UCZUCIA NIEKOCHANE

Przepraszam Was wszystkie, moje uczucia niekochane. Zagubiłam w pędzie uniesień sens Waszej obecności. Kłóciłam się z mądrzejszymi ode mnie, o to czy powinnyście istnieć. Sprzeciwiałam się pysznym okrzykiem niezgody na wasze towarzystwo.

Miałam w głowie wyśniony pałac swojej kruchej twierdzy. Chciałam kosztować najznamienitszych potraw, nie znając wcześniej smaku goryczy. Pragnęłam pachnieć wonią dobrodziejstwa, nie godząc się nigdy na konieczność obmycia twarzy ze śladów smutku. Myślałam o muskaniu gładkości, nieskruszonej przedtem przez nic, płyty marmuru, nie przyjmując próby zbliżenia się najpierw do szortkości niszczejących cegieł upadających murów kłamstw.

Otulona jedwabiem? Nie pozwoliłam najpierw spaść gryzącej wełnie z ramion. Sięgałam kosztowności, nie stając się nigdy uboga.

Pragnę Was wszystkie przytulić, moje łzy niechciane. Wymagałam od Was niemożliwej do uzyskania czystości. Chciałam wydestylować jedynie źrodlane związki, a na ściankach zamierzałam porzucić sól bólu. Zapomniałam o bezsmaku chwil, których nie można doprawić smutkiem skrapiających życie łez.

Chcę Was w końcu ugościć, moje zawodzące cechy mnie samej. Czy kiedyś zdobędę się na pozostawienie drzwi otwartych, byście mogły zamieszkać jawnie w moim życiu? Czy pozwolę sobie na serdeczność wobec Was, znienawidzonych? Kryjecie się w kanałach mojego domu. Czy tam jest wasze miejsce? Przecież jesteście. Byłyście. Będziecie. Zawsze niezaopiekowane i wykluczone. Łapiecie ochłapki, wyszarpujecie z mojego życia chwile. Doprowadzanie mnie do skraju wytrzymałości. Pozbawiacie mnie sił.

Bo jesteście tak bardzo niekochane. Więc jestem i ja. Niekochana.

Czy kiedyś Wam wynagrodzę brak uwagi? Czy uda mi się skryć Wasze twarze w rękawach akceptacji? Czy nadam Wam w końcu, bezpieczny dla was i dla mnie, zarys? Czy pozwolę Wam dekorować siebie głębią Waszego piękna? Czy zdecyduję się odnaleźć szlachetność szczerości, którą chowam za, malowanymi przez moją niechęć, szpetnymi maskami? Czy wydobędę kiedyś z Waszego skarbca krystaliczność niedoskonałości, która wyostrza kontury nietuzinkowe, która nadaje unikatowego kształtu krawędziom i która znaczy unikatowymi rysami powierzchnię mojej czy twojej osoby?

SKALANI ŚWIATŁOŚCIĄ

Są obok Ci.
Dla tego świata skalani światłością.
Drogowskazy dla reszty zgorszonych mrokiem.
Płoną nieswoim blaskiem.
Obstawiają strome schody drogi twojej wędrówki.
Nieruchomi, cisi i pokorni.
Towarzyszą Ci.
Obserwują i czuwają.
Twoi aniołowie?

Nie oceniają.
Nie poganiają.
Wiedzą lepiej od Ciebie ile wysiłku i pracy wymaga wspinaczka.
Z tyłu głowy potrafią szacować trafnie.
W porównaniu do Ciebie.
Miarkują sprawnie tempo, którego powinień się trzymać.
Takie, przy którym nie słaniałbyś się na nogach.
Takie, przy którym nie potykałbyś się ze zmęczenia.
Nie upadał z braku sił.
Nie łapał ostatkiem sił płytkich oddechów.
Nie omdlewał z niedotlenienia.

Czy nie chciałbyś powstrzymać człowieka, który robi sam sobie krzywdę?
Czy nie próbowałbyś chwycić za nadgarstki gorliwych dłoni, które rozdrapują strupy niemogących się zagoić ran?
Nie pragnąłbyś otrzeć łez bezsilności?
Nie czułbyś wewnętrznego przymusu przytulenia osoby złamanej samotnością?

Oni się tego nie boją.
Są, może istnieją dla innych.
Skalani światłością,
bo miłość została znienawidzona i odepchnięta.
Wzgardzona i wyśmiana.
Poddana w wątpliwość i porzucona.
Opluta i stłamszona.
Pozbawiona głosu,
z wyłączonym zasięgiem,
uszami niezdolnymi do słuchania
dotykiem, który nie potrafi sięgnąć tego, co najwrażliwsze.

Chcą musnąć
Twój ból i pustkę.
Chcą zrozumieć i pomóc.

Zamiast tego
gładzą chłodne kamienie Twojej obojętności,
przenikają próżnię zaklejającą dziury wyłączonych emocji,
kładą opuszki na niemych wołaniach „zabierz to, zmień mnie”.

