ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

SZEPT SUMIENIA

Słowa, które teraz padną, będą po części powtórzone. Uważam jednak, że powinny wybrzmieć jeszcze raz. Tym razem dosadniej oraz pewniej. Zostać uwiecznione, wykute na tej małej ścianie moich tekstów. Umożliwi to rozpalenie ich ponownie, w moim sercu. Niech kolejny raz naznaczą jakiś ślad w tym niekończącym się ciągu. Wyborów. Decyzji. Poematów prawdy o mnie. Niech pokażą swoją twarz. Szczerą. Skrytą. Szpetną. Piękną.

Przywołam słowa opowiadające o historii walki. Bitwy o to, by sumienie pozostało na zawsze czyste. Wolne od wyrzutów. Niezwiązane oczekiwaniami. Nietłumione przez presję. Wrażliwe na prawdę. Tak, by jego szept nie był nigdy zignorowany w tym huku codzienności.

Jako społeczeństwo postępowe, idące z „duchem czasu”, śledzące globalne trendy obserwujemy wyraźne zmiany w pokoleniu „młodych”. Dzięki powszechnemu wyższemu wykształceniu (które nawiasem mówiąc obecnie jest musem i standardem), diabelnie szerokim persketywom i mnogim możliwościom rozwoju, niesamowicie bogatej gamie opcji, mamy odwagę zabierać głos w wielu ważnych sprawach. Obeznani, biegli we władaniu mową, dbający o retorykę, gotowi do dyskusji, powoli wychodzimy, z dość solidnie utwierdzonymi w nas przekonaniami, do ludzi i świata. Wkraczamy w społeczeństwo jako aktywni partycypanci w codzienności, a nie jako jedynie bierni obserwatorzy. Jest w nas siła, by działać, zmieniać, mówić nie. Różnorodność poglądów, spojrzeń jest tak bogata i tak niepojęta, że każda wymiana zdań z drugim człowiekiem zmienia, choćby odrobinę, nasze postrzeganie siebie i swojego życia.

Z jednej strony, jeśli nie jesteśmy otwarci na zdanie i opinię innych, to pozbawimy się szansy dostrzeżenia pełni złożoności zagadnienia. Bardzo często to właśnie nasze błędne wnioski, źle postawione tezy i pomyłki w analizie problemu uczą najwięcej i owierają oczy najskuteczniej. Rozmawiając, poznawając i słuchając, wzbogacamy siebie oraz, jednocześnie, obdarowujemy innych.

Z drugiej strony, wielokrotnie, szczególnie w sprawach nad wyraz delikatnych i subtelnych, zupełnie dwa skrajne stanowiska nie znajdują żadnej płaszczyzny porozumienia. Może być tak, że nie jest możliwe uniknięcie wyraźnie zarysowanej niezgody pomiędzy oponentami. Zdarza się, że taka bezkompromisowość jest konieczna, by jakaś osoba nie zahwiała tym, co położyła w fundamentach swojej osoby. Konsekwencja i stanowczość utwierdza nas w ścieżce, którą obraliśmy, jako naszą drogę życiową. Mówienie: „nie, nie zgadzam się” często ratuje nas przed tym, byśmy nie zgubili siebie i nie stracili swoich wartości. Byśmy nigdy nie zapomnieli o tym, co jest dla nas tak ważne.

Co czyni ciebie, tobą.

Wraz w tym, jak dojrzewam, utwierdzam się w tym, że w życiu najważniejsze jest, dla mnie, kierowanie się własnym sumieniem. Nie społeczeństwa, nie ogółu i nie powszechnie przyjętym, zmieniającym się, nieustannie, kodeksem moralnym. Ale własnym, niezmiennym. Postępowanie zgodnie z tym, co dyktuje mi serce jest dla mnie najwyższą wartością. Podstawą jego działania jest bezkompromisowana niezgoda na nienawiść i kłamstwo. Widzę jak brak miłości pozbawia życia ludzi, i mnie. Dostrzegam, że otwarcie się na dobro, życzliwość, pomaganie innym i wiarę, w tę właśnie, oklepaną, miłość, odpala każdego. Człowiek staje się niczym dynamit. Wybucha często i niespodziewanie, wyrzucając z siebie tony energii, uśmiechu i szczęścia.

