GWIAZDY

Widziałam gwiazdy. Poprosiłam je, by opowiedziały mi historię. Nie swoją. Jakąkolwiek. Kojącą. Utulującą do snu. Błagałam je w myślach, by przerwały naszą głuchą ciszę niemego kontaktu. Dumne, górowały nade mną. Czy to moja naiwność, jeśli nieśmiało i wstydliwie pomyślałam, że mogłyby, kiedykolwiek, objąć mnie swoimi odległymi, chłodnymi ramionami? Czy one, w tym czasie, nie śmiały się z krótkowzrocznych, ale jakże tęsknych oczu o kolorze chęci poczucia braku samotności, kierowanym ku nim co wieczoru? Czy smakowały dźwięku drżącego licho tembru matczynego głosu, tłumionego szorstką poduszką oraz napędzanego wzgardzanymi łzami? Czy współodczuwały głupią radość, czy dzieliły bezsensowny smutek? Czy dryfowały po morzu nierealnych marzeń, czy doglądały odbicia czyjegoś złamanego serca?

Czy nie rozlegał się, za każdym razem, w odpowiedzi ich krzyk cichej samotności? Czy przez to nie wybrzmiewała gorzka lekcja o niepojmowalnej przemijalności? Czy nie piętnowana była brutalnie ludzka krótkoszarowzroczność? Czy ich ruchomy dystans, niemożliwy do pokonania, na zawsze poza zasięgiem, nie jest wystarczającym kompendium na temat pokory wyśmiewanej przez wszytskich?

One są dla nas? Może to my jesteśmy dla nich?

Zanurzeni w swoje światy, gubimy jeden wspólny. Zatraceni w przeżywaniu swoich chwil, przestajemy dzielić przestrzenie łączone. Zapętlający w głowie przykre myśli, zacieśniamy supły braku umiejętności werbalizowania potoku stanu obecnej chwili. Siłujemy się, nie wiadomo z kim, nie wiadomo o co. Próbujemy wspinać się ku różnym gwiazdom. Nie ku tym prawdziwym. Jedynie ku tym wyśnionym wyłącznie przez nas.

Teraz widzę gwiazdy. Wzrokiem zagubionego, czy porzuconego dziecka. Każde słowo niemoich gwiazd było by ciężarem nie do udźwignięcia. Ich zrozumienie minęło by się z naszym doświadczeniem pojmowania. Bo prawdy, zaszczepione w każdej molekule, są z natury zagadkowe. Co jeśli okaże się, że takie mają pozostać, bo właśnie takie ma być nasze życie?

Jedwabie, otulające nagość bezbronnej szyi istnienia, szyte są znakami zapytania. Kaszmiry tkane znaczącą niepewnością. Sukna poddawane nieprzebłagalnej niejednoznaczności. Satyny rozmyte determinizmem. Tkaniny ukryte, schowane na naszej skórze, wyłaniają się jak próbujemy je wcisnąć w sztywną ramę redukcji.

Czy można zdobyć się na gotowość otulenia nierozwiązywalną zagadką? Czy da się nabyć umiejętność przyjmowania fatalizmu niezrozumienia nieuchronności? Czy kiedyś spojrzy się, odrobinę dojrzalszym, troszkę mniej przerażonym, zdecydowanie mniej pustym wzrokiem na historię i przeszłość blasku obłoku gwiazdy, świecącej przecież nie dla mnie?

Czy odnajdę wymiar czasu z ruchomym punktem odniesienia, z możliwością odwrócenia kierunku i szansą dostrojenia wszystkiego innym przeskalowaniem jednostki?

Widzę te gwiazdy. Obejmuję myślą ich nieme towarzystwo. Dla mnie tak przytłaczające i tak zachwycające. Zasypijąc, mamy dzięki nim przed oczami setki, tysiące, miliony i miliardy. NIe tylko lat świetlnych. Także prób wędrówek fotonów. Chwil ciszy przenikania próżni. Wyścigów pod wodzą limitów ograniczenia prędkości. Linii zgarzeń zanurzonych w restrykcjach wobec przesyłu malutkich informacji.

My, tak zawieszeni w chwili ich piękna. Zanurzeni także w sile swoich emocji. Żyjemy równoległe życia. Wymiary empirycznego ronienia łez i osie analitycznych obserwacji historii Wszechświata nie są nam nigdy obce i takie stety się nie staną. Dlatego jesteśmy zagubieni, ale jakże walczni. Snujący nieistotne plany, formułujące nic nieznaczące obietnice, uśmiechający się tylko przez chwilę i smucący się tylko dla ukojenia niechcianego w sobie serca. Tacy my. Niepojmowalni.

UCZUCIA NIEKOCHANE

Przepraszam Was wszystkie, moje uczucia niekochane. Zagubiłam w pędzie uniesień sens Waszej obecności. Kłóciłam się z mądrzejszymi ode mnie, o to czy powinnyście istnieć. Sprzeciwiałam się pysznym okrzykiem niezgody na wasze towarzystwo.

Miałam w głowie wyśniony pałac swojej kruchej twierdzy. Chciałam kosztować najznamienitszych potraw, nie znając wcześniej smaku goryczy. Pragnęłam pachnieć wonią dobrodziejstwa, nie godząc się nigdy na konieczność obmycia twarzy ze śladów smutku. Myślałam o muskaniu gładkości, nieskruszonej przedtem przez nic, płyty marmuru, nie przyjmując próby zbliżenia się najpierw do szortkości niszczejących cegieł upadających murów kłamstw.

Otulona jedwabiem? Nie pozwoliłam najpierw spaść gryzącej wełnie z ramion. Sięgałam kosztowności, nie stając się nigdy uboga.

