Dotarliśmy…

Dotarliśmy do Was, wspomożycieli. Powaliliśmy Wasze zagubione spojrzenia.

Stracone sny. Umarłe myśli. Puste frazesy odbijane echem w stronę ścian, tak by wygasły.

Mury cegieł ukruszonych tworzą zapadłe warownie. Kupione troski. Utracone radości.

Was, nas oczekiwano. Zamiast tego natknęli się na nich. Wrzucających niewarte monety do głuchych naczyń, pobrzmiewających złudnym zapełnieniem.

Szzzz…

Nie obudźmy nadziei. Nie wylapmy za dużych planów. Nie oczekujmy lotów ponad sznury gasnących oczekiwań.

Te pióro niemogące wybijać śmiertelnych słów na przemijających kamieniach. Pociągają za sobą pogrom potęgi i wyniesienie braku. Szukanie sensu traci przez niepojawienie się go.

Dane, a potem zabrane. Ukochane niechciane, odrzucone pożądane.

Rozmach, skurcz. Serca i gestu.

Jak pstryk. W trzask.

Dziura. Śmieszna maskarada słońca. Smutny zachód księżyca. Złamane strugi deszczu. Nagięte promienie lat. Wygasają. Ciche, czy nieme.

Nieistotne.

MOJE SŁOWA

Co takiego mogę tu pozostawić? Część z was powie, że kiedyś zostawię wszystko i wszystkich. Większość z nich nawet wcześniej zostanie mi niespodziewanie odebrana. Niektórzy stwierdzą, że nie mogę zostawić niczego, bo nic tak na prawdę nie jest moją własnością.

Czy działanie powinno odciskać piętno na tym świecie? Może słuszne jest własnie to, gdy pozostanie niezauważone i od razu wycofa się w cień, dzięki czemu uniknie głupiej pychy? Którą postawę obrać? Pewną siebie i przekonaną o zdolności do zmienienia kawałka przestrzenii? Może jednak lepiej uzbroić się w przezorną niewiarę we własne zdolności i talenty?

Taka sobie moja gra życia. Nuty są wygrywane tak, że rezonują w jakiś obszarach, za to w niektórych są wygaszane. Sama podejmuję decyzję, gdzie się nasilą. To w mojej kwestii leży wybór tego, co będzie moim wzmocnieniem, na jakim konkretnie kanale wybije sygnał nadajnik i w jaki sposób będzie można odebrać pakiet informacji.

Codziennie słowa płyną falami. Nie tylko moje. Szczególnie nie moje. Wybrzmiewają lub skrzypią, drażnią ucho bądź koją napięty umysł. Większość z nich nie przeniknie wielu ścian, nie spenetruje mnogiej liczby miejsc, nie wtargie w życia obcych ludzi.

Widzisz swój dorobek działania i może łapie cię bezsens. Poddajesz się niemożności uzyskania wyraźnego wyniku tego, po co coś robisz i czy komukolwiek jest to potrzebne. Zachowują się nietrwale jedynie jakieś myśli i luźne zbitki słów natchnionych chwilą, skromne wybuchy emocji zamknięte w monologach czy łzy ukryte pod i za co drugim wierszem.

Przenosisz myśli na papier, by uporządkować. Werbalizujesz nitki chaosu zasupłanego w głowie, starając się dojść do kłębka problemu. Układasz stosy akapitów, bo nieświadomie szukasz pod nimi kruchej igły spokoju.

Słowa, które wywierają wrażenie nic nie wartych. Tylko dlaczego te frazy dalej płyną? Nieistotne. Zasiane flauty spokoju, które wprowadzają w magiczny obszar wyobrażeń. Wpuszczone tylnymi drzwiami huragany niechcianych lęków, które nie pozwalają usnąć.

Dlatego ładujesz w klawisze, konwertując słowa, prawie zawsze nieprzeciskające się przez zamknięte usta, w bity cyfrowej informacji. Dołożenie się do mnożącej się bazy danych nic niewartych myśli.

Jednak dalej chwytasz za to mentalne, szorstkie pióro i tworzysz. Coś własnego i coś Twojego. Coś tak odległego i coś tak bardzo z wnętrza siebie. Czasem boisz się pokazać nawet rąbek nieistniejącej kartk. Boisz się z pewnością oceny i niezrozumienia. Może wyśmiania i pogardy. Lękasz się, tak prosto po ludzki, odsłonięcia siebie. Wiesz, że każde słowo skrywa malutką prawdę o wrażliwym tobie. Jesteś świadomy, że w tych twoich zdaniach nie wkładasz maski pokazywanej codziennie światu, a wręcz przeciwnie, dopiero wtedy ją zdejmujesz.

