KONIEC

Czy zawsze nastąpi dokładnie ten sam finał? Czy każda droga musi mieć ujście w jednym punkcie? Czy każde słowo wypowiedziane lub pomyślane wiedzie do konkretnej, jawnie zdefiniowanej wypowiedzi? Czy nad wszystkim wisi nieprzebłagalny, uciążliwy i niemożliwy do przeskoczenia determinizm?

Wydaje się, że kluczowym i zarazem najważniejszym, zagadnieniem jest to, jak należy zacząć. Wiedzieć z jaką prędkością ruszyć, co ile i jak szybko przyspieszać. Potem już powinniśmy podążać jednym torem. Jednoznacznie określonym i łatwym do ekstrapolacji. Przynajmniej tak uczy matematyka. Czy tak rzeczywiście jest?

Czy przypadkiem nie brakuje nam wiedzy, przez co nieustannie wpadamy w ślepe uliczki? Co jeśli niedokładnie zbieramy pomiary, które, zmierzone z większą uwagą, wyjaśniały by odchylenia od oczekiwanego przebiegu? Może jest tak, że nasze obliczenia i przewidywaia nie uwzględniły jakiś zmiennych i pewnych poprawek, które, zauważone, implikowały by pewne dodatkowe równania.

Naukowcy powiedzą, że to tylko wyidealizowane modele. Że rzeczywistość jest bardziej skomplikawana. Że nasz ruch jest skutkiem wielu zmiennych, których wpływu gołym okiem nie widać. Przynajmniej w ogólnym przypadku, bo jego skutki można obserwować w pewnych newralgicznych momentach. Niby ich liczba jest miary zero. Historia pokazuje, że, wbrew matematycznej logice, żadnego z nich nie można pominąć, żadnego zignorować, żadnego wykluczyć.

Bo prawda i przestrzeń mają kształty nieuchwytne dla badawczych oczu fizyków i zwinnych w liczeniu purystów matematycznych.

Oni wszyscy, jak jedno ciało, jedna mentalność, skupiają się wyłącznie na układzie. Badają fakty dokonane, rzeczy mierzalne i mogące podlegać eksperymentom. Nie patrzą na to, co było zanim wszystko ruszyło. Nie myślą o tym, co zostanie z punktu materialnego, gdy dotrze do kresu wytyczonej dla niego trasy.

Spójrzmy głębiej. Przejdźmy ślady historii naniesione do momentu, kiedy wciśnięto start. Ile znaków krzycących, żeby nie ruszano, żeby zrezygnowano z działania, kierowca zignorował? Przyjrzyjmy się także skrupulatności tych, którzy mają dbać o detale. Czy dokonano drobiazgowego przeglądu pojazdu i czy zbadano stan kierowcy? Czy wybrano najdogodniejszy ze wszystkim możliwych momentów? Czy zebrano tyle danych, by być, chociaż w sensownym stopniu, pewnym czegokolwiek i by uniknąć szukania na gwałt odpowiedzi dopiero w chwili, gdy cała, potężna machina nieodwracalnie ruszyła?

Kolejne idealizacje i oszukiwanie. Nie można wszystkich. Nie da się każdych. Nie odnajdzie się maximum. Nie zminimalizuje się niepomniejszalnych. Nieosiągalne. Poza. Nad. Pod. Za nami. Przed nami.

A my dalej ślepi. Dalej pewni. Dalej mądrzy. Dalej głupi. Dalej zatrwardziali w swoich przekonaniach.

Dla niektórych pewne przedsięwzięcia to koniec. Finisz i poddanie się. Głuchy smutek. Pozbawione nadziei oczy. Suche łzy. Puste ideały. Utracone marzenia i złamane serca.

POSTAĆ

Jesteśmy pewni siebie. Obydwoje. Stoimy wyprostowani niczym struna. Głowa pozostaje dumnie uniesiona wysoko. Z naszych twarzy nie wyczytasz nic. Jesteśmy odwieczną zagadką. Meczącą niewiadomą. Fascynującą enigmą. Przejdziemy obok ciebie jak cień, który wybije się na tle płomieni i świateł. Zachwycisz się naszą głębią. Utoniesz w naszej nieprzeniknioności.

Oczarujesz się i zarazem zawiedziesz. Będziesz próbować w, niekoniecznie naszym ale jakimś, niepojętym bycie szukać odpowiedzi. W każdym oddalającym się zbyt szybko człowieku swojej stabilizacji.

Płonie w nas ogień. Dziki. Wolny. Ujmujący. Wypełnia puste przestrzenie. Dociera w miejsca ugaszone. Ociepla oddechy oziębłych serc. Pobudza do życia wszystkich pozbawionych pragnień. Wychodzi na przeciw strachowi. Nie boi się prawdy. Nie ucieka przed atakiem. Nie chowa się za kaftanem wygodnictwa. Nie ulega wpływom. Nie godzi się na bezprawie. Nie daje satysfakcji knującym podstępy. Nie traci swojej godności. Umie znosić porażki. Przyjmuje krytykę. Uczy się pokory. Szuka wrażliwości. Pozwala zbliżyć się łzom.

Ludzie nie wiedzą skąd pochodzimy. Pytają, co podsyca ten żar. Próbują naukowo opisać zjawisko. Snują teorie i szukają dowodów, by je poprzeć. Nie potrafią przyjąć, że to wykroczy ich pojmowanie. Nie mogą się zgodzić na przymus ugięcia swojego karku pychy i przyjęcia tego, że w ich układance brakuje tak wielu puzzli.

Ze swoim towarzyszem wymieniam spojrzenie. Kiwamy sobie głową. Utwierdzamy się w naszej postawie. Dzielimy się swoją dystynkcją. Przypominamy sobie, by uważać, by przypadkiem nie utonąć i nie zgasić siebie. Dzielimy nasze niezrozumiałe zrozumienie. Potęgujemy nieświadomą świadomość. Prostujemy nieodginalne zakręty. Zapominamy o egoistycznych nas. Wyglądamy daleko przed i za siebie. Czynimy kolejny krok do przodu i cofamy się. Suniemy, latając. Skaczemy opadając. Stapiamy się z tłem, górując. Pozostajemy nierozerwalnie złączeni, działając zawsze w rozdzieleniu.

Szaleństwo. Trwoga. Pytanie. Czar.