Pragnę Was wszystkie przytulić, moje łzy niechciane. Wymagałam od Was niemożliwej do uzyskania czystości. Chciałam wydestylować jedynie źrodlane związki, a na ściankach zamierzałam porzucić sól bólu. Zapomniałam o bezsmaku chwil, których nie można doprawić smutkiem skrapiających życie łez.

Chcę Was w końcu ugościć, moje zawodzące cechy mnie samej. Czy kiedyś zdobędę się na pozostawienie drzwi otwartych, byście mogły zamieszkać jawnie w moim życiu? Czy pozwolę sobie na serdeczność wobec Was, znienawidzonych? Kryjecie się w kanałach mojego domu. Czy tam jest wasze miejsce? Przecież jesteście. Byłyście. Będziecie. Zawsze niezaopiekowane i wykluczone. Łapiecie ochłapki, wyszarpujecie z mojego życia chwile. Doprowadzanie mnie do skraju wytrzymałości. Pozbawiacie mnie sił.

Bo jesteście tak bardzo niekochane. Więc jestem i ja. Niekochana.

Czy kiedyś Wam wynagrodzę brak uwagi? Czy uda mi się skryć Wasze twarze w rękawach akceptacji? Czy nadam Wam w końcu, bezpieczny dla was i dla mnie, zarys? Czy pozwolę Wam dekorować siebie głębią Waszego piękna? Czy zdecyduję się odnaleźć szlachetność szczerości, którą chowam za, malowanymi przez moją niechęć, szpetnymi maskami? Czy wydobędę kiedyś z Waszego skarbca krystaliczność niedoskonałości, która wyostrza kontury nietuzinkowe, która nadaje unikatowego kształtu krawędziom i która znaczy unikatowymi rysami powierzchnię mojej czy twojej osoby?

ZDOLNOŚĆ SŁÓW

Tyle tych słów. Błagają o chwilę uwagi. Cisną się na usta. Chcą się wymsknąć okrutnym kajdanom. Jednak to niemożliwe. Te łańcuchy są zbyt twarde. Obręcze przylegają nadto bezwględnie do ich chudych nadgarstków. Unieruchomione, porzucone, zamknięte. Przegłodzone, wyziębione, osamotnione. Skatowane, pozbawione nadziei. Nie wiedzą kiedy przeminie ich wyrok.

Codziennie doświadczają, że dzisiaj nie odzyskają wolności. A była chwila przebłysku, promień zmiany, powietrze z zewnątrz. Chwilowy okruch tego, co jest dla nich niedostępne. Zaproszenie, by się rozpędzić i wyfrunąć. Ale nie. To złudne. Będzie jak zawsze. Okazja od razu przemija. Sefj ułudnej ochrony się ponownie zamyka. Tak szybko, by nikt nie dojrzał więźniów.

Przez to, ich pobyt w celi staje się jeszcze bardziej nieznośny. Kolejne poniżenia. Następne odebrane prawa.

Ciasnota się zawęża kształtem do coraz foremniejszego szcześcianu.

Tak. Próbujemy otworzyć usta. Staramy się uwolnić zdania. Prawie nam się to udaje. Jednak nie umiemy sprostać temu niewinnemu zadaniu. Słowa są zagrzebywane jeszcze głębiej. Myśl: „tak, to jest ten moment, by przerwać ciszę!” Ale nie. Jednak nie. To pora, żeby kolejny raz zagryźć wargę. Krwawa ofiara szansy.

A te upragnione słowa, które dawno powinny paść, gasną. Ich znaczenie się zaciera w słowniku naszego życia.

Za trudne jest powiedzenie, że już nie możesz. Niemożliwe jest do wyobrażenia przesłanie formułki: przepraszam, proszę i dziękuję. Jak to jest powiedzieć: pomóż. Ile odwagi wymaga wyciągnięcie na światło natury opuszczenia i idei samotności? Jak ciężko pokazać innym obraz swojego lęku? Jak to jest wyjść z kryjówki małości? Jak głośno trzeba wołać, by ktoś usłyszał i w końcu pomógł wydostać się spod gruzów „zbyt wiele”? Ile toreb wątpliwości pragnie się wystawić za drzwi samotni? Czyje puste naczynia napełnić łzami wrażliwości? Z kim podzielić się jarzmem emocji? Komu wysłać prośby o zmiany? Czyjego drewna się chwycić, by móc sie podeprzeć i finalnie wstać?

Gdy otwierasz usta, chlustają Ci w twarz falą : NIE!. Woda skrytości miesza się z łzami bezsilności. Twarz pozostaje nienaruszona mimo huraganu walki tego świata z Twoją kruchością. Krzyczą Ci: nie chcesz, nie wolno, nie powinieneś, nie rób.

Zakazy i nakazy. Pouczenia i rady. Zrozumienia i wyręczania. Ciężary własne, niepotęgowane przez cudze. Pokora pozwalająca wytrwać w cichości. Łzy z krzyczącym bólem wypływają z duszy, której podobno nie ma. Prawidła karmiące nas od dawna, nieprzebite przez nic innego. Lepszych dróg tutaj nie ma, niech zostanie jak jest. Niema rezygnacja i chwilowe poddanie się. Ponowne stanięcie w szranki, aż do kolejnej utraty tchu. Zawody, które zlewają się w rzekę opuszczonych nadziei innych.

Stoimy razem, ramię w ramię. Wszyscy spragnieni. Wszyscy nienasyceni. Wszyscy łaknący. Wszyscy osamotnieni. Wszyscy zawiedzeni. Wszyscy niemogący. Wszyscy straceni. Wszyscy podtrzymywani nadzieją. Wszyscy walczący. Wszyscy niemowy.

Prosimy o zdolność słów.