Tak. Dużo jest prawdy w tym, że kartka wszystko przyjmie. Słowa prawie wszystko określą i prawie nic oddadzą. Ale dają schronienie tobie. Temu prawdziwemu tobie. Z nieakceptowalnymi przez wyobrażenia niedoskonałościami, niechcianymi przez siebie emocjami, nieznajdującymi sobie nigdy odpowiedzi myślami i burzącymi ład planów lękami.

Na chwilę wyłączasz swoją głowę. Dlatego tak kocham i ty kochasz te słowa. Moje i twoje. Niedoskonałe i piękne. Niegodne, by robiły gdzie indziej, niż w miejscu, z którego płyną, furory. Pewnie nie wywrą wrażenia na prawie nikim. Wiemy to oboje. Ja i Ty, niemy, odważny pisarzu. Jednak pocieszmy się tym, że już są utulone przez autora. Tak bardzo moje i tak bardzo Twoje. Trochę wybrakowane.

GWIAZDY

Widziałam gwiazdy. Poprosiłam je, by opowiedziały mi historię. Nie swoją. Jakąkolwiek. Kojącą. Utulującą do snu. Błagałam je w myślach, by przerwały naszą głuchą ciszę niemego kontaktu. Dumne, górowały nade mną. Czy to moja naiwność, jeśli nieśmiało i wstydliwie pomyślałam, że mogłyby, kiedykolwiek, objąć mnie swoimi odległymi, chłodnymi ramionami? Czy one, w tym czasie, nie śmiały się z krótkowzrocznych, ale jakże tęsknych oczu o kolorze chęci poczucia braku samotności, kierowanym ku nim co wieczoru? Czy smakowały dźwięku drżącego licho tembru matczynego głosu, tłumionego szorstką poduszką oraz napędzanego wzgardzanymi łzami? Czy współodczuwały głupią radość, czy dzieliły bezsensowny smutek? Czy dryfowały po morzu nierealnych marzeń, czy doglądały odbicia czyjegoś złamanego serca?

Czy nie rozlegał się, za każdym razem, w odpowiedzi ich krzyk cichej samotności? Czy przez to nie wybrzmiewała gorzka lekcja o niepojmowalnej przemijalności? Czy nie piętnowana była brutalnie ludzka krótkoszarowzroczność? Czy ich ruchomy dystans, niemożliwy do pokonania, na zawsze poza zasięgiem, nie jest wystarczającym kompendium na temat pokory wyśmiewanej przez wszytskich?

One są dla nas? Może to my jesteśmy dla nich?

Zanurzeni w swoje światy, gubimy jeden wspólny. Zatraceni w przeżywaniu swoich chwil, przestajemy dzielić przestrzenie łączone. Zapętlający w głowie przykre myśli, zacieśniamy supły braku umiejętności werbalizowania potoku stanu obecnej chwili. Siłujemy się, nie wiadomo z kim, nie wiadomo o co. Próbujemy wspinać się ku różnym gwiazdom. Nie ku tym prawdziwym. Jedynie ku tym wyśnionym wyłącznie przez nas.

Teraz widzę gwiazdy. Wzrokiem zagubionego, czy porzuconego dziecka. Każde słowo niemoich gwiazd było by ciężarem nie do udźwignięcia. Ich zrozumienie minęło by się z naszym doświadczeniem pojmowania. Bo prawdy, zaszczepione w każdej molekule, są z natury zagadkowe. Co jeśli okaże się, że takie mają pozostać, bo właśnie takie ma być nasze życie?

Jedwabie, otulające nagość bezbronnej szyi istnienia, szyte są znakami zapytania. Kaszmiry tkane znaczącą niepewnością. Sukna poddawane nieprzebłagalnej niejednoznaczności. Satyny rozmyte determinizmem. Tkaniny ukryte, schowane na naszej skórze, wyłaniają się jak próbujemy je wcisnąć w sztywną ramę redukcji.

Czy można zdobyć się na gotowość otulenia nierozwiązywalną zagadką? Czy da się nabyć umiejętność przyjmowania fatalizmu niezrozumienia nieuchronności? Czy kiedyś spojrzy się, odrobinę dojrzalszym, troszkę mniej przerażonym, zdecydowanie mniej pustym wzrokiem na historię i przeszłość blasku obłoku gwiazdy, świecącej przecież nie dla mnie?

Czy odnajdę wymiar czasu z ruchomym punktem odniesienia, z możliwością odwrócenia kierunku i szansą dostrojenia wszystkiego innym przeskalowaniem jednostki?

Widzę te gwiazdy. Obejmuję myślą ich nieme towarzystwo. Dla mnie tak przytłaczające i tak zachwycające. Zasypijąc, mamy dzięki nim przed oczami setki, tysiące, miliony i miliardy. NIe tylko lat świetlnych. Także prób wędrówek fotonów. Chwil ciszy przenikania próżni. Wyścigów pod wodzą limitów ograniczenia prędkości. Linii zgarzeń zanurzonych w restrykcjach wobec przesyłu malutkich informacji.