KRAWĘDŹ

Palce u stóp nieśmiało wysuwają się milimetry poza krawędź. Plecy wyprostowane, głowa wysoka uniesiona, twarz niezwruszona. Ręce luźno opuszczone, trzymane są blisko tułowia. Jedynie zaciśnięte pięści zdradzają oznaki napięcia. Tak tam na wysokości trwa żywy posąg anioła, stąpający na co dzień po powierzchni ziemi.

Wyniósł się ponad ludzi, wspinając się na pewną monstrualną budowlę wzniesioną ich rękoma. Stoi na szczycie jednego z naszych sztampowych osiągnięć, wieżowca wysokiego aż do nieba. Dokładnie takiego, jakiego pragnęli architekci wieży Babel.

Szyby krzyczą: poradzili sobie bez Boga i bez bogów. Piętra wtórują im, oddając hołd ludzkiemu intelektowi i pomysłowości. Ściany, w swojej pysze, prężą się dumnie jako wspaniałe wizytówki potęgi człowieczeństwa. Dachy zachłyśnięte cudownością możliwości dotknięcia nieba, wynoszą ego Homo Sapiens jeszcze wyżej, niż one same mogą sięgnąć.

Ten anioł czuje pod sobą prawdziwość tego budynku. Słyszy oddech znajdujących się wewnątrz ludzi. Przygląda się szerokiej panoramie metropolii. Ma przed sobą obraz zaledwie jednego z wielu, wielu ogromnych miast. Jego obserwacji towarzyszy poczucie małości. Kusi go oddanie pokłonu człowiekowi. Nie umie przezwyciężyć tej obezwładniającej kolosalności ludzkiego dorobku.

Tak. Możemy dumnie wypiąć pierś. Wprawiliśmy anioła w podziw. Pokazaliśmy mu swoją potęgę. Zastanówmy się, czy to pora na taniec zwycięstwa? Czy nadszedł czas na kolejną dekorację medalami i wręczenie już któryś z kolei pucharów? Czy nastała znowu chwila, by postawić sobie kolejne pomniki upamiętniające jakiś chwalebny moment? Czy już, teraz należy wzywać skrybów, wykuwających na kamieniach naszych osiągnięć kolejne historie trymfów? Czy można z czystym sumieniem oddać się w błogie ręce zaspokojenia, pyszności i megalomanii?

Nasz anioł płacze. Łzy powoli skapują z jego policzków. Spadają, szalenie pikując w przestrzeń rozciągniętą pod nim. Z każdą sekundą przyspieszają. Szybko zaczynają parować. Opory ruchu zaczynają rozrywać te krople, dzieląc je na coraz mniejsze i coraz słabiej dostrzegalne cząsteczki. W końcu łzy stają się tłem. Zaczynają być jedynie częścią mieszaniny atomów i związków powietrza. Nikt o nich już nie pamięta. Jak szybko się pojawiły, tak zaskakująco bezwględnie zniknęły.

Rozpacz anioła zostaje spotegowana. Niewzruszoność ludzka wywołuje powódź łez. On wie, że każdą z nich czeka ten sam koniec, jednak nie ociera ich. Każdej pozwala spaść. Każda ma uczyć, każda ma przypomnieć, każda może uświadomić.

W nich zapisana jest historia życia każdej jednej istoty ludzkiej. Przebywasz jakąś drogę, by kiedyś tak samo zniknąć. By również stać się tłem. Identycznie rozpaść się na cząsteczki, które później będą przenikać inne materie organiczne. Te budowle, pomniki, medale, szacunki i pochwały też kiedyś ulegną degradacji. Wszystkie zwoje chlubnych zwycięstw i osiągnięć przemienią się w przerażająco marny proch. Tak jak łza, która przebywa swoją drogę, zanim zniknie i która ma dany jakiś czas, w którym będą o niej pamiętąć, tak człowiek podejmuje swoją wędrówkę i otrzymuje swoje miejsce na tym świecie na określony okres.

Dlatego na dłuższą metę wszystkie osiągnięcia, wszystkie wynalazki, wszystko, co udało nam się odkryć, każda rzecz, która została przez nas rozwinięta, udoskonalona okaże się w dalszej perspektywie czasu niczym trwałym. Niczym ważnym. Niczym wzniosłym. Niczym znaczącym.

Teraz, w XXI wieku do dyspozycji mamy broń, która może zabić każdego. Korzystamy z naszych wynalazków tak skutecznie i przemyślanie, że niedługo, przez własny wpływ na klimat i środowisko, uczynimy Ziemię miejscem, na którym życie nie będzie już więcej możliwe.

Wobec siebie stawiamy żądania tak wysokie i sami stajemy się tak głodnymi rzeczy, idei, lukusu, pomysłów, bodźców, że chyba będziemy musieli przebudować swoje ciała i przemienić się w doskonalsze od nas humanoidy, by umożliwić sobie wpasowanie się w rzeczywistość, którą sami kreślimy. Kiedyś pewnie postaramy się przełamać bariere etyczne i, programując kody genetyczne swoich dzieci, będziemy tworzyć nadludzi. Zaczniemy kombinować z hormonami, neuronami, mózgiem, tak by nie czuć więcej smutku, żalu i tęsknoty. Myślę, że nie omieszkamy powalczyć o nieśmiertelność.

Zabijemy ostatecznie próżne ideały, nieistniejące byty i bujne wyobraźnie, świat przeżyć i ułud, i sprowadzimy wszystko do religii informacji zero – jedynkowych. Zatrzymamy się na przeżyciu krótkich przeżyć i pisaniu nic nie znaczących klatek historii żyć?

Takimi właśnie ścieżkami wędrują myśli anioła.

On ciągle płacze, bo zawsze patrzy w dalszej perspektywie niż robimy to my. Jest mu przykro. On ma świadomość, że będzie umiał się uratować. On wie, że będzie mógł uciec. On, w porównaniu do nas, potrafi wnieść się ponad, rozpiąć skrzydła i odlecieć, uwolnić się od tego wszystkiego, co rozgrywa się pod nim. Za to my? Tak mocno przywiązani do przemijalności, nie umiemy pofrunąć jak on. On nie chce nas zostawić, ale będzie musiał to zrobić. Szanuje wybór, który podjęliśmy.

W taki kozi róg się wpędziliśmy.

SKAKANKA

Krzyczą do mnie tak głośno. Zasypują mnie takim gradem informacji. Zabraniają mi tak wielu rzeczy. Daję masę świetnych rad i trafionych wskazówek. Budują wysokie stosy przeróżnych wiar, dziwnych religii i ubarwionych historii. Tuszują pewne fakty, piętnują jakąś część prawdy, rozprzestrzeniają korzystne dla nich kłamstwo. Dzielą się z każdym swoim wszechwiedzeniem, wszechmożliwością oceniania, wszechobecnością umysłu, wszechpojętnością świata i wszechpojemnością wszystkiego.