NOC

Wstrzymaj oddech. Zatrzymaj się. Zamknij oczy. Uspokój rytm serca. Ucisz huragan myśli. Zapomnij o przeszłości. Przestań zadawać pytania o przyszłość. Skup się na tym co jest tu i teraz. Zatrać się w chwili. Ucieknij od świata. Wejdź głębiej w rzeczywistość.

Bo tak piękna jest noc, rozświetlana przed pojedyncze światła. Również tak tajemnicza i skryta. Ona, zakrywająca wszystkie skazy świata. Niedostępna dla ludzkich oczu. Otwarta dla każdego oddechu, subtelnego dotyku, czułego gestu, lękliwego słowa, nieśmiałego pragnienia i najmniejszej myśli. Pozbawia nas pewnej orientacji. Wystawia nas na jakieś zagrożenie. Grozi nam nieuchronnym schyłkiem doby. Przypomina o kolejnym okresie, który bezpowrotnie przeminął. Wprawia człowieka w stan melancholii. Zawiesza nas w niepojętej zadumie.

Noc. Tak silnie szarpie za struny naszej świadomości. Tak mocno uderza w bęben życia, wybijając ten sam rytm, co nasze serce. Tak brutalnie potrząsa nami za ramiona i krzyczy: „obudź się”, gdy nasze oczy się zamykają za sprawą panującej dookoła grobowej ciszy. Tak swobodnie penetruje miejsca, w których nie ma źródeł światła, przez co chroni nas przed oceną innych, przed konieczną wyjścia z tłumu, przed przymusem bycia aktywnym. Tak kusząco zachęca nas, by pozostać w bezruchu, zniknąć, stać się tłem, wtopić się w otoczenie. Przestać na chwilę być.

Gdy noc przychodzi nas, przyprowadza ze sobą naszą wrażliwość. Ciągnie za sobą naszą kruchość. Wyciąga na światło nocy nasze marzenia. Naśmiewa się z naszych niepowodzeń. Dobija nas w naszym zmęczeniu. Wystawia na próbę naszą odwagę i nasze męstwo.

Albo walczysz, uciekasz myślami daleko od siebie, zapychasz głowę faktami, stymulujesz ciało bodźcami, albo przyjmujesz to, co może zostać w ciebie wycelowane. Pozwalasz na wzbudzenie w sobie zachwytu drobnostkami, bo całokształt został przykryty mrokiem. Nie bronisz się przed słuchaniem swojego oddechu, zestrojonego z własnymi emocjami. Nie starasz się zatrzymać fali myśli, przenikających ściany mające chronić cię przed zewnętrznym światem. Pozwalasz nierealnym obrazom, kreślonym przez przewidywania, plany czy pomysły, kolorować chwilową rzeczywistość pozbawioną barw i odcieni.

Nie potrafimy znieść myśli, że to, co jest dookoła, może być pernementnie pozbawione wyrazu. Nie umiemy przyjąć, że kołysanie uczuciami, szarpanie zrywami skrajnych emocji, może być naszą ułomnością. Nie godzimy się na to, by pozbawili nas chęci do działania, wiary w wartości, piękna doświadczania codzienności, otwartości wobec ludzi, pragnienia robienia tego, co lubimy.

A może możemy?

Może wcale nie jesteśmy tak silni i zmotywowani, by trzymać tę iskrę życia w sobie? Może nasza kruchość nas przybija? Może nasza delikatność nas męczy? Może nasza wrażliwość nie pozwala nam odnaleźć wewnętrznego spokoju? Może wszystko, co w nas siedzi, zagłusza piękno chwili?

Czym jest to coś? Czym jest ten głos? Chciało by się go przyrównać jak do pewnego wołania, rozbrzmiewającego na pustyni samotności nocy. Będacego w komórkach, które się nieustannie dzielą, płucach, które non-stop filtrują powietrze i wyłuskują pojedyncze molekuły tlenu, neuronach, które w każdej sekundzie przekazują sobie tony informacji, mięśniach pozwalających na każdy świadomy i nieświadomy ruch.

Czym są te łzy, które tak często płyną po twarzach? Czym są te myśli, które kierują nas w rzeczywistość wykraczającą poza empiryczne doświadczenie? Czym są uczucia, które przewyższają nasz umysł w sile i w działaniu i które tak często pozbawiają nas zdolności szacowania, oceniania, analizowania, przetrwarzania, kreowania tego, co jest najważniejsze? Czym są te idee, które nadają każdemu atomowi znaczenie? Czym jest historia ogółu, a czym ta jednostkowa i personalna?

Czym jest to wszystko, co posiadamy? Czym jest to nic, którego nigdy nie zdobędziemy?

Czy jest to wszystko, o które tak usilnie walczymy? Czy jest to nic, które tak często ignorujemy?

Czy jest to wszystko, które wydaje się nasze? Czym jest to nic, które, jako jedyne, nam bezapelacyjnie przysługuje?

BEZ HISTORII

Aktualnie żyjemy w codzienności bez historii. Każdy dzień wydaje się być jednakowy, nudny, nijaki. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie z monotonią, jednostajnością i szarością, przez co poddaje się i przestaje walczyć. Nieustannie też poszerza się grono ludzi wyklinających każdy dzień. Stajemy się coraz wrażliwsi na własne emocje i uczucia, coraz bardziej stęsknieni interakcji, coraz delikatniejsi wobec dotyku obecności kogoś obok.

W myślach nieustannie prosimy o zmianę.