My, tak zawieszeni w chwili ich piękna. Zanurzeni także w sile swoich emocji. Żyjemy równoległe życia. Wymiary empirycznego ronienia łez i osie analitycznych obserwacji historii Wszechświata nie są nam nigdy obce i takie stety się nie staną. Dlatego jesteśmy zagubieni, ale jakże walczni. Snujący nieistotne plany, formułujące nic nieznaczące obietnice, uśmiechający się tylko przez chwilę i smucący się tylko dla ukojenia niechcianego w sobie serca. Tacy my. Niepojmowalni.

UCZUCIA NIEKOCHANE

Przepraszam Was wszystkie, moje uczucia niekochane. Zagubiłam w pędzie uniesień sens Waszej obecności. Kłóciłam się z mądrzejszymi ode mnie, o to czy powinnyście istnieć. Sprzeciwiałam się pysznym okrzykiem niezgody na wasze towarzystwo.

Miałam w głowie wyśniony pałac swojej kruchej twierdzy. Chciałam kosztować najznamienitszych potraw, nie znając wcześniej smaku goryczy. Pragnęłam pachnieć wonią dobrodziejstwa, nie godząc się nigdy na konieczność obmycia twarzy ze śladów smutku. Myślałam o muskaniu gładkości, nieskruszonej przedtem przez nic, płyty marmuru, nie przyjmując próby zbliżenia się najpierw do szortkości niszczejących cegieł upadających murów kłamstw.

Otulona jedwabiem? Nie pozwoliłam najpierw spaść gryzącej wełnie z ramion. Sięgałam kosztowności, nie stając się nigdy uboga.

Pragnę Was wszystkie przytulić, moje łzy niechciane. Wymagałam od Was niemożliwej do uzyskania czystości. Chciałam wydestylować jedynie źrodlane związki, a na ściankach zamierzałam porzucić sól bólu. Zapomniałam o bezsmaku chwil, których nie można doprawić smutkiem skrapiających życie łez.

Chcę Was w końcu ugościć, moje zawodzące cechy mnie samej. Czy kiedyś zdobędę się na pozostawienie drzwi otwartych, byście mogły zamieszkać jawnie w moim życiu? Czy pozwolę sobie na serdeczność wobec Was, znienawidzonych? Kryjecie się w kanałach mojego domu. Czy tam jest wasze miejsce? Przecież jesteście. Byłyście. Będziecie. Zawsze niezaopiekowane i wykluczone. Łapiecie ochłapki, wyszarpujecie z mojego życia chwile. Doprowadzanie mnie do skraju wytrzymałości. Pozbawiacie mnie sił.

Bo jesteście tak bardzo niekochane. Więc jestem i ja. Niekochana.

Czy kiedyś Wam wynagrodzę brak uwagi? Czy uda mi się skryć Wasze twarze w rękawach akceptacji? Czy nadam Wam w końcu, bezpieczny dla was i dla mnie, zarys? Czy pozwolę Wam dekorować siebie głębią Waszego piękna? Czy zdecyduję się odnaleźć szlachetność szczerości, którą chowam za, malowanymi przez moją niechęć, szpetnymi maskami? Czy wydobędę kiedyś z Waszego skarbca krystaliczność niedoskonałości, która wyostrza kontury nietuzinkowe, która nadaje unikatowego kształtu krawędziom i która znaczy unikatowymi rysami powierzchnię mojej czy twojej osoby?

SKALANI ŚWIATŁOŚCIĄ

Są obok Ci.
Dla tego świata skalani światłością.
Drogowskazy dla reszty zgorszonych mrokiem.
Płoną nieswoim blaskiem.
Obstawiają strome schody drogi twojej wędrówki.
Nieruchomi, cisi i pokorni.
Towarzyszą Ci.
Obserwują i czuwają.
Twoi aniołowie?

Nie oceniają.
Nie poganiają.
Wiedzą lepiej od Ciebie ile wysiłku i pracy wymaga wspinaczka.
Z tyłu głowy potrafią szacować trafnie.
W porównaniu do Ciebie.
Miarkują sprawnie tempo, którego powinień się trzymać.
Takie, przy którym nie słaniałbyś się na nogach.
Takie, przy którym nie potykałbyś się ze zmęczenia.
Nie upadał z braku sił.
Nie łapał ostatkiem sił płytkich oddechów.
Nie omdlewał z niedotlenienia.