Czasem czuje się przykuta do ściany. Jestem sama. Towarzyszą mi jedynie krople wody, które nieustannie, w stałych przedziałach czasu, spadają na czoło. Nie mogę ich zetrzeć. Nie mogę też się jakkolwiek przed nimi obronić. Nie wspomnę już o tym, że niemożliwe jest przysłonięcie głowy. A one? Postukują mi w twarz, i krzyczą: „myśl, ucz się, dowiaduj, pytaj”. Trochę się nade mną znęcają. Wiedzą, że nie umiem obchodzić zagadnień dookoła. Są świadome, że nie pozostawię, bez refleksji, ważnego tematu. Szczycą się wiedzą na temat mojej emocjonalności, która tak często nie pozwala mi poczęstować kogokolwiek chłodnym spojrzeniem obojętnośći. Znają mój płomień emocji. Zdają sobie sprawę z obecności w mojej głowie młyna, mielącego wszystkie fakty, nastawionego na tryb nieustającego analizowania. Śmieją się, bo prawdą jest, że nie pozbędę się wątpliwości. One o tym wszystkim wiedzą.

Gdzie odnaleźć spokój?

Nareszczie. Nadszedł wyczekiwany finał. Koniec! Mogę, w końcu! Bez wahania chwytam się tego, niczym mojej ostatniej deski ratunku. Mogę się przyznać, że z ogromnym utęsknieniem wyczekiwałam tego spotkania. W końcu wyrwę się z tych ciasnych ścian klatki. Niedbale wzięty oddech i gwałtownie zerwane z półki słuchawki. Muzyka rozbrzmiewa i zaczyna przenikać mój mały świat. Mój mikrotrening właśnie startuje.

Podskoki wybijają spokojny rytm, zgrany z melodyjnością utworów. Stan psychiczny dostraja się do harmonijnego koncertu odgłosów i dźwięków. Dopasowuję swoje przeżycia do aktualnego kierunku nurtu, naginam myśli tak, by płynęły ze mną. Ugniatam także wszystkie niedogodności do małej i zgrabnej paczuszki, którą z przyjemnością wyrzucam przez okno.

Puk, puk, puk. Buty wybijają rytm. Aktywność pobudza komórki. Płuca pobierają więcej tlenu, więc pozwalają na bardziej skoncentrowane spojrzenie i jaśniejsze myślenie. Endorfiny powoli zaczynają oddziaływać na ciało. Przychodzi rozluźnienie psychiki kosztem napięcią mięśni. Malutka i satysfakcjonują cena.

Im pewniej, im szybciej, z im większą determinacją przebijam się przez kolejne etapy skakania, tym więcej zostawiam za sobą.

Trafiłam do dziwnego świata samych mądrych ludzi. Pełnego wielu błyskotliwych idei i mającego za cel zrozumienie wszystkiego i wszystkich. Chyba trochę tam nie pasuję. Nigdy nie byłam „mózgiem”. Za to zawsze kochałam sport. Był dla mnie cudownym ukojeniem i jedną z większych, szczerszych radości. Teraz trochę się zmieniło. Chyba trzeba w końcu dorosnąć. Prawdopodobnie należy porzucić niektóre przyjemności na rzecz poważnych obowiązków.

Stuk, stuk, stuk. Ale teraz oddam się tej mojej ulotnej chwilii. Zanurzę się w tę, tak mi bliską i tak mi znaną, przestrzeń pełną emocji i uczuć. Pozwolę sobie pomarzyć. Dam sobie szansę pokolorować rzeczywistość, choć na chwilę, według własnego widzimisię. Wejdę, cała, w świat bajek, kompletnie ludzkich magicznych stworów i pięknych, szczerych usmiechów, które nakreślą przyszłe historie pokoleń.

Hop, hop, hop. Ostatnie nuty. Ostatni oddech. Ostatni okruch spokoju. Przemija te trzydzieści minut, wyłuskane z kolejnej doby i przeznaczone tylko dla mnie. Pora wrócić do żywych i poważnych, mądrych i pewnych siebie, skonkretyzowanych i zmotywowanych, niepoddających się i chcących rządzić tym światem. Czas założyć kamuflaż, uśmiechnąć się szeroko. Znowu zacząć udawać, że dobrze rozumiem tych ludzi, że podzielam ich spojrzenie na świat, że pasuję do miejsca, gdzie stoję. Będę dalej stwarzać pozory, że jestem jak perfekcyjnie skrojony puzzel. Nie zdradzę im tego, że jedynie jeszcze szukam właściwego obrazka, w który będę mogła zostać włożona. Ten, przy którym teraz stoję, jest namalowany w zupełnie innych barwach, niż wskazuje na to mój strój. Ale reszta chyba tego nie dostrzega. Niech tak zostanie.

Moja tajemnica jest bezpieczna ; )

PRZEPUSTKA DO ŚWIATA

Kiedy uświadamiam sobie powagę sytuacji, w której się znalazłam – szczerze mam ochotę się roześmiać śmiechem zwariowanym, ale też bezradnym. Taka mała ja, o tak niewielkiej zdolności pojmowania, poznaje dziwaczne, trochę osobliwe prawa rządzące naszą planetą. Warto nadminić, że królowanie tych zasad jest bezwględne. Nie dopuszcza ono żadnych wyjątków. Jest idealnie usystametyzowane. Nie ma w nim miejsca na sentymenty. Nie istnieją słabe punkty, w które można wbić klin i doprowadzić do podziału. Przymykanie u nich oka nie wchodzi w rachubę, a machanie rękoma, mające odwrócić uwagę od nieścisłości dowodów w tezach, jest bezlitośnie piętnowane. Hierarchia tych reguł nie została stworzona dla nas ani pod nas. To jedynie my możemy je obserwować i próbować zrozumieć, by później spróbować opisać. To my wystawiamy różne zjawiska na próbę, by uczyć się i dostrzegać jakieś zależności.

Podlegamy im. To one kreują wszystko dookoła całkowicie niezależnie od nas.