Pozwalają oparzyć się Twoim płomieniem,
który przecież Cię chroni.
Zabezpiecza Cię przed tym, by ktoś
przypadkiem nie zbliżył się za bardzo.
Zapewnia, że nikt nie przeniknie wzrokiem maski fałszywej,
codziennie ciasno podklejanej, bo codziennie okazuje się
niedopasowana do Twoich rysów,
więc odchodzi,
odsłania i przepuszcza.

Dla nich to normalnie by być.
By wierzyć w miłość.
By działać w jej duchu.
By poświęcić jej swoje życie.

Nie widzą innej możliwości.
Wiedzą, że gdyby postąpili inaczej, nie byli by szczęśliwi.
Wymaga to poświęcenia.
Ale te poświęcenie jest jedyną możliwością.
By ratować.
Opatrywać
Pomagać.

Spojrzycie na ich dłonie.
Zwykłe, spracowane dłonie.
Niezbyt piękne.
Niepociągające.
Nieidealne.
Z bliznami.
Z doświadczeniami odciśniętymi na skórze.

One są śladem ich własnej walki.
Tej, którą toczą o siebie.
Wszystko po to, by później móc bić się o innych.

Są cichymi aniołami bez skrzydeł.
Unoszą się ponad, mimo, że nic ich nie winduje.
Otaczają opieką głębszą, niż lokum utkane z białych skrzydeł.
Zapraszają do zmiany, zawsze w przyszłości.
Chcą dawać nadzieję na teraz.

Nie skarżą się.
Nie proszą za głośno.
Nie krzyczą z oburzenia.
Nie burzą ścian budowli ze złości.
Nie gardzą nikim.

Ale też nie są nie do złamania.
W środku nieustannie wołają o siłę i niemożliwe umocnienie.
Niszczą mury pychy i zaniedbania.
Kłamstwa i braku.
Pozorów i krzywd.

Nie zgadzają się na zabójstwo światła.
Nienawidzą łez i nieposzanowania.

Pełni kontarstów.
Może sprzeczni.
Ludzcy.
Prawdziwi.

Cudów nie ma.
Podobno.

Ale oni codziennie zmieniają świat odrobinę na lepsze.
Zostawiają ten mały kawałek swojej osoby w sercu kogoś innego.
Tak potrzebującego.
Uczą kochać.
One same żyją wyłącznie dla miłości.
Dziękują na okrągło za wszystko.

Choć szczerze to my powinniśmy przynajmniej raz podziękować im.
Za to, że walczą o niemożliwe.
Za to, że zasiewają dobroć nienachalną.
Za to, że nie uginają karku pod ciężarem niechcianego odrzucenia.
Za to, że przy tych naszych schodkach wyciągają dłoń.
Tę, która według tego świata nie czyni cudów.
Tę, która, w moich oczach, codziennie czyni cudów za dużo, by mogły zostać dostrzeżone przez niewprawione oko.

W TYLE

Może powinniśmy pozostawić w tyle te słowa, które nie padły. Wyobrażenia rzeczywistości, które nigdy nie mogły by się ziścić. Dotyki dłoni, które muskały jedynie mgłę obecności, a nigdy realne ciało. Spojrzenia wymienione jedynie przez brudną szybę, której nikt oczywiście nie próbował przetrzeć. Wszystkie myśli formułowane w kluczu koślawych wypowiedzi. Lękliwe drżenie rąk, które emocjonowały się zapowiedzią.

Pora zdmuchnąć płomień iluzji nieprawdy. Wspomnienia nie są realne. Za to pragnienia są nazbyt żywe. Plany, rysowane złamanym ołówkiem, omijały, każdym sposobem, prawdopodobieństwo poprawnego rozwoju. Nie zabraliśmy ze sobą nic, bo nic nie mieliśmy. Żegnaliśmy ulotności tak krótkie, że spokojnie mogły by być natychmiast wykreślone z historii tamtych dni.

Więc co zatrzymało wtedy czas? Dlaczego zakrzywiono spojrzenie dokładnie tak, że było zdolne wyłapać nagiętą perpektywę jutra?

Mieć odwagę spojrzeć w sobie w oczy i zobaczyć tęsknotę. Ujrzeć odbicie rzeczy, które… Wiadomo, że nie są i się nie staną. Obraz spowity drganiami strun płaczu. Wyfruwające zza pleców motyle bezwładnych uniesień. Łuski obojętności odrywające się od skóry. Para zakazów usuwa się spod nóg. Miarowy oddech pocieszenia, uspokajające się bicie serca dawcy. Zniszczenie strachu pustki, przyjęcie pokoju, wychwycenie urywka rzeczywistości.

Poczęstujemy się nazwajem gorzką tabliczką czekolady. Zgubimy wtedy prawdziwy smak słodyczy. Po pewnym cukier będzie dla nas, nareszcie, zbyt intensywny, więc przestaniemy go pożądać. Fortunnie, nie będą nas cieszyć słodkości. Wyleczymy się z chęci słodzenia sobie wszytskiego. Przestaniemy liczyć na kawałek mlecznej lub owocowej, pełnej i wyjątkowej praliny. Dieta restrykcyjna zahartuje nas na przyszłość. Nie ma słodkości. Jest gorycz. Zdrowa, ale niestety gorzka czekolada.