Czy nie chciałbyś powstrzymać człowieka, który robi sam sobie krzywdę?
Czy nie próbowałbyś chwycić za nadgarstki gorliwych dłoni, które rozdrapują strupy niemogących się zagoić ran?
Nie pragnąłbyś otrzeć łez bezsilności?
Nie czułbyś wewnętrznego przymusu przytulenia osoby złamanej samotnością?

Oni się tego nie boją.
Są, może istnieją dla innych.
Skalani światłością,
bo miłość została znienawidzona i odepchnięta.
Wzgardzona i wyśmiana.
Poddana w wątpliwość i porzucona.
Opluta i stłamszona.
Pozbawiona głosu,
z wyłączonym zasięgiem,
uszami niezdolnymi do słuchania
dotykiem, który nie potrafi sięgnąć tego, co najwrażliwsze.

Chcą musnąć
Twój ból i pustkę.
Chcą zrozumieć i pomóc.

Zamiast tego
gładzą chłodne kamienie Twojej obojętności,
przenikają próżnię zaklejającą dziury wyłączonych emocji,
kładą opuszki na niemych wołaniach „zabierz to, zmień mnie”.

Pozwalają oparzyć się Twoim płomieniem,
który przecież Cię chroni.
Zabezpiecza Cię przed tym, by ktoś
przypadkiem nie zbliżył się za bardzo.
Zapewnia, że nikt nie przeniknie wzrokiem maski fałszywej,
codziennie ciasno podklejanej, bo codziennie okazuje się
niedopasowana do Twoich rysów,
więc odchodzi,
odsłania i przepuszcza.

Dla nich to normalnie by być.
By wierzyć w miłość.
By działać w jej duchu.
By poświęcić jej swoje życie.

Nie widzą innej możliwości.
Wiedzą, że gdyby postąpili inaczej, nie byli by szczęśliwi.
Wymaga to poświęcenia.
Ale te poświęcenie jest jedyną możliwością.
By ratować.
Opatrywać
Pomagać.

Spojrzycie na ich dłonie.
Zwykłe, spracowane dłonie.
Niezbyt piękne.
Niepociągające.
Nieidealne.
Z bliznami.
Z doświadczeniami odciśniętymi na skórze.

One są śladem ich własnej walki.
Tej, którą toczą o siebie.
Wszystko po to, by później móc bić się o innych.

Są cichymi aniołami bez skrzydeł.
Unoszą się ponad, mimo, że nic ich nie winduje.
Otaczają opieką głębszą, niż lokum utkane z białych skrzydeł.
Zapraszają do zmiany, zawsze w przyszłości.
Chcą dawać nadzieję na teraz.

Nie skarżą się.
Nie proszą za głośno.
Nie krzyczą z oburzenia.
Nie burzą ścian budowli ze złości.
Nie gardzą nikim.

Ale też nie są nie do złamania.
W środku nieustannie wołają o siłę i niemożliwe umocnienie.
Niszczą mury pychy i zaniedbania.
Kłamstwa i braku.
Pozorów i krzywd.

Nie zgadzają się na zabójstwo światła.
Nienawidzą łez i nieposzanowania.

Pełni kontarstów.
Może sprzeczni.
Ludzcy.
Prawdziwi.

Cudów nie ma.
Podobno.

Ale oni codziennie zmieniają świat odrobinę na lepsze.
Zostawiają ten mały kawałek swojej osoby w sercu kogoś innego.
Tak potrzebującego.
Uczą kochać.
One same żyją wyłącznie dla miłości.
Dziękują na okrągło za wszystko.

Choć szczerze to my powinniśmy przynajmniej raz podziękować im.
Za to, że walczą o niemożliwe.
Za to, że zasiewają dobroć nienachalną.
Za to, że nie uginają karku pod ciężarem niechcianego odrzucenia.
Za to, że przy tych naszych schodkach wyciągają dłoń.
Tę, która według tego świata nie czyni cudów.
Tę, która, w moich oczach, codziennie czyni cudów za dużo, by mogły zostać dostrzeżone przez niewprawione oko.

W TYLE

Może powinniśmy pozostawić w tyle te słowa, które nie padły. Wyobrażenia rzeczywistości, które nigdy nie mogły by się ziścić. Dotyki dłoni, które muskały jedynie mgłę obecności, a nigdy realne ciało. Spojrzenia wymienione jedynie przez brudną szybę, której nikt oczywiście nie próbował przetrzeć. Wszystkie myśli formułowane w kluczu koślawych wypowiedzi. Lękliwe drżenie rąk, które emocjonowały się zapowiedzią.

Pora zdmuchnąć płomień iluzji nieprawdy. Wspomnienia nie są realne. Za to pragnienia są nazbyt żywe. Plany, rysowane złamanym ołówkiem, omijały, każdym sposobem, prawdopodobieństwo poprawnego rozwoju. Nie zabraliśmy ze sobą nic, bo nic nie mieliśmy. Żegnaliśmy ulotności tak krótkie, że spokojnie mogły by być natychmiast wykreślone z historii tamtych dni.