Nigdy nie otrzymasz pytania, co sądzisz o konkretnym zagadnieniu. Nikt nie poradzi się ciebie, czy nie można czegoś lepiej rozwiązać. Nie będzie szansy dla ciebie, byś mógł zastanowić się nad jakimś aspektem prawa. Nie zostanie otwarta żadna boczna furtka, po której przekroczeniu będzie możliwe nagięcie kilku reguł. Nie będzie mowy o żadnej modyfikacji, dzięki której możliwe będzie jakieś działanie.

Wchodząc w język przyrody, stajemy się poddanymi obserwacji. Zostajemy zostawieniu samym sobie we wnioskowaniu i wykonywaniu obliczeń. W tym wszystkim możemy polegać jedynie na sobie. Wiemy, że nikt nie przygotował dla nas skryptu z opowieścią o istocie i uniwersalnej prawdzie, który po prostu trzeba odkryć. Nie możemy spodziewać się gotowych rozwiązań, oczywistych tez, prostolinijnych dowodów. Część rzeczy, przez obserwację, musimy przyjąć, jako absoluty. Niepodlegające zmianom, nieulegające błaganiom, niedopasowujące się do naszych, skrupulatnie liczonych, przewidywań. Wykonując eksperymenty, w duszy snujemy wiele scenariuszy, kierujemy w stronę materii wiele modlitw, byle nasze tezy zostały potwierdzone.

Polegamy wyłącznie na sobie. Wchodząc w głębie naszej rzeczywistości, w duszy musimy zdawać się często na łut szczęścia i uśmiech losu, który odsłoni kawałek prawdy o Wszechświecie. Poświęcamy życie, prosząc o te sprzyjające nam sytuacje, wyłuskujemy z nas największe potencjały talentu, inteligencji i przypieczętowujemy to ciężką pracą. Nikt nigdy na początku naszej drogi nie powiedział nam, że na pewno odniesiemy sukces. Nikt nas też nie motywował do działania i nikt nas nie chwalił za kolejne odkrycia. Jesteśmy jednak uparci. Tak usilnie chcemy się dowiedzieć. Codziennie jest nas pragnienie poczucia się odrobinę mądrzejszym wobec tego świata. Po co to robimy?

Może chcemy w końcu stać się godnymi stanięcia tuż przed królową, by powiedzieć te słowa: odkryłem, teraz rozumiem.

Bo pozyskiwanie wiedzy jest niczym lek, uśmierzający wszelkie niepokoje. Nie ma dla nas żadnego pocieszenia ze strony nauki. Każdy nasz sukces jest świętowany jedynie przez nas samych, podczas gdy natura pozostaje tak samo chłodna i obojętna w stosunku do nas. Nie porusza jej to, że jeden z tak wielu gatunków, od samego początku jej podlegających, powoli staje się coraz bardziej świadomy. Jest spokojna. Jej władza jest nie do zachwiana. Istnieje od początku istnienia wszystkiego. Może trzeba dodać wszystkiego materialnego. A może to ona została ustanowiona najpierw? Miała „czas” na usystematyzowanie się. Usunęła wtedy wszystkie niezgodności, przez które nie mogłaby się ostać. Czy to nie ona była pierwsza, na długo przed tym zanim powstał Wszechświat?

Jest tak dumna i pewna siebie, tak bogata i onieśmielająca, tak złożona i budząca tak wielki szacunek. Królująca niepodzielnie. Wiążąca tak wiele ze sobą. Wszechobecna. Kładzie podwaliny pod prawie wszystko. W naszych oczach pozostanie tak samo nie do zachwiana. Pewnie też tak samo skomplikowana i piękna. Niepodważalnie nieuchwytna i nieustannie sprowadzająca nas do poznawania swojej małości i oganiczoności.

Nawet jeśli poznamy wszystkie jej reguły, nawet jeśli odkryjemy wszystkie jej tajemnice, nawet jeśli dotrzemy przed sam tron królowej materii i prawdopodobieństwa – to my oddamy pokłon. Bo, pomimo tak długiej wędrówki, by ją w końcu osobiście poznać, pomimo tylu wojów i wylanych łzach frustracji, pomimo tak wielu lat eksperymentów i prób, pomimo tego męczącego, nieustępliwie towarzyszącego nam pragnienia wkroczenia do jej pałacu, skąd wydawane są wszystkiego rozkazy, nadal pozostaniemy jej takimi samymi podwładnymi.

Choć ośmielę się powiedzieć, że pewnie pomyślimy, że to my jesteśmy górą. Naiwni i przeświadczeni o swojej wielkości, zadowolimy się świadomością, że skoro dowiedzieliśmy się o wszystkim, to w końcu w nasze ręce musi zostać przekazana pałeczka władzy. Jednak to my, dzięki wiedzy, będziemy mogli lepiej się podporządkowywać prawom oraz skrzętniej przewidywać, by lepiej z nimi współgrać. Nigdy odwrotnie. To nie one ugną swoje karki, by wpisać się w postulaty, które same od kilku miliardów lat głoszą.

Te spisane reguły nie należą do nas. To po prostu my dostąpiliśmy zaszczytu, by je stopniowo pojmować, poznać i się nimi zachwycać. Czasem mam ochotę powiedzieć, że jesteśmy zwykłymi głupcami w skórach mędrców. Nasz rozwój i nasze ego nie zachwieje prawie niczym. No może poza jakimś znikomym ułamkiem procenta promila wszechświata. Nawet jeśli dotrzemy do jakiejś innej galaktyki, skolonizujemy jakieś inne miejsce, nawiążemy kontakt z jakąś inna inteligentną formą życia, to wszystko i tak będzie toczyć się swoim rytmem. Kolejne gwiazdy będą kończyć swoje żywoty, by swoimi resztkami dać początek nowym ciałom niebieskim. Galaktyki będą tworzyć grupy, asteroidy zderzać, gazy jonizować, fale rozchodzić, czasoprzestrzeń rozszerzać. W pewnej chwili wszystkie wygasną. Wtedy cała materia się w jakims stopniu zapadnie. Ale, mimo to, Wszechświat będzie istnieć. W jakiejś innej formie, ale będzie.

Chyba, że okaże się, że ma koniec? Co wtedy? Co nastąpi dalej? Czyżby istniało to puste nic?

Jako ludzie chyba nie chcemy przyjąć, że to możliwe. Codziennie, niezmienne, utwierdzamy w tym nieubłaganym przemijaniu, jednocześnie widząć stałość w jej płynności i dalszym biegu. Dla mnie, nawet jeśli świat miałby się skurczyć do swojej pierwotnej postaci, to ten niezmiennik rzeczywistości zostanie zachowany. Nawet jeśli Wszechświat się skończy, czasoprzestrzeń dotrze na metę swojej egzystencji, a wszystko zakończy mecz finałowy, nastanie coś nowego w miejsce tego, co było.