Pragniemy, by, na nowo i też ponownie, wydarzenia w naszym życiu były kreślone także przez innych. Perspektywa samorealizacji, która pojawiła się w czasie izolacji, szybko spaliła na panewce. Chwilowe zachłyśnięcie się większą ilością czasu, wynikającą z wyeliminowania dojazdów, możliwością siedzenia cały dzień w dresie lub piżamie i opcją nieruszania się na więcej niż kilka metrów od łóżka, by wypełniać swoje obowiązki, szybko przeminęło i oklapło. Pozornie błogie odetchnięcie od tłoku prawie natychmiast zmieniło kurs naszych pragnień. Spowolnienie rzeczywistości, o którym tak często, może, kiedyś marzyliśmy, trwało na tyle długo i było na tyle skuteczne, że codzienność wytraciła jakikolwiek pęd. Przeciągająca się stagnacja i codziennie rosnąca pozorna bezwładność, powoduje, że coraz trudniej jakkolwiek poruszyć, od wewnątrz, układ, by zaczął się toczyć. Wołamy o tę zewnątrzną siłę, która, w końcu, wyrwie nas z tego stanu zawieszenia i na nowo wprowadzi świat w ruch.

Możliwości pochylenia się na dłużej nad pasją, szansa odkrycia nowych obszarów do rozwoju czy sposobność efektywniejszego poszerzania wiedzy, okazała się niezadowalająca. Mimo ławtych do zaobserwowania rezultatów, jest w nas pozostawione głębokie i dojmujące poczucie niepełności. Piękno odkrywania, poznawania, działania niesie ze sobą potężny brak i głuche pustkowie.

Apatia w społeczności. Bo nie ma teraz: słowa „my”, zaimka „nas”, przysłówka „razem”, czasownika „współpracować”, rzeczywistości „jestem obok”.

Możemy dostrzec, że historie naszych dni są pisane przez wydarzenia przesiąknięte zmianami otoczenia i, co najważniejsze, wypełnione, przewijającymi się przez nasze życie, ludźmi. Chcemy pisać całkiem nowe opowieści, w których spotykamy siebie nazwajem. Będziemy diametralnie różni od tych, którymi byliśmy przed pandemią, ale we wszystkich pozostanie coś stałego: pragnienie odkrycia, co to znaczy być człowiekiem.

Ewolucyjnie przetrwaliśmy, bo potrafiliśmy działać razem. Znani sobie lub nie, lubiani przez siebie lub czujący do siebie wstręt, spodziewający się po sobie jakichś cech lub kompletnie zaskoczeni osobowością drugiego człowieka, gotowi na zaufanie lub stroniący od bliższych interakcji. My wszyscy, skryci i cisi introwertycy czy głośne i pewne siebie dusze towarzystwa, widzimy, że, bez siebie nazwajem, nie radzimy sobie. Potrzebujemy siebie.

Po sobie widzę, że chociaż mam motywację, by zastąpić różnymi rzeczami i działaniami to, czego mi brakuje z powodu ograniczonych interakcji, to jednak nie potrafię odaleźć głębszego sensu w swoich inicjatywach. Dochodzę też do wniosku, że nasze pasje nie są tak egoistyczne, jak mogły się kiedyś wydawać. Wszystkie przeżywane chwile powinny być, w odpowiednich proporcjach, dzielone z właściwymi osobami. Część z nich ma swoje miejsce na dnie serca i odkrywane są jedynie w chwilach samotności, tylko przed samym sobą. Jakiś ułamek naszej historii cechuje się byciem widocznym dla każdego. Pewien komponent z wydarzeń powinien być opowiedziany znajomym. Inne ogniwo prawdy o nas powoli, warstwa po warstwie, jest odkrywana przed tymi, z którymi buduje się bliższe relacje, stopniowo ufając coraz bardziej.

Czujemy tę miażdzącą dysproporcję. Wielu pewnie myśli o tym, jakie historie będzie chciało w końcu napisać, gdy zostanie im wręczone z powrotem pióro do ręki. Każdy z nas wie, co dla niego okazało się najważniejsze i za czym najbardziej tęskni.

Znajdą się tacy, którzy mają jakieś oczekiwania wobec przyszłości. Takie, na których może się przejadą, ale pewnie także te, dzięki którym na nowo odnajdą sens codzienności. Gdy wyjdziemy z tych fikcyjnych klatek, będziemy szukać brutalnie odebranego nam słońca, które rozświetli nam dzień. W chwilach nieznanej ciemności i mroku odnajdziemy nowe, własne konstelacje gwiazd i niespotkany wcześniej, piękny księżyc, który pozbawi lęku przez kolejnym wschodem i nastaniem nowego początku doby.

Zaskoczenie spontanicznością gestów, ekscytacja wynikająca z poznawania kogoś, zaciekawienie pojawiające się przy uczeniu się gestykulacji i mimiki czyjejś osoby, radość budząca się w nas podczas spotkań, szczególnie tych mających następować codziennie. Jedne z tak wielu okruchów, które będą mogły nas nakarmić do syta.

Większość z nas trzyma w pionie nadzieja, że ten pokarm istnieje, jest realny. Wiemy gdzie szukać tych drobinek. Nie wiemy tylko, w której chwili nastąpi przełamanie, kiedy nastąpi ta nowa codziennośc.

Dlatego nie można wykorzeniać z siebie tęsknoty. Ona przypomina nam co to znaczy być człowiekiem. Podkreśla, jakie cechy leżą u źródła naszego jestestwa. Przywołuje w naszych umysłach obrazy, które rezonują w nas słowami: żyj, oddychaj. Boleśnie wskazuje nam, że sami, nawet jeśli zostaniemy postawieni w centrum świata, nie przetrwamy. Po prostu potrzebujemy innych. Potrzebujemt bliskości. Potrzebujemy wrażliwości. Potrzebujemy nadziei. Potrzebujemy szeroko pojętej miłości, sympatii czy przyjaźni.

ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

SZEPT SUMIENIA

Słowa, które teraz padną, będą po części powtórzone. Uważam jednak, że powinny wybrzmieć jeszcze raz. Tym razem dosadniej oraz pewniej. Zostać uwiecznione, wykute na tej małej ścianie moich tekstów. Umożliwi to rozpalenie ich ponownie, w moim sercu. Niech kolejny raz naznaczą jakiś ślad w tym niekończącym się ciągu. Wyborów. Decyzji. Poematów prawdy o mnie. Niech pokażą swoją twarz. Szczerą. Skrytą. Szpetną. Piękną.

Przywołam słowa opowiadające o historii walki. Bitwy o to, by sumienie pozostało na zawsze czyste. Wolne od wyrzutów. Niezwiązane oczekiwaniami. Nietłumione przez presję. Wrażliwe na prawdę. Tak, by jego szept nie był nigdy zignorowany w tym huku codzienności.

Jako społeczeństwo postępowe, idące z „duchem czasu”, śledzące globalne trendy obserwujemy wyraźne zmiany w pokoleniu „młodych”. Dzięki powszechnemu wyższemu wykształceniu (które nawiasem mówiąc obecnie jest musem i standardem), diabelnie szerokim persketywom i mnogim możliwościom rozwoju, niesamowicie bogatej gamie opcji, mamy odwagę zabierać głos w wielu ważnych sprawach. Obeznani, biegli we władaniu mową, dbający o retorykę, gotowi do dyskusji, powoli wychodzimy, z dość solidnie utwierdzonymi w nas przekonaniami, do ludzi i świata. Wkraczamy w społeczeństwo jako aktywni partycypanci w codzienności, a nie jako jedynie bierni obserwatorzy. Jest w nas siła, by działać, zmieniać, mówić nie. Różnorodność poglądów, spojrzeń jest tak bogata i tak niepojęta, że każda wymiana zdań z drugim człowiekiem zmienia, choćby odrobinę, nasze postrzeganie siebie i swojego życia.

Z jednej strony, jeśli nie jesteśmy otwarci na zdanie i opinię innych, to pozbawimy się szansy dostrzeżenia pełni złożoności zagadnienia. Bardzo często to właśnie nasze błędne wnioski, źle postawione tezy i pomyłki w analizie problemu uczą najwięcej i owierają oczy najskuteczniej. Rozmawiając, poznawając i słuchając, wzbogacamy siebie oraz, jednocześnie, obdarowujemy innych.

Z drugiej strony, wielokrotnie, szczególnie w sprawach nad wyraz delikatnych i subtelnych, zupełnie dwa skrajne stanowiska nie znajdują żadnej płaszczyzny porozumienia. Może być tak, że nie jest możliwe uniknięcie wyraźnie zarysowanej niezgody pomiędzy oponentami. Zdarza się, że taka bezkompromisowość jest konieczna, by jakaś osoba nie zahwiała tym, co położyła w fundamentach swojej osoby. Konsekwencja i stanowczość utwierdza nas w ścieżce, którą obraliśmy, jako naszą drogę życiową. Mówienie: „nie, nie zgadzam się” często ratuje nas przed tym, byśmy nie zgubili siebie i nie stracili swoich wartości. Byśmy nigdy nie zapomnieli o tym, co jest dla nas tak ważne.

Co czyni ciebie, tobą.

Wraz w tym, jak dojrzewam, utwierdzam się w tym, że w życiu najważniejsze jest, dla mnie, kierowanie się własnym sumieniem. Nie społeczeństwa, nie ogółu i nie powszechnie przyjętym, zmieniającym się, nieustannie, kodeksem moralnym. Ale własnym, niezmiennym. Postępowanie zgodnie z tym, co dyktuje mi serce jest dla mnie najwyższą wartością. Podstawą jego działania jest bezkompromisowana niezgoda na nienawiść i kłamstwo. Widzę jak brak miłości pozbawia życia ludzi, i mnie. Dostrzegam, że otwarcie się na dobro, życzliwość, pomaganie innym i wiarę, w tę właśnie, oklepaną, miłość, odpala każdego. Człowiek staje się niczym dynamit. Wybucha często i niespodziewanie, wyrzucając z siebie tony energii, uśmiechu i szczęścia.

Niestety często szczęście jest mylnie utożsamiane ze stanem euforii. Ślepej, pełnej pasji i ulotnej. W radość wpisany jest też smutek, niepowodzenia i zawody. Nieodłączną jej częścią są momenty, gdy trzeba wybaczać i samemu prosić innych o wybaczenie. Nie może zabraknąć też w niej świadomości ulotności i przemijania, braku stałości w powodzeniu, ale także w niedostatku. Ona zmusza nas też do dostrzegania tego, że pomimo, że tyle osób potrzebuje naszej pomocy, życzliwości i siły, chęci życia. Uczy nas również, że w chwilach, gdy nie dajemy sobie rady, musimy umieć poprosić o wsparcie i potrafić przyjmować wyciągniętą dłoń. Szczęście zaprasza nas do tego, by dawać, ale też brać. Pomnażać przez dzielenie.

Dokładnie tak irracjonalnie, jak to czasem brzmi.

By to czynić, często muszę być stanowcza. Żebym mogła być pewna tego, w co wierzę, jaki mam system wartości i czym się, przede wszystkim, kieruję w codzienności, muszę czasem zdobywać się na bezkompromisowość. Uczę się mówić głośne nie, kiedy uważam, że coś przeczy miłości. Uważam na to, żeby nie podejmować decyzji, które jakkolwiek miały by skrzywdzić kogoś, lub mnie. Dlatego też staram się odcinać od sytuacji, które takim działaniom mogły by sprzyjać. Nie mogę ulegać presji tego, że tak wiele osób dookoła myśli inaczej. Nie powinnam oglądać się na to, że często oceniają rzeczy i sytuacje w zupełnie innych kategoriach. W tym świecie dynamicznie zmieniających się wartości i czasach redefiniowania pierwotnych pojęć oraz podważania znaczenia powszechnie znanych imponderabilii, pierwsze skrzypce zawsze staram się oddać swojemu sumieniu.