Więc co zatrzymało wtedy czas? Dlaczego zakrzywiono spojrzenie dokładnie tak, że było zdolne wyłapać nagiętą perpektywę jutra?

Mieć odwagę spojrzeć w sobie w oczy i zobaczyć tęsknotę. Ujrzeć odbicie rzeczy, które… Wiadomo, że nie są i się nie staną. Obraz spowity drganiami strun płaczu. Wyfruwające zza pleców motyle bezwładnych uniesień. Łuski obojętności odrywające się od skóry. Para zakazów usuwa się spod nóg. Miarowy oddech pocieszenia, uspokajające się bicie serca dawcy. Zniszczenie strachu pustki, przyjęcie pokoju, wychwycenie urywka rzeczywistości.

Poczęstujemy się nazwajem gorzką tabliczką czekolady. Zgubimy wtedy prawdziwy smak słodyczy. Po pewnym cukier będzie dla nas, nareszcie, zbyt intensywny, więc przestaniemy go pożądać. Fortunnie, nie będą nas cieszyć słodkości. Wyleczymy się z chęci słodzenia sobie wszytskiego. Przestaniemy liczyć na kawałek mlecznej lub owocowej, pełnej i wyjątkowej praliny. Dieta restrykcyjna zahartuje nas na przyszłość. Nie ma słodkości. Jest gorycz. Zdrowa, ale niestety gorzka czekolada.

Czekam aż głód słodyczy przeminie.

ZDOLNOŚĆ SŁÓW

Tyle tych słów. Błagają o chwilę uwagi. Cisną się na usta. Chcą się wymsknąć okrutnym kajdanom. Jednak to niemożliwe. Te łańcuchy są zbyt twarde. Obręcze przylegają nadto bezwględnie do ich chudych nadgarstków. Unieruchomione, porzucone, zamknięte. Przegłodzone, wyziębione, osamotnione. Skatowane, pozbawione nadziei. Nie wiedzą kiedy przeminie ich wyrok.

Codziennie doświadczają, że dzisiaj nie odzyskają wolności. A była chwila przebłysku, promień zmiany, powietrze z zewnątrz. Chwilowy okruch tego, co jest dla nich niedostępne. Zaproszenie, by się rozpędzić i wyfrunąć. Ale nie. To złudne. Będzie jak zawsze. Okazja od razu przemija. Sefj ułudnej ochrony się ponownie zamyka. Tak szybko, by nikt nie dojrzał więźniów.

Przez to, ich pobyt w celi staje się jeszcze bardziej nieznośny. Kolejne poniżenia. Następne odebrane prawa.

Ciasnota się zawęża kształtem do coraz foremniejszego szcześcianu.

Tak. Próbujemy otworzyć usta. Staramy się uwolnić zdania. Prawie nam się to udaje. Jednak nie umiemy sprostać temu niewinnemu zadaniu. Słowa są zagrzebywane jeszcze głębiej. Myśl: „tak, to jest ten moment, by przerwać ciszę!” Ale nie. Jednak nie. To pora, żeby kolejny raz zagryźć wargę. Krwawa ofiara szansy.

A te upragnione słowa, które dawno powinny paść, gasną. Ich znaczenie się zaciera w słowniku naszego życia.

Za trudne jest powiedzenie, że już nie możesz. Niemożliwe jest do wyobrażenia przesłanie formułki: przepraszam, proszę i dziękuję. Jak to jest powiedzieć: pomóż. Ile odwagi wymaga wyciągnięcie na światło natury opuszczenia i idei samotności? Jak ciężko pokazać innym obraz swojego lęku? Jak to jest wyjść z kryjówki małości? Jak głośno trzeba wołać, by ktoś usłyszał i w końcu pomógł wydostać się spod gruzów „zbyt wiele”? Ile toreb wątpliwości pragnie się wystawić za drzwi samotni? Czyje puste naczynia napełnić łzami wrażliwości? Z kim podzielić się jarzmem emocji? Komu wysłać prośby o zmiany? Czyjego drewna się chwycić, by móc sie podeprzeć i finalnie wstać?

Gdy otwierasz usta, chlustają Ci w twarz falą : NIE!. Woda skrytości miesza się z łzami bezsilności. Twarz pozostaje nienaruszona mimo huraganu walki tego świata z Twoją kruchością. Krzyczą Ci: nie chcesz, nie wolno, nie powinieneś, nie rób.