Coś umiera, ale coś się rodzi. Czy nie tego uczy nas natura?

WYSTARCZY SŁÓW I WYSTARCZY SŁOWO

Wystarczy jedno słowo, by odebrać komuś całą wiarę w siebie. Jeden gest, by zranić tę kruchą istotę, jaką jest człowiek. Jeden akt, by nanieść nieścieralne ślady krzywdy na czyjąś pamięć. Jedna decyzja, której skutki ktoś może odczuwać wiele, wiele lat.

Tak, jeden komunikat, nawet jeśli był po prostu okrutnym pluciem jadem, niemającym merytorycznie żadnego pokrycia z rzeczywistością, może sprawić, że ktoś podda się i przestanie walczyć o wszystko, co dla niego jest ważne. Porzuci piękne marzenia, straci bezinteresowne zaufanie, przestanie podsycać nadzieję na uzyskanie słowa wsparcia. Finalnie zostanie wrzucony w ramiona tęsknoty oraz braku zrozumienia.

Łzy zaczną cicho płynąć po policzkach, poczucie samotności zacznie miażdzyć siłą, pragnienie, by to ktoś inny osuszył te mokre korytarze na twarzy stanie się dojmujące.

Masz tak obezwładniającą władzę nad psychiką. Wiesz o tym?

Bo w końcu napisze się jakiś komentarz, jeden z wielu pewnego dnia. Bez refleksji odnośnie tego, jakie będą skutki słów. Wyleje się całą frustrację i przyniesie ulgę żalom, wymieszanymi z gniewem i odejdzie się zadowolonym. Zamknie się temat tak szybko jak wypaliło się pociski nienawiści. Sprawnie zapomni się o tym, kto jednak tę sytuację będzie długo pamiętał. Zmyje sie makijaż maski okrucieństwa, podczas gdy ofiara będzie starała się pozbyć tatuażu wypalonego tymi niby kilkoma tak niewinnymi frazesami.

Czasem mam ochotę krzyknąć „Ludzie, do cholery, co jest z wami?!”. Przydałoby się jeszcze jedynie jakieś przekleństwo, by podkreślić emocjonalność mojego komunikatu, ale daruję sobie.

Tylko proszę, powiedzcie mi czemu…

Czemu tak siebie traktujecie? Jak możecie być obojętni na słowa? Jak możecie zapominać o odpowiedzialności? Dlaczego udajecie ślepych? Dlaczego umywacie ręce od odpowiedzialności? Dlaczego?

KOMIZM FATALISTYCZNY

Bezradny śmiech, pełne rezygnacji wzruszenia ramionami i potrząsanie głową z niedowierzaniem. Taką reakcję wywołują we mnie starania, by spisać prawa żądzące moją, i poniekąd ludzką, rzeczywistością. Jednak liczba paradoksów rośnie nieubłaganie każdego dnia. Zbiór pytań i problemów bez jasnych rozwiązań czy prostych odpowiedzi mnoży się wykładniczo. Jedno jest pewne – ja, jako człowiek, czuję ograniczenie swojego umysłu i pojmowania. Nie potrafię wyjaśniać, nie umiem doszukiwać się sensu, nie mam żadnych mocy, by rozwiewać jakiekolwiek wątpliwości. Mogę tylko mówić: nie wiem i pewnie szybko się nie dowiem. Mimo to nieustannie szukam i pytam. W zamian znajduję coś, co jedynie w minimalnym stopniu rozjaśnia mi w głowie. Rzadko kiedy otrzymuję informację zwrotną choć odrobinę przystępną w odbiorze.

Postaram się teraz wyjaśnić o co mi chodzi. Chociaż wyjaśnić niewytłumaczalne? Brzmi niebezpiecznie, ale co tam. Challenge accepted.

Dostrzegam dwa, niedające się z pozoru pogodzić zbiory prawideł i twierdzeń. Tych dotyczących makroświata. Ogólnych, uniwersalnych. Nieobejmujących istnienie ludzkie. Przekraczających wyobraźnię, wychodzących poza zasięg naszego społeczeństwa. Dotyczą one bytów przewyższających majestatem każdą piękną rzecz, którą wytworzył człowiek. Poruszających głębiej niż dzieła spisane przez najwrażliwszych z uczuciowych istnień ludzkich. Obezwładniających nas siłą swojego panowania, bezwględnych w nieporuszoności wobec biegnącego czasu, trwałych i także zmieniających się, statycznych i zarazem zmiennych, poważnych i z pozoru bez twarzy. Dla nas, one istnieją może bez sensu. W naszych oczach, myślowo, one mogą zniknąć i nijak nas to nie obejdzie. Wyrzucamy z pamięci wielkość prawdy kształtującej wszystko dookoła, by móc skupić się na aspektach iście mikroskopijnych.

Przechodzimy do praw dotyczących pyłu. Obejmujących jedynie popiół i niestałość. Dotykających nietrwałości i ulotności czegoś tak fenomenalnego i tak przedziwnego. Wkraczamy w strefę „życia”.

Nasze malutkie, chyba mało nieznaczące reguły obowiązują jedynie, gdy pod lupę bierzemy tylko planetę Ziemię i w tym układzie izolowanych zaczynamy czynić obserwacje pewnych cząstek. Takich śmiesznych atomów społeczeństwa jakimi są ludzie. Postawa wobec nas w tych badaniach musi być zupełnie inna od tej, która ma zastosowanie w eksperymentowaniu z trwale nieożywioną materią, złożonej niby z tych samych pierwiastków jak my.

W tym naszym ultramałym świecie przedmiotem opisu przestaje być poniekąd materia. Nagle rozważamy coś takiego fale świadomości, kierunki myślenia, źródła doświadczenia, skutki emocji i szlaki uczuć. Dotykamy się czegoś, czego nie da się zmierzyć. Coś, czego skutki możemy wyłącznie obserwować. Coś dającego niepewne, szacunkowe pomiary, które zawsze mają w sobie znaczącą niepewność. Wykraczamy poza naukę, poza uniwersalizm, poza bezwględność i przekreślamy surową zero-jedynkowość.

Może łączy nas ze światem dookoła umiejscowienie w czasoprzestrzeni? Może te zdarzenia, które można przypisać bytom nieożywionym, są spoiwem z naszymi historiami życia.