Czekam aż głód słodyczy przeminie.

ZDOLNOŚĆ SŁÓW

Tyle tych słów. Błagają o chwilę uwagi. Cisną się na usta. Chcą się wymsknąć okrutnym kajdanom. Jednak to niemożliwe. Te łańcuchy są zbyt twarde. Obręcze przylegają nadto bezwględnie do ich chudych nadgarstków. Unieruchomione, porzucone, zamknięte. Przegłodzone, wyziębione, osamotnione. Skatowane, pozbawione nadziei. Nie wiedzą kiedy przeminie ich wyrok.

Codziennie doświadczają, że dzisiaj nie odzyskają wolności. A była chwila przebłysku, promień zmiany, powietrze z zewnątrz. Chwilowy okruch tego, co jest dla nich niedostępne. Zaproszenie, by się rozpędzić i wyfrunąć. Ale nie. To złudne. Będzie jak zawsze. Okazja od razu przemija. Sefj ułudnej ochrony się ponownie zamyka. Tak szybko, by nikt nie dojrzał więźniów.

Przez to, ich pobyt w celi staje się jeszcze bardziej nieznośny. Kolejne poniżenia. Następne odebrane prawa.

Ciasnota się zawęża kształtem do coraz foremniejszego szcześcianu.

Tak. Próbujemy otworzyć usta. Staramy się uwolnić zdania. Prawie nam się to udaje. Jednak nie umiemy sprostać temu niewinnemu zadaniu. Słowa są zagrzebywane jeszcze głębiej. Myśl: „tak, to jest ten moment, by przerwać ciszę!” Ale nie. Jednak nie. To pora, żeby kolejny raz zagryźć wargę. Krwawa ofiara szansy.

A te upragnione słowa, które dawno powinny paść, gasną. Ich znaczenie się zaciera w słowniku naszego życia.

Za trudne jest powiedzenie, że już nie możesz. Niemożliwe jest do wyobrażenia przesłanie formułki: przepraszam, proszę i dziękuję. Jak to jest powiedzieć: pomóż. Ile odwagi wymaga wyciągnięcie na światło natury opuszczenia i idei samotności? Jak ciężko pokazać innym obraz swojego lęku? Jak to jest wyjść z kryjówki małości? Jak głośno trzeba wołać, by ktoś usłyszał i w końcu pomógł wydostać się spod gruzów „zbyt wiele”? Ile toreb wątpliwości pragnie się wystawić za drzwi samotni? Czyje puste naczynia napełnić łzami wrażliwości? Z kim podzielić się jarzmem emocji? Komu wysłać prośby o zmiany? Czyjego drewna się chwycić, by móc sie podeprzeć i finalnie wstać?

Gdy otwierasz usta, chlustają Ci w twarz falą : NIE!. Woda skrytości miesza się z łzami bezsilności. Twarz pozostaje nienaruszona mimo huraganu walki tego świata z Twoją kruchością. Krzyczą Ci: nie chcesz, nie wolno, nie powinieneś, nie rób.

Zakazy i nakazy. Pouczenia i rady. Zrozumienia i wyręczania. Ciężary własne, niepotęgowane przez cudze. Pokora pozwalająca wytrwać w cichości. Łzy z krzyczącym bólem wypływają z duszy, której podobno nie ma. Prawidła karmiące nas od dawna, nieprzebite przez nic innego. Lepszych dróg tutaj nie ma, niech zostanie jak jest. Niema rezygnacja i chwilowe poddanie się. Ponowne stanięcie w szranki, aż do kolejnej utraty tchu. Zawody, które zlewają się w rzekę opuszczonych nadziei innych.

Stoimy razem, ramię w ramię. Wszyscy spragnieni. Wszyscy nienasyceni. Wszyscy łaknący. Wszyscy osamotnieni. Wszyscy zawiedzeni. Wszyscy niemogący. Wszyscy straceni. Wszyscy podtrzymywani nadzieją. Wszyscy walczący. Wszyscy niemowy.

Prosimy o zdolność słów.

REBELIANT

Już zaksięgowano wszystkie nasze wady. Napiętnowano wszelkie słabości. Wystawiono faktury za każdy najmniejszy błąd. Zakrzyczano słowa, podważono autorytet, przekręcono wypowiedzi, zatarto znaczenie komunikatów. Pozbawiono sensu nasze wyjście z tłumu. Poinformowano nas, że odwaga wyłuskana na to, by przerwać ciche milczenie zgody wobec rzeczy jej niegodnych była niepotrzebną stratą energii.

Zapomnieli się powstrzymać od pouczania. Nie potrafili powstrzymać frazesów wylatujących z ust za szybko. Wznieśli wrzask. Wywołali huk. Spuścili nam na głowy worki kurzu strachu. Na ramiona nałożyli potężne ciężary ich odpowiedzialności. Poczęstowali nas skutkiem swoich działań.