Zakazy i nakazy. Pouczenia i rady. Zrozumienia i wyręczania. Ciężary własne, niepotęgowane przez cudze. Pokora pozwalająca wytrwać w cichości. Łzy z krzyczącym bólem wypływają z duszy, której podobno nie ma. Prawidła karmiące nas od dawna, nieprzebite przez nic innego. Lepszych dróg tutaj nie ma, niech zostanie jak jest. Niema rezygnacja i chwilowe poddanie się. Ponowne stanięcie w szranki, aż do kolejnej utraty tchu. Zawody, które zlewają się w rzekę opuszczonych nadziei innych.

Stoimy razem, ramię w ramię. Wszyscy spragnieni. Wszyscy nienasyceni. Wszyscy łaknący. Wszyscy osamotnieni. Wszyscy zawiedzeni. Wszyscy niemogący. Wszyscy straceni. Wszyscy podtrzymywani nadzieją. Wszyscy walczący. Wszyscy niemowy.

Prosimy o zdolność słów.

REBELIANT

Już zaksięgowano wszystkie nasze wady. Napiętnowano wszelkie słabości. Wystawiono faktury za każdy najmniejszy błąd. Zakrzyczano słowa, podważono autorytet, przekręcono wypowiedzi, zatarto znaczenie komunikatów. Pozbawiono sensu nasze wyjście z tłumu. Poinformowano nas, że odwaga wyłuskana na to, by przerwać ciche milczenie zgody wobec rzeczy jej niegodnych była niepotrzebną stratą energii.

Zapomnieli się powstrzymać od pouczania. Nie potrafili powstrzymać frazesów wylatujących z ust za szybko. Wznieśli wrzask. Wywołali huk. Spuścili nam na głowy worki kurzu strachu. Na ramiona nałożyli potężne ciężary ich odpowiedzialności. Poczęstowali nas skutkiem swoich działań.

Każą nam być silnym. Stójcie na baczność. Nie zwracajcie uwagi na łzy płynące po policzkach. Maszerujcie. Raz. Dwa. Trzy. Trzymajcie rytm. Słuchajcie rozkazów, nie oglądajcie się na tych co zostają w tyle. Równaj do tempa. Stój! Baczność! Nie ważne są straty. Nie liczymy się z tymi, co nie dali rady. Nie mamy względu na bezpowrotnie zagubionych. Nie marnujemy czasu na tych, którzy byli za słabi. Nie chcemy w naszych szeregach bezwartościowych. Zrozumiano? Ruszać!

W tym bezwględnym tłumie nie ma nikogo, kto mógłby otrzeć łzy drugiej osobie. Przykładamy głowę do poduszki, bez nadzieji na zgubienie gnębiącego poczucia samotności. Niby wśród wielu, z pozoru nieczułych, a jednak tak samo stęsknionych obecności. Każdy z nich nalężący do skrzywdzonego, wiecznie trenowanego w obojętności tłumu żołnierzy z podziurawionymi duszami.

Wojny strachu. Bitwy okrucieństwa. Potyczki pychy. Stulecia obojętności. Tysiąclecia krótkowzroczności. Dekady wyzyskiwania. Chwile wyszarpywane komendom pokryjomu, podszyte strachem przed demaskacją. Cichi rebelianci, którzy nie godzą się. Szykują bunt. W dzień mają maski tych, z którymi przystają. W nocy werbują. Nie przekonują. Nie namawiają. Cicho wierzą i przekazują ten błysk nadziei innym. On, przejawiający się tylko iskrą we wzroku innym. Niczym więcej. Nienachalny. Dyskretny. Subtelny. Skinięcie drugiemu głową na milimetry. Teraz maszerujmy. Niby poddani władzy. Niby wykonujący rozkazy.

Chcą działać, bo mają dosyć ocierania łez samym sobie. Nie chcą czuć tylko swojej dłoni obejmującej ich własny policzek. Nie godzą się na brak. Czułości. Bliskości.

ZACHŁYSNĄĆ SIĘ DELIKATNOŚCIĄ

Są takie chwile. Nieskażone żadną gwałtownością. Rozdzierające przykre emocje swoją delikatnością i nienachalnością. Budzące najbardziej zaniedbywane nadzieje.

Zdarzają się czasem takie momenty, gdy znaczące ślady łez wrażliwości zostają wytarte korytarzami nurtem wolno płynącego czasu. Jak, jakkolwiek, opisać coś, cokolwiek, bez żadnego zrywu? Postępującego tak płynnie? Sunącego z taką gracją? Nucącego tak melodyjną pieśń? Grającą po tych najczulszych strunach świadomości? Szukającą słów niedorzecznych, nieużywanych czy nietuzinkowych, zagubionych w świecie szortkim i chropowatym.

Te momenty są dotykiem. Dotyk jest taką chwilą. Delikatność jest dotykiem. Dotyk jest subtelnością.