Dlaczego? Po co?

Sumienie jest specifyczne. Można go przyrównać do takiego sędziego, który rozlicza nas z naszego postępowania. Jeśli postąpimy wbrew sobie, naszym przekonaniom i przeczuciu, co jest słuszne i dobre, to ono nie da nam spokoju. Będzie nachodzić nas przed snem i w każdej chwili samotności. By upominać się. O zadośćuczynienie, o naprawienie szkód. Domagać się zniam i postawy skruchy, pokory. Z czasem, jeśli będziemy się mu opierać, spowoduje, że zaczniemy mieć siebie dosyć. Nie będziemy w stanie wytrzymać ze swoimi myślami. Wpędzimy się w wir pretensji do samego siebie, zatopimy się w głębokim poczuciu własnej beznadziei i pozbawiamy się możliwości wybaczenia. Sobie, ludziom. Przestaniemy kochać. Siebie i innych. Stracimy orientację i nie będziemi umiei podjąć decyzji, która, zamiast niszczyć, zbuduje coś sensownego.

Lekarstwo na to jest takie oczywiste. Jednak tak trudno je zażyć. Wystarczy jedynie, i aż, pozwolić sumieniu decydować. Zacząć słuchać tego, co ono ma do powiedzenia. Nauczyć się przyjmować wskazówki i rady.

Będzie wymagać to od nas często zatrzymania się w połowie kroku. Powstrzyma nas od podjęcia jakiejś decyzji, bez przemyślenia. Powoli będziemy stawać się świadomi odpowiedzialności za swoje słowa, decyzje i zachowania. Zaczyniemy być rozważniejsi i ostrożenijsi przy podejmowaniu się jakiś działań. Przestaniemy będzieć tempem dyktowanym przez gwałtowne zrywy serca, a damy głos także rozumowi. Będziemy hamować się w sytuacjach, gdy pojawi się w nas poczucie, że jest szansa zrobienia czegoś, czego będzie się mocno żałować. Zdecydowanie zmieni się nasze podejście do ludzi i ogólnie pojętych relacji. Nabierzemy szacunku do siebie, więc także do innych. Będziemy w stanie pochwalić siebie, docenić, a przez to być z siebie zadowolonym. Nieświadomie będziemy pracować nad sobą. Bez przymusu i jakiś reguł, przeciw którym będziemy się buntować.

Wszystko za sprawą jednej decyzji.

Dlatego nie zgodzę się na bycie taką, jaką mogą widzieć mnie wszyscy dookoła. Wolę trwać przy swoim, uparcie i niezmiennie. Bo tylko wtedy będę spokojna, bo będę żyć w zgodzie z samą sobą. Jako osoba ucząca się, codziennie, kochać siebie i innych. Próbująca dawać siebie innym, i także sobie. Usiłująca dbać o życie każdego, bez wyjątku. Mająca szacunek do wszystkich. Szczególnie do siebie samej. Pewna wartości swojej, i innych. Tylko w zgodzie z tym, co uznaję za najwyższe wartości, mogę być sobą. Nieskrępowana niczym. Całkowicie szczera. Ciesząca się z bycia w miejscu, w którym aktualnie się znajduję.

Autentyczna. Gotowa, by trwać przy swoim. Przy swojej wierze. Przy swoim życiu. Przy sobie.

Nie zadowalają mnie podróbki. Pozory. Fałsz. Nie ma dla mnie rzeczy wartej tego, żebym straciła swoją gotowość kochania. Wszystko, co powoduje, że działam wbrew sobie, tylko mnie pozbawia czegoś. Jakakolwiek akceptacja ogółu, aprobata jakiejś decyzji przez grupę, szersze uznanie w społeczeństwie lub cokolwiek innego, co pozornie dadzą mi inni, nie uciszy tego szeptu sumienia. Jeśli ono się odezwie, z tonem nagany, oznacza, że właśnie straciłam część siebie. To zdecydowanie nie jest tego warte.

Jedyne, o co powinniśmy dbać w stu procentach. Nasz najcenniejszy i jedyny skarb. Świecka i Boska świętość. Nasze życie. Nasze serce. Nasze szczęście. Nierozerwalnie złączone.

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

bo nie są dość ładni…

Nasza wizytówka, często karta przetargowa, przepustka i udogodnienie. Wygląd. Pozory, oszukiwanie, udoskonalanie. Doprowadzanie się do granic wytrzymałości w polepszaniu siebie. Presja, by być pięknym, dobrym, uśmiechniętym. Dopracowanym w każdym szczególe. Przednie kwalifikacje, spełnione oczekiwania, energia i gotowość, by się uczyć. Taka jest nasza rzeczywistość, gdzie nad naszymi głowami jest zawieszona, niedorzecznie wysoko, poprzeczka.

Niczym wyprawa w góry nie do zdobycia. Udział w wyścigu nie do wygrania.