Każą nam być silnym. Stójcie na baczność. Nie zwracajcie uwagi na łzy płynące po policzkach. Maszerujcie. Raz. Dwa. Trzy. Trzymajcie rytm. Słuchajcie rozkazów, nie oglądajcie się na tych co zostają w tyle. Równaj do tempa. Stój! Baczność! Nie ważne są straty. Nie liczymy się z tymi, co nie dali rady. Nie mamy względu na bezpowrotnie zagubionych. Nie marnujemy czasu na tych, którzy byli za słabi. Nie chcemy w naszych szeregach bezwartościowych. Zrozumiano? Ruszać!

W tym bezwględnym tłumie nie ma nikogo, kto mógłby otrzeć łzy drugiej osobie. Przykładamy głowę do poduszki, bez nadzieji na zgubienie gnębiącego poczucia samotności. Niby wśród wielu, z pozoru nieczułych, a jednak tak samo stęsknionych obecności. Każdy z nich nalężący do skrzywdzonego, wiecznie trenowanego w obojętności tłumu żołnierzy z podziurawionymi duszami.

Wojny strachu. Bitwy okrucieństwa. Potyczki pychy. Stulecia obojętności. Tysiąclecia krótkowzroczności. Dekady wyzyskiwania. Chwile wyszarpywane komendom pokryjomu, podszyte strachem przed demaskacją. Cichi rebelianci, którzy nie godzą się. Szykują bunt. W dzień mają maski tych, z którymi przystają. W nocy werbują. Nie przekonują. Nie namawiają. Cicho wierzą i przekazują ten błysk nadziei innym. On, przejawiający się tylko iskrą we wzroku innym. Niczym więcej. Nienachalny. Dyskretny. Subtelny. Skinięcie drugiemu głową na milimetry. Teraz maszerujmy. Niby poddani władzy. Niby wykonujący rozkazy.

Chcą działać, bo mają dosyć ocierania łez samym sobie. Nie chcą czuć tylko swojej dłoni obejmującej ich własny policzek. Nie godzą się na brak. Czułości. Bliskości.

ZACHŁYSNĄĆ SIĘ DELIKATNOŚCIĄ

Są takie chwile. Nieskażone żadną gwałtownością. Rozdzierające przykre emocje swoją delikatnością i nienachalnością. Budzące najbardziej zaniedbywane nadzieje.

Zdarzają się czasem takie momenty, gdy znaczące ślady łez wrażliwości zostają wytarte korytarzami nurtem wolno płynącego czasu. Jak, jakkolwiek, opisać coś, cokolwiek, bez żadnego zrywu? Postępującego tak płynnie? Sunącego z taką gracją? Nucącego tak melodyjną pieśń? Grającą po tych najczulszych strunach świadomości? Szukającą słów niedorzecznych, nieużywanych czy nietuzinkowych, zagubionych w świecie szortkim i chropowatym.

Te momenty są dotykiem. Dotyk jest taką chwilą. Delikatność jest dotykiem. Dotyk jest subtelnością.

To jest po prostu oddanie. Oswojenie. Odnalezienie bliskości i głębi trudu zbliżania. Smakowanie owoców szczerości bycia. Muskania oddechu istoty. Płonące ukojenie. Zawodząca tęsknota. Zapomniana wiara.

Urwanie i przedłużenie chwili i historii. Podział oraz unifikacja jedności oraz szczątków. Akceptacja jak również pogarda niedoskonałości wraz z ideałem. To wszystko tka półprzezroczysty jedwab, mogący okrywać wstydliwą nagość i mający siłę zdzierać pancerze otulające szorstkość strachu.

Materiał, który unosi się kilka centymetrów ponad powierzchnią skóry czeka na pozwolenie. Za zgodą przesunie się milimetr bliżej. Po podjęciu kolejnej decyzji podjedzie kolejny krok w naszym kierunku. Jeśli zburzy się kolejny mur oporu prawie zapuka do drzwi. Gdy zaakceptujemy ryzyko, te nie do uniknięcia, przekroczy próg i finalnie otuli. Kruchość. Twoją.

Przebiegnie niespiesznie, w całkowitej wolności, pod dyktaturą wyłącznie swobodny, po Twoim ciele. Szarpnie za wszystkie komórki nerwowe, oczyszczając połączenia między nimi. Ukoi rozdygotane serce, wybijając żwawszy rytm marszu. Potwierdzi Twoje obawy, wylewając balsam spokoju. Przypomni jak to jest skryć się bezpiecznie w ramionach, które nie są niczym pewnym.

Czy otworzy serce? Pozwoli Ci zadecydować. Obok wytrwa. Cienie Twoich obaw muskać będzie, a światło zagubione odnajdzie. Mrok rozświetlić może, za drzwi Twojego domu każde „ale” i wszystkie „to się nie uda” wymieść jest w stanie.

Odetchnij świeżością. Zachłyśnij pięknem. Oczaruj wybaczeniem. Pokochaj ulgę. Nie odrzucaj.