To jest po prostu oddanie. Oswojenie. Odnalezienie bliskości i głębi trudu zbliżania. Smakowanie owoców szczerości bycia. Muskania oddechu istoty. Płonące ukojenie. Zawodząca tęsknota. Zapomniana wiara.

Urwanie i przedłużenie chwili i historii. Podział oraz unifikacja jedności oraz szczątków. Akceptacja jak również pogarda niedoskonałości wraz z ideałem. To wszystko tka półprzezroczysty jedwab, mogący okrywać wstydliwą nagość i mający siłę zdzierać pancerze otulające szorstkość strachu.

Materiał, który unosi się kilka centymetrów ponad powierzchnią skóry czeka na pozwolenie. Za zgodą przesunie się milimetr bliżej. Po podjęciu kolejnej decyzji podjedzie kolejny krok w naszym kierunku. Jeśli zburzy się kolejny mur oporu prawie zapuka do drzwi. Gdy zaakceptujemy ryzyko, te nie do uniknięcia, przekroczy próg i finalnie otuli. Kruchość. Twoją.

Przebiegnie niespiesznie, w całkowitej wolności, pod dyktaturą wyłącznie swobodny, po Twoim ciele. Szarpnie za wszystkie komórki nerwowe, oczyszczając połączenia między nimi. Ukoi rozdygotane serce, wybijając żwawszy rytm marszu. Potwierdzi Twoje obawy, wylewając balsam spokoju. Przypomni jak to jest skryć się bezpiecznie w ramionach, które nie są niczym pewnym.

Czy otworzy serce? Pozwoli Ci zadecydować. Obok wytrwa. Cienie Twoich obaw muskać będzie, a światło zagubione odnajdzie. Mrok rozświetlić może, za drzwi Twojego domu każde „ale” i wszystkie „to się nie uda” wymieść jest w stanie.

Odetchnij świeżością. Zachłyśnij pięknem. Oczaruj wybaczeniem. Pokochaj ulgę. Nie odrzucaj.

ZBYT WIELE

Obecne czasy? Moje pokolenie? Jacy jesteśmy? Co nas cechuje? Czym jest nasza codzienność? Jakie znaki wyczytasz z naszych twarzy? Wydaje mi się, że może rzucić Ci się w oczy pewien frazes : to zbyt wiele.

Bo wierzymy, że to zbyt wiele, by przyznać się do słabości. To za dużo, by opowiedzieć o swojej chwili smutku, nawiązać do jakiegoś momentu zwątpienia, potwierdzić przypuszczenia o niedostatecznym zapasie sił. Przytłacza nas własna niechęć i zrezygnowanie, uczucie o niezdefiniowanym źródle, niepokój otulający nas tak często do snu. Przybijają nas pytania, z którymi mierzymy się, przyglądając się pędzącemu światu. Rzeczywistości, która wydaje się nasza, ale tak, na prawdę, w ogóle nas nie chce przyjąć. Która nie pozwala nam się wpasować.

Patrzymy na tę codzienność z boku. Chłodno kalkulujemy. Trzeźwo miarkujemy. Bo dla nas to zbyt wiele, by pozwolić sobie pokazywać emocje. By obdarzać ludzi szczerym uśmiechem. By bezinteresownie ofiarowywać komuś ciepły uścisk dłoni. By bez namysłu i bez głupich barier przytulać kogoś. Myślimy, że to nie jest właściwe, że to nie jest słuszne i że tak nie wypada. Dzieje się tak, bo patrzymy na to wszystko i, po chwili zastanowienia, dochodzimy do brutalnego wniosku, że codzienność nie obdarza nas, sama z siebie, takimi drobnymi, ale jakże ważnymi, gestami. Wierzymy, że na wszystko materialne, dające pewne rezultate, mające odbicie w natychmiastowych nagrodach warto i w sumie trzeba zapracować. Za to na takie efemeryczne chwile, jak podbudowanie się ciepłem i doświadczenie tej dziwnej dobroci od ludzi, nie warto poświęcać sił. Nie warto tego szukać. Uczą nas, że nie należy skupiać się na tym, co nie da pewnej korzyści. Wtłaczają w nas to, że ludzie nie są dobrą inwestycją. Sami się na dodatek w tym utwierdzamy, zatapiając się w zawodach, żalu i rozpamiętywaniu.

Te podejście wydaje się jedynym słusznym po doświadczeniu rozpadu więzów rodziny. Wyżarta w sercu dziura powoduje, że to zbyt wiele, by wierzyć w istnienie miłości. Niekończące się awantury, mnożacę się wykładniczo kłótnie, nagłe rozstania. A później? Skupienie się na sobie i próba poskładania swojego życia na nowo. To wszystko zostawia bezbronne dziecko z wielkim poczuciem braku. Zostaje mu wyrwane z rąk ciepło domu. Rotrzaskuje się w drobny pił idea dawania siebie komuś. Porzucony, zapodziany z ciążacą mu beznadzieją i złością, niezrozumieniem i rozpaczą. Przecież to oczywiste, że to jest zbyt ciężkie, by drobne, malutkie ciałko, z tak wielkim sercem, mogło to udźwignąć. Wszelakie emocje zostają stłumione przez wieczny smutek i tęsknotę.