Za dużo osób nie akceptuje siebie. Zbyt wielu z nas wyrzuca sobie codziennie to, że nie są „dość ładni”. Duża część społeczeństwa nie potrafi ofiarować sobie dobrego słowa. Ludzie patrzą na swoje życie przez pryzmat sztucznych zdjęć, wyidealizowanych scen, reklamowanych utopii i zakłamanych historii. Część z nas ma w sobie pragnienie zamiany swojego życia z życiem kogoś innego. By być tak samo lubianym, zauważanym, chwalonym. Stanie się kimś wyróżniającym – częste marzenie. Dlatego część z nas stara się nadrabiać to, czego nam brakuje na płaszczyźnie relacji i komunikacji interpersonalnej, sztucznym zachwytem nad sobą. Skupienie się na wyglądzie. Położenie go jako fundament naszej samooceny.

Dla osób, które nie potrafią dostrzec swojego piękna, sylwetka, twarz, niedoskonałości stają się udręką. Nie mają „czym nadrabiać” braków zainteresowania. Za każdym razem, gdy patrzą w lustro, widzą na twarzy nie tylko dojmujący smutek, rozczarowanie sobą i zrezygnowanie wobec rzeczywistości. Jawi się na niej także pogarda, wyrzut i głęboki żal do siebie. Czemu nie możesz być lepszym? Czemu nie możesz być innym? Czemu muszę z tobą każdego dnia wytrzymywać? Czemu jesteś taki nieśmiały? Czemu jesteś taki gruby? Czemu jesteś taki głupi? Czemu jesteś taki słaby, wrażliwy, niewytrwały w postanowieniach pracy nad sobą?

Czemu tak bardzo starasz się przybodobać innym? Czemu szukasz tak bardzo akceptacji? Czemu chcesz być tak bardzo kochany, doceniony?

Przez taki stan, zostają umieszczeni między młotem, a kowadłem. Pragnieniem uczucia, a myślami, które tylko podkreślają niemożliwość jego spełnienia. Potrzebą miłości, a słowami: „nie zasługujesz na nią”. Tak, jest w nas pewien mechanizm. Wielokrotnie, po prostu, się nad nami pastwi. „Patrz, co złego zrobiłeś”, „Zobacz, ile rzeczy ci się nie udało”, „przypomnij sobie, jak często ludzie cię odrzucili, nie chcieli z tobą być, zerwali z tobą kontakt. Musieli mieć powód.” „Nie jesteś wystarczający, dlatego nigdy nie poznasz miłości.”

Człowiek jest tak kruchy i delikatny. Jego psychika może zostać, z taką łatwością, zniszczona. Nieświadomie, sami sobie robimy krzywdę. Nie potrafimy pochwalić siebie za to, co wykonaliśmy dobrze. Nie umiemy wskazać w sobie żadnych zalet. W życiu pełnym minusów i złych stron brakuje tego maleńkiego plusa, który dałby nadzieję. Przez to, nie jesteśmy w stanie odwzajemnić uśmiechu, którego, każdego poranka, chcemy sobie ofiarować. Nie potrafimy spojrzeć ludziom prosto w oczy, z myślą, że zasługujemy na dobro, ciepło i otwartość. Nie podejmujemy się pracy nad sobą z myślą, bo wolimy się zapętlać w myślach przesiąkniętych subiektywnymi odczuciami i negatywnymi emocjami. Nie umiemy zdobyć się na to, żeby pozwolić swojemu rozumowi spojrzeć obiektywnie i ocenić, znaleźć rozwiązanie, które pomoże.

Nikt z nas nie przyszedł na świat idealny. Nikt z niego też nie odejdzie perfekcyjny. Nikt, nigdy, nie musiał być w swoim życiu doskonały. To od nas zależy, czy wmuszamy w siebie ten wymyślony rozkaz, który czasem przebija się przez powierzchnowną ocenę innych.

Bo nie są dość ładni…

Co możemy dać komuś z samego tytułu wybitnego wyglądu? Co może zmienić nasza , tak skrupulatnie udoskonalana, aparycja? Szczerze – mam ochotę krzyczeć ze złości. Przez to, jak bardzo ludzie odbierają sobie wartość, bo wydaje im się, że czegoś brakuje im w wyglądzie. Nie można nim nic wartościowego ugrać. Za niego nie otrzyma się nic więcej, niż kilka sekund uwagi, szybko wystawiona, płytka ocena, kilka spojrzeń i bezwartościowych pochwał, które nie budują w nas nic pięknego. Ani w innych. Są kartami dostępu do miejsc, gdzie rządzą pozory, powierzchowność, a wszystko okrywa ułuda. W tym wyścigu najpiękniejszych jest wielki przemiał ludzi. Przybija mnie ta łatwość w znalezieniu kogoś innego na własne miejsce. „Lepszego”. „Piękniejszego”.

Na prawdę nie wiem, dlaczego ludzie dają sobie pozwolenie na takie ocenianie.

Jest coś, co każdy z nas może dać innej osobie, kompletnie niezależnie od tego, jak się wygląda. Są rzeczy, które można wypracować, kierując się, tym naturalnym, pragnieniem bycia kochanym. Jest nim oczywiście miłość. Sztampowo, ale tak prawdziwie. Ta szczera, niewymuszona, naturalna, konsekwentna, nieodrzucająca, nieoceniająca, rozumiejąca i cierpliwa miłość. Skłonna wybaczać niedoskonałości, potknięcia. Sobie i innym. Dzieląc ją, zmieniamy świat. Otwieramy oczy, swoje i innych, na piękno świata, ludzi, ale co najważniejsze: własne. Brak w niej podziałów. Nie ma w niej żadnej narzuconej segregacji. Nie można kochać lepiej czy gorzej. Trzeba tylko jej poszukać: pod tymi licznymi maskami, pozorami. Przedzierając nietrafione karteczki z ocenami. Gasząc te, pełne ognia, oczekiwania. Uwalniając się od tej cholernie ciężkiej presji, by być… Właśnie. By być kim?

Kochającym siebie.