ZBYT WIELE

Obecne czasy? Moje pokolenie? Jacy jesteśmy? Co nas cechuje? Czym jest nasza codzienność? Jakie znaki wyczytasz z naszych twarzy? Wydaje mi się, że może rzucić Ci się w oczy pewien frazes : to zbyt wiele.

Bo wierzymy, że to zbyt wiele, by przyznać się do słabości. To za dużo, by opowiedzieć o swojej chwili smutku, nawiązać do jakiegoś momentu zwątpienia, potwierdzić przypuszczenia o niedostatecznym zapasie sił. Przytłacza nas własna niechęć i zrezygnowanie, uczucie o niezdefiniowanym źródle, niepokój otulający nas tak często do snu. Przybijają nas pytania, z którymi mierzymy się, przyglądając się pędzącemu światu. Rzeczywistości, która wydaje się nasza, ale tak, na prawdę, w ogóle nas nie chce przyjąć. Która nie pozwala nam się wpasować.

Patrzymy na tę codzienność z boku. Chłodno kalkulujemy. Trzeźwo miarkujemy. Bo dla nas to zbyt wiele, by pozwolić sobie pokazywać emocje. By obdarzać ludzi szczerym uśmiechem. By bezinteresownie ofiarowywać komuś ciepły uścisk dłoni. By bez namysłu i bez głupich barier przytulać kogoś. Myślimy, że to nie jest właściwe, że to nie jest słuszne i że tak nie wypada. Dzieje się tak, bo patrzymy na to wszystko i, po chwili zastanowienia, dochodzimy do brutalnego wniosku, że codzienność nie obdarza nas, sama z siebie, takimi drobnymi, ale jakże ważnymi, gestami. Wierzymy, że na wszystko materialne, dające pewne rezultate, mające odbicie w natychmiastowych nagrodach warto i w sumie trzeba zapracować. Za to na takie efemeryczne chwile, jak podbudowanie się ciepłem i doświadczenie tej dziwnej dobroci od ludzi, nie warto poświęcać sił. Nie warto tego szukać. Uczą nas, że nie należy skupiać się na tym, co nie da pewnej korzyści. Wtłaczają w nas to, że ludzie nie są dobrą inwestycją. Sami się na dodatek w tym utwierdzamy, zatapiając się w zawodach, żalu i rozpamiętywaniu.

Te podejście wydaje się jedynym słusznym po doświadczeniu rozpadu więzów rodziny. Wyżarta w sercu dziura powoduje, że to zbyt wiele, by wierzyć w istnienie miłości. Niekończące się awantury, mnożacę się wykładniczo kłótnie, nagłe rozstania. A później? Skupienie się na sobie i próba poskładania swojego życia na nowo. To wszystko zostawia bezbronne dziecko z wielkim poczuciem braku. Zostaje mu wyrwane z rąk ciepło domu. Rotrzaskuje się w drobny pił idea dawania siebie komuś. Porzucony, zapodziany z ciążacą mu beznadzieją i złością, niezrozumieniem i rozpaczą. Przecież to oczywiste, że to jest zbyt ciężkie, by drobne, malutkie ciałko, z tak wielkim sercem, mogło to udźwignąć. Wszelakie emocje zostają stłumione przez wieczny smutek i tęsknotę.

To zdecydowanie zbyt wiele, by prosić rodziców o miłość. Za dużo, by błagać ich o umiejętność kochania siebie. Nadzieja na walkę o siebie i o ich dzieci leży poza zasięgiem pojęcia i życzeń.

Dlatego wolimy pracować tylko na siebie i pod siebie, od samego początku.

Jednak wracanie do pustego domu, spotykanie za drzwiami swojego azylu jedynie pustej, obcej przestrzeni jest przerażające. Bo to zbyt wiele, by przyznać się do tego, że samotność rzuca nas na kolana. Że pozbawia nas skutecznie tchu i bezwględnie przyciskac do ziemi. Nie wierzymy w miłość, ale tak na prawdę w duchu ciągle o nią błagamy. Nie chcemy i nie umiemy kochać, ale wydaje nam się czymś naturalnym, oczywistym przytulenie do kogoś w chwilach, gdy nie ma się już sił, by ocierać łzy kapiące na zimną podłogę.

Z tego powodu zbyt wiele kosztuje nas odmawianie sztucznym substytutom miłości. Wszystkiemu mającemu na chwilę zapełnić pustkę w sercu. Zajęciom, które skutecznie odciągają uwagę. Mediom i portalom, w których na sekundę wchodzimy w myśli i spojrzenie kogoś innego. Filmom, które na chwilę pozwalają nam się oddać emocjom. Serialom, które zapraszają nas w miejsce alternatywne, życie ciekawsze i bogatsze w kolory, postacie, relacje, których tak bardzo nam na co dzień brakuje. Sporcie, który budzi w nas pewność siebie i siłę. Nauce, które buduje naszą wartość i budzi w nas poczucie użyteczność wobec społeczeństwią. Pracy, która daje satysfakcję i nadaje sens czynom, gdy wypełnimy zadanie. Związkom, które tylko zostawiają większe rany w sercu i jedynie chwilowo zaspokajają potrzeby bliskości, namiętności i nie dają nic więcej, poza erotycznymi uniesieniami.