Czy da się pogodzić te prawa nauki i uczuć? Czy można znaleźć konsensus pomiędzy surowymi prawdami o materializmie i względnemy szacunkami szeroko rozumianej ludzkiej duchowości?

Czasem w to szczerze wątpię. Jedyne, co nasz trzyma przy życiu to wiara w jakieś idee. To co nas motywuje to sens, który często sami kreślimy lub, który odnajdujemy przez przyjęcie wcześniej spisanych zasad. Przeróżne światopoglądy, niezliczone bożki: pieniądze, posady, ambicje, cele, marzenia. Dopełnia to przynaleźność do mikrospołeczeństw o konkretnych postulatach. Tylko one nadają nam w posiadanie własne miejsce we wszechświecie, ofiarują nam pewność istnienia, uspokojają po części nasz niepokój i lęk.

Wszystko sprowadza nas do pytania „po co”? Bo Wielki Wybuch to jedno z wydarzeń, które mogło się stać, więc po odpowiednio długim czasie się stało? Ale jak prawdopodobieństwo może się tyczyć okresu kiedy czas i miejsce nie istnieje? Którym wymiarem jest decyzja o tym jaki wariant drogi czy który kierunek świata obrał? Czy można mówić o prawdopodobieństwu, gdy nie ma puli rzeczywistości, nie ma przestrzeni wyborów?

A nawet jeśli mógł się stać, to po co do puli wydarzeń dorzucono istnienie? Dlaczego mogę wznieść oczy ku niebu i zachwycić się pięknem przeszłości zakodowanym w promieniowaniu gwiazd? Z jakiej racji mogę przywoływać w pamięci uśmiechy osób, radość z zawiązywania relacji, nadzieję płynącą z rozmów z bliskimi, poczucie bliskości przenikającą drobny gest i oddać się tej szczerej, bezgranicznej świadomości, że to jest to? Że tutaj mam swoje miejsce?

Mogę być zakochana w ludziach, zakochana w świecie, zakochana w nauce, zakochana w logice, zakochana w uczuciach, zakochana w historiach, zakochana w wierze i zakochana w ideach i to nijak się nie wyklucza. Czy odkryłam to jedno spoiwo łączące wielkie i małe prawa świata? Czy może właśnie oddałam się kolejnej ułudzie histori wymyślonej przez ludzką wyobraźnie? Tylko po co ludziom została dana wyobraźnia? Dlaczego ewolucyjnie wykształciliśmy wiarę, która pozwoliła nam przetrwać? W jakim celu szukamy sensu?

Każdemu kontraargumentu w mojej głowi wychodzi na przeciw jedno, wielki pytanie po co? Te, na które jeszcze żaden człowiek nie dał mi pewnej odpowiedzi. Ba, nawet moja wiara jest czymś niepewnym! Z czasem, kiedy czas przeminie, kiedy czasoprzestrzeń wyparuje, a moje istnienie straci swoją historię i zapis w czarnej dziurze, przekonam się? Bo może moja wiara jest słuszna? Ja wierzę, że jest. Czuję, że jest. Myślę, że jest. Codziennie, szczerze i namacalnie stykam się z tym, co budzi we mnie radość i miłość do każdego dnia. W tym otrzymuję odpowiedź, że wszystko jest po to, żeby doświadczyć piękna i posmakować cudowności historii, decyzji, wolnej woli i oklepanej, wielokrotnie definiowanej, ale kluczowej wiary i miłości.

POLARYZACJA

Za mało przestrzeni dla oddechu. Zbyt ciasno przylegające do siebie przestrzenie wrażliwości. Za duża inercja pragnienia. Za słaba siła przyciągania zrozumienia. Zbyt, za, ponad, pod.

Szybciej goń, byś mógł nadążyć za peletonem. Wolniej czuj żebyś nie zatrzymywał się z powodu drobnostek. Otwieraj drzwi możliwości, pożądaj nowości, budź motywację. Krzycz, wyzwalaj swoją dzikość. Daj dojść do głosu tym zwierzęcym instynktom.

W pewnym momencie staniesz w miejscu, z którego nie będzie mógł pójść dalej, bo nie będzie dokąd. Wszyscy przeciwnicy rozszarpani, każdy członek rodziny ochroniony. Wszystkie łupy rozdzielone między alfami. Tak liczne, ale ograniczone, skarby wydarte z rąk konkurentów. Do walki może stanąć każdy. Przeciwko każdemu. Po stronie każdego. To nie masa i siła jest naszą bronią.

W tej wojnie o przetrwanie wygrywają ci, którzy najskuteczniej wyzbywają się skrupułów. Na piedestały zostają wyniesieni ludzie bez wiary w nierzeczywiste, niematerialne, nieuchwytne wartości. Ich drogą, ich pomysłem na siebie jest osiąganie celów, kreślenie ambitnych planów, ściganie się o błyszczące puchary i obwieszanie się zdobytymi, podobno zasłużonymi, medalami. Każdy, kto skutecznie wyrzuca z głowy niepotrzebne hamulce, ucisza nic nie wnoszące pytania po co, rezygnuje z męczącego zastanawiania się jak to wpłynie na coś tak niemierzalnego jak psychika, uczucie, świadomość, może być jednym z tych „ważnych”. Tych, którzy są gotowi walczyć o władzę.

Najlepszymi z najlepszych są ci, którzy stąpają twardo po ziemi. Ci, którzy nie mają wiary w nic ponad to, co upodabnia ich do dzikich zwierząt sterowanych wyłącznie popędami i pragnieniami. One nie zastanawiają się nad tym, co robią. Nie rozważają czy warto, czy może nie warto. Nie pytają o sens chęci, o źródło potrzeby. Nie hamują, nie pozbawiają siebie nic. Czują głód, więc idą na polowanie.

Ofiarami są Ci, którzy najszybciej schodzą takim z drogi. Ci czujący. Ci rozważający. Ci nieumiejący przestać pytać. Ci nieustannie zatopieni w dualność swojej osoby.

Ci świadomi, że oddychają. Ci zachwycający się fenomenem życia. Ci mający wzgląd na rozpad każdego wiązania w atomach. Ci próbujący wznieść ponad ziemię każdy obłok ideału. Ci patrzący na świat zza, opruszonej łzami, szyby. Ci malujący na twarzach ludzi szczere i subtelne uśmiechy. Wreszcie Ci, którzy są krusi. Ci, których tak łatwo wykorzystać. Ci naiwni i Ci głupi. Ci, którzy wierzą w głębie znaków spisywanych na kartkach papieru. Ci którzy oczami wyobraźni widzą drugą, nieuchwytną, ale dla nich tak realną i tak im bliską, rzeczywistość.

