyć się o cudowności. Warto pozwalać się fascynować. Każdemu dniowi. Każdej wędrówce świata. Każdej opowieści nieba. Każdej ścieżce słońca. Każdej historii człowieka. Każdemu biegowi promienia. Każdemu oddechowi życia.