To zbyt wiele, by przyznać się do tego, że to życie nie ma smaku. Zbyt wiele, by spojrzeć sobie w twarz w lustrze i powiedzieć: jesteś pusty. Zbyt wiele, by przewertować karty, którymi rogrywasz swoją codzienność. Zbyt wiele, by odrzucić te dające nieużyteczne supermoce i by pozostać tylko z kilkoma, ale jakże ważnymi kartonikami. Zbyt wiele, by zacząć wojować w każdym dniu skromnym i małym arsenałem, ale za to takim, któremu ufasz i takim, którym chcesz walczyć. To zbyt wiele, by wyjść z tego milczącego tłumu i nauczyć się mówić o emocjach, o niepokojach, o sobie, o innych, o prawdzie na temat tego, co znaczy być człowiekiem.

Takim zbudowanym z uczuć i pragnień, nadziei i marzeń, celów i porażek.

To zbyt wiele, by przyznać się, że dar życia to dla nas często za dużo. Że szansa nawiązania długotrwałych relacji to zbyt koszmarna odpowiedzialność, która bezlitośnie będzie ciążyć na barkach. Że walka o to, co słuszne, jest zbyt trudna, dlatego nie ryzykujemy i staramy się tylko o nic nie warte rzeczy. Że żyjemy w beznadziei tego, co robimy i prosimy w głębi serca o jakieś małe, niezrozumiałe dla nas, promyki światła, które rozjaśniły by ten dzień. Że w ciszy serca wołamy o radość i uśmiech, o zabranie samotności i o możliwość bycia szczerym – wobec sobie i innych.

Czy jesteśmy gotowi, by powiedzieć: boję się samotności. Brakuje mi bliskości. Nie znoszę tej pustki w sercu. Lękam się konsekwencji swoich decyzji. Każdy mój dzień cechuje niepewność. Gubię w rozwoju tego, co mnie otacza, pędzie czasu, którego nie sposób zatrzymać. Męczy mnie to nieustannie stawanie na rozdrożach. Tęsknię. Pragnę. Proszę. Żałuję. Czuję. Płaczę. Śnię. Marzę. I najważniejsze. Kocham, chcę kochać lub proszę, o to, by ktoś nauczył mnie kochać. Siebie, innych, dzień, jutro, wczoraj, możliwość, piękno i prawdę.

KONIEC

Czy zawsze nastąpi dokładnie ten sam finał? Czy każda droga musi mieć ujście w jednym punkcie? Czy każde słowo wypowiedziane lub pomyślane wiedzie do konkretnej, jawnie zdefiniowanej wypowiedzi? Czy nad wszystkim wisi nieprzebłagalny, uciążliwy i niemożliwy do przeskoczenia determinizm?

Wydaje się, że kluczowym i zarazem najważniejszym, zagadnieniem jest to, jak należy zacząć. Wiedzieć z jaką prędkością ruszyć, co ile i jak szybko przyspieszać. Potem już powinniśmy podążać jednym torem. Jednoznacznie określonym i łatwym do ekstrapolacji. Przynajmniej tak uczy matematyka. Czy tak rzeczywiście jest?

Czy przypadkiem nie brakuje nam wiedzy, przez co nieustannie wpadamy w ślepe uliczki? Co jeśli niedokładnie zbieramy pomiary, które, zmierzone z większą uwagą, wyjaśniały by odchylenia od oczekiwanego przebiegu? Może jest tak, że nasze obliczenia i przewidywaia nie uwzględniły jakiś zmiennych i pewnych poprawek, które, zauważone, implikowały by pewne dodatkowe równania.

Naukowcy powiedzą, że to tylko wyidealizowane modele. Że rzeczywistość jest bardziej skomplikawana. Że nasz ruch jest skutkiem wielu zmiennych, których wpływu gołym okiem nie widać. Przynajmniej w ogólnym przypadku, bo jego skutki można obserwować w pewnych newralgicznych momentach. Niby ich liczba jest miary zero. Historia pokazuje, że, wbrew matematycznej logice, żadnego z nich nie można pominąć, żadnego zignorować, żadnego wykluczyć.

Bo prawda i przestrzeń mają kształty nieuchwytne dla badawczych oczu fizyków i zwinnych w liczeniu purystów matematycznych.

Oni wszyscy, jak jedno ciało, jedna mentalność, skupiają się wyłącznie na układzie. Badają fakty dokonane, rzeczy mierzalne i mogące podlegać eksperymentom. Nie patrzą na to, co było zanim wszystko ruszyło. Nie myślą o tym, co zostanie z punktu materialnego, gdy dotrze do kresu wytyczonej dla niego trasy.