To zdecydowanie zbyt wiele, by prosić rodziców o miłość. Za dużo, by błagać ich o umiejętność kochania siebie. Nadzieja na walkę o siebie i o ich dzieci leży poza zasięgiem pojęcia i życzeń.

Dlatego wolimy pracować tylko na siebie i pod siebie, od samego początku.

Jednak wracanie do pustego domu, spotykanie za drzwiami swojego azylu jedynie pustej, obcej przestrzeni jest przerażające. Bo to zbyt wiele, by przyznać się do tego, że samotność rzuca nas na kolana. Że pozbawia nas skutecznie tchu i bezwględnie przyciskac do ziemi. Nie wierzymy w miłość, ale tak na prawdę w duchu ciągle o nią błagamy. Nie chcemy i nie umiemy kochać, ale wydaje nam się czymś naturalnym, oczywistym przytulenie do kogoś w chwilach, gdy nie ma się już sił, by ocierać łzy kapiące na zimną podłogę.

Z tego powodu zbyt wiele kosztuje nas odmawianie sztucznym substytutom miłości. Wszystkiemu mającemu na chwilę zapełnić pustkę w sercu. Zajęciom, które skutecznie odciągają uwagę. Mediom i portalom, w których na sekundę wchodzimy w myśli i spojrzenie kogoś innego. Filmom, które na chwilę pozwalają nam się oddać emocjom. Serialom, które zapraszają nas w miejsce alternatywne, życie ciekawsze i bogatsze w kolory, postacie, relacje, których tak bardzo nam na co dzień brakuje. Sporcie, który budzi w nas pewność siebie i siłę. Nauce, które buduje naszą wartość i budzi w nas poczucie użyteczność wobec społeczeństwią. Pracy, która daje satysfakcję i nadaje sens czynom, gdy wypełnimy zadanie. Związkom, które tylko zostawiają większe rany w sercu i jedynie chwilowo zaspokajają potrzeby bliskości, namiętności i nie dają nic więcej, poza erotycznymi uniesieniami.

To zbyt wiele, by przyznać się do tego, że to życie nie ma smaku. Zbyt wiele, by spojrzeć sobie w twarz w lustrze i powiedzieć: jesteś pusty. Zbyt wiele, by przewertować karty, którymi rogrywasz swoją codzienność. Zbyt wiele, by odrzucić te dające nieużyteczne supermoce i by pozostać tylko z kilkoma, ale jakże ważnymi kartonikami. Zbyt wiele, by zacząć wojować w każdym dniu skromnym i małym arsenałem, ale za to takim, któremu ufasz i takim, którym chcesz walczyć. To zbyt wiele, by wyjść z tego milczącego tłumu i nauczyć się mówić o emocjach, o niepokojach, o sobie, o innych, o prawdzie na temat tego, co znaczy być człowiekiem.

Takim zbudowanym z uczuć i pragnień, nadziei i marzeń, celów i porażek.

To zbyt wiele, by przyznać się, że dar życia to dla nas często za dużo. Że szansa nawiązania długotrwałych relacji to zbyt koszmarna odpowiedzialność, która bezlitośnie będzie ciążyć na barkach. Że walka o to, co słuszne, jest zbyt trudna, dlatego nie ryzykujemy i staramy się tylko o nic nie warte rzeczy. Że żyjemy w beznadziei tego, co robimy i prosimy w głębi serca o jakieś małe, niezrozumiałe dla nas, promyki światła, które rozjaśniły by ten dzień. Że w ciszy serca wołamy o radość i uśmiech, o zabranie samotności i o możliwość bycia szczerym – wobec sobie i innych.

Czy jesteśmy gotowi, by powiedzieć: boję się samotności. Brakuje mi bliskości. Nie znoszę tej pustki w sercu. Lękam się konsekwencji swoich decyzji. Każdy mój dzień cechuje niepewność. Gubię w rozwoju tego, co mnie otacza, pędzie czasu, którego nie sposób zatrzymać. Męczy mnie to nieustannie stawanie na rozdrożach. Tęsknię. Pragnę. Proszę. Żałuję. Czuję. Płaczę. Śnię. Marzę. I najważniejsze. Kocham, chcę kochać lub proszę, o to, by ktoś nauczył mnie kochać. Siebie, innych, dzień, jutro, wczoraj, możliwość, piękno i prawdę.