Ci pozostający w ukryciu. Ci cicho wołający. Ci upadający. Ci powstawający. Ci hartowani, Ci wątpiący. Ci uciekający. Ci stający z bestiami twarzą w twarz.

Ci żyjący sensem. Ci sprzeciwiający się poddaniu żądzy. Ci stawiający ogranicznenia. Ci upchani w swojej ciasnej przestrzeni, duszący się niedostatkiem tlenu. Ci, którzy nie mogą być sobą, bo za rogiem jest drapieżnik. Gotowy wyśmiać. Gotowy zabrać. Gotowy wykorzystać. Gotowy zranić. Gotowy pozbawić ostatniej rzeczy, jakiej posiadasz.

Lepiej być ofiarą czy drapieżnikiem? Tym cichym czy tym głośnym? Tym ograniczonym czy tym wolnym? Tym ukrywającym się w ochłapach przestrzeni czy tym podbijającym nowe tereny? Tym zlęknionym czy tym pewnym swojego bytu?

Lepiej być kimś ratującym innych czy katem? Kimś wierzącym czy pozbawionym wnętrza? Kimś zanurzającym się w głębie złożoności czy kimś ślizgającym się po powierzchni płaskości świata? Kimś mającym skrupuły czy kimś pozbawionym wszelkich moralnych granic?

Można dalej wymieniać. Można dalej kreślić kontrasty. Można polaryzować. Można podkręcać wykluczający się dualizm. Ale można także wybrać. Można żyć albo można udawać. Można podjąć konkretne kroki. Nie zawsze można wrócić. Nie zawsze można naprawić. Nie zawsze można zapomnieć. Nie zawsze da się zmienić. Nie zawsze…

NOC

Wstrzymaj oddech. Zatrzymaj się. Zamknij oczy. Uspokój rytm serca. Ucisz huragan myśli. Zapomnij o przeszłości. Przestań zadawać pytania o przyszłość. Skup się na tym co jest tu i teraz. Zatrać się w chwili. Ucieknij od świata. Wejdź głębiej w rzeczywistość.

Bo tak piękna jest noc, rozświetlana przed pojedyncze światła. Również tak tajemnicza i skryta. Ona, zakrywająca wszystkie skazy świata. Niedostępna dla ludzkich oczu. Otwarta dla każdego oddechu, subtelnego dotyku, czułego gestu, lękliwego słowa, nieśmiałego pragnienia i najmniejszej myśli. Pozbawia nas pewnej orientacji. Wystawia nas na jakieś zagrożenie. Grozi nam nieuchronnym schyłkiem doby. Przypomina o kolejnym okresie, który bezpowrotnie przeminął. Wprawia człowieka w stan melancholii. Zawiesza nas w niepojętej zadumie.

Noc. Tak silnie szarpie za struny naszej świadomości. Tak mocno uderza w bęben życia, wybijając ten sam rytm, co nasze serce. Tak brutalnie potrząsa nami za ramiona i krzyczy: „obudź się”, gdy nasze oczy się zamykają za sprawą panującej dookoła grobowej ciszy. Tak swobodnie penetruje miejsca, w których nie ma źródeł światła, przez co chroni nas przed oceną innych, przed konieczną wyjścia z tłumu, przed przymusem bycia aktywnym. Tak kusząco zachęca nas, by pozostać w bezruchu, zniknąć, stać się tłem, wtopić się w otoczenie. Przestać na chwilę być.

Gdy noc przychodzi nas, przyprowadza ze sobą naszą wrażliwość. Ciągnie za sobą naszą kruchość. Wyciąga na światło nocy nasze marzenia. Naśmiewa się z naszych niepowodzeń. Dobija nas w naszym zmęczeniu. Wystawia na próbę naszą odwagę i nasze męstwo.

Albo walczysz, uciekasz myślami daleko od siebie, zapychasz głowę faktami, stymulujesz ciało bodźcami, albo przyjmujesz to, co może zostać w ciebie wycelowane. Pozwalasz na wzbudzenie w sobie zachwytu drobnostkami, bo całokształt został przykryty mrokiem. Nie bronisz się przed słuchaniem swojego oddechu, zestrojonego z własnymi emocjami. Nie starasz się zatrzymać fali myśli, przenikających ściany mające chronić cię przed zewnętrznym światem. Pozwalasz nierealnym obrazom, kreślonym przez przewidywania, plany czy pomysły, kolorować chwilową rzeczywistość pozbawioną barw i odcieni.

Nie potrafimy znieść myśli, że to, co jest dookoła, może być pernementnie pozbawione wyrazu. Nie umiemy przyjąć, że kołysanie uczuciami, szarpanie zrywami skrajnych emocji, może być naszą ułomnością. Nie godzimy się na to, by pozbawili nas chęci do działania, wiary w wartości, piękna doświadczania codzienności, otwartości wobec ludzi, pragnienia robienia tego, co lubimy.

A może możemy?

Może wcale nie jesteśmy tak silni i zmotywowani, by trzymać tę iskrę życia w sobie? Może nasza kruchość nas przybija? Może nasza delikatność nas męczy? Może nasza wrażliwość nie pozwala nam odnaleźć wewnętrznego spokoju? Może wszystko, co w nas siedzi, zagłusza piękno chwili?

Czym jest to coś? Czym jest ten głos? Chciało by się go przyrównać jak do pewnego wołania, rozbrzmiewającego na pustyni samotności nocy. Będacego w komórkach, które się nieustannie dzielą, płucach, które non-stop filtrują powietrze i wyłuskują pojedyncze molekuły tlenu, neuronach, które w każdej sekundzie przekazują sobie tony informacji, mięśniach pozwalających na każdy świadomy i nieświadomy ruch.

Czym są te łzy, które tak często płyną po twarzach? Czym są te myśli, które kierują nas w rzeczywistość wykraczającą poza empiryczne doświadczenie? Czym są uczucia, które przewyższają nasz umysł w sile i w działaniu i które tak często pozbawiają nas zdolności szacowania, oceniania, analizowania, przetrwarzania, kreowania tego, co jest najważniejsze? Czym są te idee, które nadają każdemu atomowi znaczenie? Czym jest historia ogółu, a czym ta jednostkowa i personalna?

Czym jest to wszystko, co posiadamy? Czym jest to nic, którego nigdy nie zdobędziemy?