Spójrzmy głębiej. Przejdźmy ślady historii naniesione do momentu, kiedy wciśnięto start. Ile znaków krzycących, żeby nie ruszano, żeby zrezygnowano z działania, kierowca zignorował? Przyjrzyjmy się także skrupulatności tych, którzy mają dbać o detale. Czy dokonano drobiazgowego przeglądu pojazdu i czy zbadano stan kierowcy? Czy wybrano najdogodniejszy ze wszystkim możliwych momentów? Czy zebrano tyle danych, by być, chociaż w sensownym stopniu, pewnym czegokolwiek i by uniknąć szukania na gwałt odpowiedzi dopiero w chwili, gdy cała, potężna machina nieodwracalnie ruszyła?

Kolejne idealizacje i oszukiwanie. Nie można wszystkich. Nie da się każdych. Nie odnajdzie się maximum. Nie zminimalizuje się niepomniejszalnych. Nieosiągalne. Poza. Nad. Pod. Za nami. Przed nami.

A my dalej ślepi. Dalej pewni. Dalej mądrzy. Dalej głupi. Dalej zatrwardziali w swoich przekonaniach.

Dla niektórych pewne przedsięwzięcia to koniec. Finisz i poddanie się. Głuchy smutek. Pozbawione nadziei oczy. Suche łzy. Puste ideały. Utracone marzenia i złamane serca.

POSTAĆ

Jesteśmy pewni siebie. Obydwoje. Stoimy wyprostowani niczym struna. Głowa pozostaje dumnie uniesiona wysoko. Z naszych twarzy nie wyczytasz nic. Jesteśmy odwieczną zagadką. Meczącą niewiadomą. Fascynującą enigmą. Przejdziemy obok ciebie jak cień, który wybije się na tle płomieni i świateł. Zachwycisz się naszą głębią. Utoniesz w naszej nieprzeniknioności.

Oczarujesz się i zarazem zawiedziesz. Będziesz próbować w, niekoniecznie naszym ale jakimś, niepojętym bycie szukać odpowiedzi. W każdym oddalającym się zbyt szybko człowieku swojej stabilizacji.

Płonie w nas ogień. Dziki. Wolny. Ujmujący. Wypełnia puste przestrzenie. Dociera w miejsca ugaszone. Ociepla oddechy oziębłych serc. Pobudza do życia wszystkich pozbawionych pragnień. Wychodzi na przeciw strachowi. Nie boi się prawdy. Nie ucieka przed atakiem. Nie chowa się za kaftanem wygodnictwa. Nie ulega wpływom. Nie godzi się na bezprawie. Nie daje satysfakcji knującym podstępy. Nie traci swojej godności. Umie znosić porażki. Przyjmuje krytykę. Uczy się pokory. Szuka wrażliwości. Pozwala zbliżyć się łzom.

Ludzie nie wiedzą skąd pochodzimy. Pytają, co podsyca ten żar. Próbują naukowo opisać zjawisko. Snują teorie i szukają dowodów, by je poprzeć. Nie potrafią przyjąć, że to wykroczy ich pojmowanie. Nie mogą się zgodzić na przymus ugięcia swojego karku pychy i przyjęcia tego, że w ich układance brakuje tak wielu puzzli.

Ze swoim towarzyszem wymieniam spojrzenie. Kiwamy sobie głową. Utwierdzamy się w naszej postawie. Dzielimy się swoją dystynkcją. Przypominamy sobie, by uważać, by przypadkiem nie utonąć i nie zgasić siebie. Dzielimy nasze niezrozumiałe zrozumienie. Potęgujemy nieświadomą świadomość. Prostujemy nieodginalne zakręty. Zapominamy o egoistycznych nas. Wyglądamy daleko przed i za siebie. Czynimy kolejny krok do przodu i cofamy się. Suniemy, latając. Skaczemy opadając. Stapiamy się z tłem, górując. Pozostajemy nierozerwalnie złączeni, działając zawsze w rozdzieleniu.

Szaleństwo. Trwoga. Pytanie. Czar.

KRAWĘDŹ

Palce u stóp nieśmiało wysuwają się milimetry poza krawędź. Plecy wyprostowane, głowa wysoka uniesiona, twarz niezwruszona. Ręce luźno opuszczone, trzymane są blisko tułowia. Jedynie zaciśnięte pięści zdradzają oznaki napięcia. Tak tam na wysokości trwa żywy posąg anioła, stąpający na co dzień po powierzchni ziemi.

Wyniósł się ponad ludzi, wspinając się na pewną monstrualną budowlę wzniesioną ich rękoma. Stoi na szczycie jednego z naszych sztampowych osiągnięć, wieżowca wysokiego aż do nieba. Dokładnie takiego, jakiego pragnęli architekci wieży Babel.

Szyby krzyczą: poradzili sobie bez Boga i bez bogów. Piętra wtórują im, oddając hołd ludzkiemu intelektowi i pomysłowości. Ściany, w swojej pysze, prężą się dumnie jako wspaniałe wizytówki potęgi człowieczeństwa. Dachy zachłyśnięte cudownością możliwości dotknięcia nieba, wynoszą ego Homo Sapiens jeszcze wyżej, niż one same mogą sięgnąć.