Jest dla siebie nie masz miłości, nie jest możliwe, byś pokochał kogokolwiek prawdziwie. Zawsze na przeszkodzie będą stały myśli: nie wystarczasz. Nie umiesz. Nie możesz. Nie potrafisz się zdobyć na coś tak doskonałego będąc tak ułomnym. To wszystko będzie odbierać tobie nadzieję, siłę i wiarę w to, że miłość w twoim życiu może zainstnieć. Czy można dzielić to, czego się w sobie nie ma? Jak dawać coś, czego się nigdy nie poznało? Skąd się uczyć sztuki okazywania miłosierdzia, kiedy wobec siebie jest się bezwględnym katem?

Nie. Zdecydowanie można. Kochać. Nie nienawidzić. Siebie. Innych. Życie. Serce. Oddech.

MALUCH

Od wielu dni obserwuje niezwykłe zjawisko. Jest nim praca malutkiego ptaszka, który próbuje nauczyć się latać. Sytuacja fascynuje, motywuje, skłania do refleksji, otwiera oczy. Jednocześnie obserwacja dogłębnie porusza, nie daje ukojenia wrażliwości, szarpie za struny serca napiętego współczuciem i chęcią pomocy.

Ten dramat jest zdefiniowany przez pewien tragizm. Stworzenie nie wie, czy jest nielotem, czy jednym z tych gatunków, które wznoszą się hen wysoko, pod sam nieboskłon. Codziennie, wielokrotnie, powtarza swoje próby. Stara się uporczywie polecieć. Często musi walczyć z samym sobą. Mierzyć się z przytłaczającą beznadzieją, która przypomina – po tylu przymiarkach jeszcze nie odleciałeś, to wszystko jest bezcelowe, nic się nie zmieni. Dobija go niewiedza, czy w ogóle jego skrzydła mogą go ponieść.

Samodzielność dojrzewania postawiła go w sytuacji, gdzie nie ma osób, które podsuwają odpowiedzi pod nos. Część opieki rodzicielskiej przeminęła. Jedyna droga, by potomstwo mogło poradzić sobie z trudnościami w dorosłym życiu, to pozwolić mu samemu decydować i działać. Poprzedzone to będzie przejściowym okresem niewiedzi, braku jasnych wskazówek i wielu godzin szukania, upadania i powstawania.

Motorem tego ptaszka jest wewnętrzne, bardzo silne poczucie, by polecieć. Może jest to instynkt, może tylko chęć, może po prostu marzenie inspirowane wędrówką innych. W głowie ma ułożone kilka planów na możliwe trasy, pewnie multum wyobrażeń, jak wiele może się przytrafić takiej kruszynie, jak on. W tym wszystkim, on nie rozumie, gdzie znajduje się źródło tego wewnętrznego impulsu. Jest jedynie, boleśnie, świadomy jego dominacji nad innymi popędami. Codziennie poznaje siłę rażenia i uporczywość ataków impulsów „rób”, „próbuj”, „nie poddawaj się”.

Całkowicie irracjonalna nadzieja powoduje, że jakoś zbiera się w sobie. Przyjmuje pozycję startową, taką samą jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni i rozpędza się. Podskakuje, z całych sił, i zaczyna rozpaczliwie machać skrzydłami. Doświadcza tego błogiego, tak ulotnego, poczucia wolności, lotu, oderwania się. Kosztuje jego slodyczy, otrzymuje taki maleńki kęś. Udaje mu się przez kilka sekund utrzymać nad ziemią. Jednak spada, kolejny raz. Delektowanie zostaje bardzo brutalnie przerwane. Cudowne wspomnienie natychmiast poprawione o przykre zakończenie. Piękne kolory przeżywania otrzymują domieszki szarości, czerni i szkarłatu. Kolejny raz obite sobie skrzydła i ponownie pojawiające się pytania: po co w ogóle mu zostały dane, skoro wydają się tak bezużyteczne. Czemu coś go pcha do tych całkowicie niszczących prób.

Jak można się spodziewać, punkt kulminacyjny nie nadchodzi. Było by nim potwierdzenie. Upewnienie. Tak, kiedyś polecisz. Nie, nie jesteś ptakiem lotnym. Determinizm sytuacji, zamiast przyniesienia ulgi, każe dalej podejmować próby. W tym drobnym ciałku nie można zagłuszyć tego głosu wołającego: „próbuj”. Więc ptaszyna wciąż walczy. Czekając, z ogromnym utęsknieniem, na tę upragnioną chwilę wytchnienia – odpowiedź.

Do tego czasu…

Tylko wstaje, obity i zadrapany. Często coraz bardziej obojętny, działający jak maszyna. Jego stan oscyluje od poczucia, że jest dość silny, do stanu, gdzie myśli, że już więcej niepowodzeń nie zniesie. Poziom siły waha się od „jest jej wystarczająco” do „niezwłocznie uzupełnij zapasy”. Pozorne wyobrażenie, że upadek nie przybije tak mocno, zostaje szybko zweryfikowane przez trud, który prawie uniemożliwia wstanie o własnych siłach.

Nie można pojąć dlaczego tak bardzo chce się próbować, skoro zna się skutek. Po co się działa, próbuje, walczy. Dlaczego pomimo wyczerpania zrywami, upadkami i powstawaniem, ciągle odzywa się to silnie bijące serce. Dyktujące niezmiennie rytm życia. Nawet te odbijanie się od ścian, zamykających w danej sytuacji, nie pozbawia całkiem tchu. Cegły, które wypalane są z prób i trudności, w procesie wypalania dokonują zmian również w nas.

Jedyne, co nas trzyma i co pozwala nam unosić głowę, spojrzeć na niebo, to nadzieja. Że kiedyś się dowiemy.