Czy jest to wszystko, o które tak usilnie walczymy? Czy jest to nic, które tak często ignorujemy?

Czy jest to wszystko, które wydaje się nasze? Czym jest to nic, które, jako jedyne, nam bezapelacyjnie przysługuje?

HANDEL

Każdy próbuje nas do czegoś przekonać, w czymś przekrzyczeć, zapewnić o świetności jakiegoś produktu, pomysłu, historii. Wszyscy chcą przyciągnąć naszą uwagę i naciągnąć na zakup czegoś ze swojej oferty. „Niech pan tylko spojrzy na tę niepowtarzalność”, „niech pan się zachwyci pięknem”, „niech pan coś rozważy, bo na pewno jest pan bardzo inteligentny”, „niech pan czegoś posłucha i doświadczy jak łatwo to wpływa na ludzi”, „niech pan się podda temu urokowi”, „niech pan zacznie w coś wierzyć”, „niech pan zacznie czemuś hołdować”, „niech pan się odda pod nasze ręce” „niech pan będzie podążać za naszym słowem, gestem, przykładem”.

Wszyscy targują się o twoją uwagę. Zabierają ci te drogocenne monety czasu. Byle byś im uwierzył. Byle byś trafił do grona ich wyznawców.

Te liczne prośby, błagania, groźby, rozkazy, sugestie, pułapki: Przyjmij i rozważ argumenty. Zacznij myśleć w określony sposób. Poddaj się naszym wpływom. Przestań myśleć. Pomyśl jak błogie będzie podążanie za tłumem. Dostrzeż o ile łatwiejsze będzie podejmowanie decyzji, gdy ktoś da ci wskazówki odnośnie tego, jak należy postępować. Zastanów się nad tym, czy nie będzie prościej będzie wpasować się w grupę, czy nie zostaniesz szybciej zaakceptowany, przyjęty do jakiejś, stabilnej, społeczności, która tworzymy swoimi opowieściami, jeśli podpiszesz się pod naszymi regułami?

Czy nie chcesz na pewno skusić się na naszą ofertę? Zajmiemy się twoimi myślami, zatroszczymy się o twoje zmartwienia. Podejmiemy za ciebie te najwazniejsze decyzje. Wybierzemy ci odpowiednich kompanów życiowych. Wytyczymy ci ścieżki bezpieczne i sprawdzone. Poddamy cię pod sąd prawa, które sami stanowimy, ale które staną się dla ciebie naturalne, jeśli nam zaufasz. Zapewnimy ci byt, zapewnimy ci miejsce, zapewnimy ci stabilność, zapewnimy pewność co do tego, kim jesteś i po co jesteś.

Tak oto ten świat do nas krzyczy. Próbuje przekonać nas, na wszelkie możliwe sposoby, że warto pójść za tłumem, że warto stać się jednym z tych szarych ludzi przewijających się w nudnej rzeczywistości, zanurzeni w fakt należenia do bezpłciowego tłumu. Tak oto pozbawia się nas zdolności do pytania o sens reguł, o cel swojego przeżywania każdego dnia, o jakoś i sposób postępowania. Tak oto zdejmowanee jest z naszym ramion brzemię odpowiedzialności za decyzje, które codziennie podejmowane są przez tak wielu ludzi dookoła. Tak oto nie jesteśmy zmuszani do martwienia się o to, czy coś jest dla nas właściwe, bo zostaje nam wpojone to, że w takich realiach żyją inni, tacy sami jak ty. Tak oto coś, co nie jest normalne, zostaje pokazane jako fakt konieczny do przyjęcia, żeby jakoś się odnaleźć w swojej codzienności. Tak oto coś, co nie jest dobre, staje się czymś odpowiednim dla ciebie. Tak oto wartości są wykręcane, obrazy zakrzywiane, a zdania jednostek zagłuszane.

Stajemy się niesamodzielni, zależni, ogłupieni, uciszeni, oślepieni.

Straceni?

Nikt nie chce się wyróżniać, nikt nie chce podejmować nietuzinkowych decyzji, nikt nie chce zdobywać się na bezprecedensowne kroki. Wolimy często pozostawać niemi wobec tego, czego nie rozumiemy, wobec tego, z czym się nie zgadzamy, wobec tego, czego nie chcemy. Tak jest łatwiej. Tak nic nam nie zagrozi. Tak nie narazimy się nikomu. Tak nic nie stracimy.

Za to nasze twarze zostaną pozbawione wyrazu, a rozum pozbawiony świadomości. Sercu zabraknie poczucia bycia jednostką. Wtopimy się w ten jednolity mur masek. Pozostaniemy obojętni wobec wyblakłych kolorów rumieńców. Nie zrobimy nic z wygaszonymi w nas duchami prywatnej osobowości. W końcu nie należy się odzywać, nie warto się wyróżniać, nie powinno się walczyć o coś, czego większość nie wyznaje, prawda? Własna moralność, samodzielne decydowanie o tym, czy zgodzimy się na coś, co jest wbrew naszemu sumieniu? Po co to? Nie lepiej zamilknąć, przełknąć łzy i pozwolić katom czynić ich powinność?

Nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem bycie biernym wobec tego, co niszczy. Ciebie, innych, społeczeństwo, grupę, wpółpracę. Ideały i wiarę, moralność i prawo. Są granice, których nie można przekraczać. Nie wiemy dokładnie jakimi torami pędzi ten wiecznie przyspieszający pociąg postępu, rozwoju, nie potrafimy wskazać celu jego wędrówki. Może warto sobie zadać pytanie, czy nie spróbujemy jego ogromnym pędem zburzyć murów czegoś, do czego nigdy nie powinnyśmy otrzymać dostępu? Czy nie chcemy w przyszłości ingerować w coś, co nigdy nie powinno być naruszone czy zmodyfikowane?

Jakie będą skutki naszych działań? Czy nasza krótkowzroczność nie pozbawi nas resztek zdolności przewidywania konsekwencji naszych decyzji? Czy powinniśmy podejmować się rzeczy, których wpływu i efektów nie jesteśmy w stanie sobie nijak wyobrazić? Czy powinno się dotykać zaganień, które są niemożliwe do zobrazowania, nakreślenia, opisania, modelowania? Na których nie przeprowadzimy żadnych szacunkowych statystyk?

Bazując na wielkich naszych umysłach, na coraz brutalniejszych zdolnościach penetracji mikro i makroświata, aż lęk pomyśleć o tym, co jeszcze uznamy za nasze prawo, za nasz cel, za nasz sens.