Ten anioł czuje pod sobą prawdziwość tego budynku. Słyszy oddech znajdujących się wewnątrz ludzi. Przygląda się szerokiej panoramie metropolii. Ma przed sobą obraz zaledwie jednego z wielu, wielu ogromnych miast. Jego obserwacji towarzyszy poczucie małości. Kusi go oddanie pokłonu człowiekowi. Nie umie przezwyciężyć tej obezwładniającej kolosalności ludzkiego dorobku.

Tak. Możemy dumnie wypiąć pierś. Wprawiliśmy anioła w podziw. Pokazaliśmy mu swoją potęgę. Zastanówmy się, czy to pora na taniec zwycięstwa? Czy nadszedł czas na kolejną dekorację medalami i wręczenie już któryś z kolei pucharów? Czy nastała znowu chwila, by postawić sobie kolejne pomniki upamiętniające jakiś chwalebny moment? Czy już, teraz należy wzywać skrybów, wykuwających na kamieniach naszych osiągnięć kolejne historie trymfów? Czy można z czystym sumieniem oddać się w błogie ręce zaspokojenia, pyszności i megalomanii?

Nasz anioł płacze. Łzy powoli skapują z jego policzków. Spadają, szalenie pikując w przestrzeń rozciągniętą pod nim. Z każdą sekundą przyspieszają. Szybko zaczynają parować. Opory ruchu zaczynają rozrywać te krople, dzieląc je na coraz mniejsze i coraz słabiej dostrzegalne cząsteczki. W końcu łzy stają się tłem. Zaczynają być jedynie częścią mieszaniny atomów i związków powietrza. Nikt o nich już nie pamięta. Jak szybko się pojawiły, tak zaskakująco bezwględnie zniknęły.

Rozpacz anioła zostaje spotegowana. Niewzruszoność ludzka wywołuje powódź łez. On wie, że każdą z nich czeka ten sam koniec, jednak nie ociera ich. Każdej pozwala spaść. Każda ma uczyć, każda ma przypomnieć, każda może uświadomić.

W nich zapisana jest historia życia każdej jednej istoty ludzkiej. Przebywasz jakąś drogę, by kiedyś tak samo zniknąć. By również stać się tłem. Identycznie rozpaść się na cząsteczki, które później będą przenikać inne materie organiczne. Te budowle, pomniki, medale, szacunki i pochwały też kiedyś ulegną degradacji. Wszystkie zwoje chlubnych zwycięstw i osiągnięć przemienią się w przerażająco marny proch. Tak jak łza, która przebywa swoją drogę, zanim zniknie i która ma dany jakiś czas, w którym będą o niej pamiętąć, tak człowiek podejmuje swoją wędrówkę i otrzymuje swoje miejsce na tym świecie na określony okres.

Dlatego na dłuższą metę wszystkie osiągnięcia, wszystkie wynalazki, wszystko, co udało nam się odkryć, każda rzecz, która została przez nas rozwinięta, udoskonalona okaże się w dalszej perspektywie czasu niczym trwałym. Niczym ważnym. Niczym wzniosłym. Niczym znaczącym.

Teraz, w XXI wieku do dyspozycji mamy broń, która może zabić każdego. Korzystamy z naszych wynalazków tak skutecznie i przemyślanie, że niedługo, przez własny wpływ na klimat i środowisko, uczynimy Ziemię miejscem, na którym życie nie będzie już więcej możliwe.

Wobec siebie stawiamy żądania tak wysokie i sami stajemy się tak głodnymi rzeczy, idei, lukusu, pomysłów, bodźców, że chyba będziemy musieli przebudować swoje ciała i przemienić się w doskonalsze od nas humanoidy, by umożliwić sobie wpasowanie się w rzeczywistość, którą sami kreślimy. Kiedyś pewnie postaramy się przełamać bariere etyczne i, programując kody genetyczne swoich dzieci, będziemy tworzyć nadludzi. Zaczniemy kombinować z hormonami, neuronami, mózgiem, tak by nie czuć więcej smutku, żalu i tęsknoty. Myślę, że nie omieszkamy powalczyć o nieśmiertelność.

Zabijemy ostatecznie próżne ideały, nieistniejące byty i bujne wyobraźnie, świat przeżyć i ułud, i sprowadzimy wszystko do religii informacji zero – jedynkowych. Zatrzymamy się na przeżyciu krótkich przeżyć i pisaniu nic nie znaczących klatek historii żyć?

Takimi właśnie ścieżkami wędrują myśli anioła.

On ciągle płacze, bo zawsze patrzy w dalszej perspektywie niż robimy to my. Jest mu przykro. On ma świadomość, że będzie umiał się uratować. On wie, że będzie mógł uciec. On, w porównaniu do nas, potrafi wnieść się ponad, rozpiąć skrzydła i odlecieć, uwolnić się od tego wszystkiego, co rozgrywa się pod nim. Za to my? Tak mocno przywiązani do przemijalności, nie umiemy pofrunąć jak on. On nie chce nas zostawić, ale będzie musiał to zrobić. Szanuje wybór, który podjęliśmy.

W taki kozi róg się wpędziliśmy.