Niestety często szczęście jest mylnie utożsamiane ze stanem euforii. Ślepej, pełnej pasji i ulotnej. W radość wpisany jest też smutek, niepowodzenia i zawody. Nieodłączną jej częścią są momenty, gdy trzeba wybaczać i samemu prosić innych o wybaczenie. Nie może zabraknąć też w niej świadomości ulotności i przemijania, braku stałości w powodzeniu, ale także w niedostatku. Ona zmusza nas też do dostrzegania tego, że pomimo, że tyle osób potrzebuje naszej pomocy, życzliwości i siły, chęci życia. Uczy nas również, że w chwilach, gdy nie dajemy sobie rady, musimy umieć poprosić o wsparcie i potrafić przyjmować wyciągniętą dłoń. Szczęście zaprasza nas do tego, by dawać, ale też brać. Pomnażać przez dzielenie.

Dokładnie tak irracjonalnie, jak to czasem brzmi.

By to czynić, często muszę być stanowcza. Żebym mogła być pewna tego, w co wierzę, jaki mam system wartości i czym się, przede wszystkim, kieruję w codzienności, muszę czasem zdobywać się na bezkompromisowość. Uczę się mówić głośne nie, kiedy uważam, że coś przeczy miłości. Uważam na to, żeby nie podejmować decyzji, które jakkolwiek miały by skrzywdzić kogoś, lub mnie. Dlatego też staram się odcinać od sytuacji, które takim działaniom mogły by sprzyjać. Nie mogę ulegać presji tego, że tak wiele osób dookoła myśli inaczej. Nie powinnam oglądać się na to, że często oceniają rzeczy i sytuacje w zupełnie innych kategoriach. W tym świecie dynamicznie zmieniających się wartości i czasach redefiniowania pierwotnych pojęć oraz podważania znaczenia powszechnie znanych imponderabilii, pierwsze skrzypce zawsze staram się oddać swojemu sumieniu.

Dlaczego? Po co?

Sumienie jest specifyczne. Można go przyrównać do takiego sędziego, który rozlicza nas z naszego postępowania. Jeśli postąpimy wbrew sobie, naszym przekonaniom i przeczuciu, co jest słuszne i dobre, to ono nie da nam spokoju. Będzie nachodzić nas przed snem i w każdej chwili samotności. By upominać się. O zadośćuczynienie, o naprawienie szkód. Domagać się zniam i postawy skruchy, pokory. Z czasem, jeśli będziemy się mu opierać, spowoduje, że zaczniemy mieć siebie dosyć. Nie będziemy w stanie wytrzymać ze swoimi myślami. Wpędzimy się w wir pretensji do samego siebie, zatopimy się w głębokim poczuciu własnej beznadziei i pozbawiamy się możliwości wybaczenia. Sobie, ludziom. Przestaniemy kochać. Siebie i innych. Stracimy orientację i nie będziemi umiei podjąć decyzji, która, zamiast niszczyć, zbuduje coś sensownego.

Lekarstwo na to jest takie oczywiste. Jednak tak trudno je zażyć. Wystarczy jedynie, i aż, pozwolić sumieniu decydować. Zacząć słuchać tego, co ono ma do powiedzenia. Nauczyć się przyjmować wskazówki i rady.

Będzie wymagać to od nas często zatrzymania się w połowie kroku. Powstrzyma nas od podjęcia jakiejś decyzji, bez przemyślenia. Powoli będziemy stawać się świadomi odpowiedzialności za swoje słowa, decyzje i zachowania. Zaczyniemy być rozważniejsi i ostrożenijsi przy podejmowaniu się jakiś działań. Przestaniemy będzieć tempem dyktowanym przez gwałtowne zrywy serca, a damy głos także rozumowi. Będziemy hamować się w sytuacjach, gdy pojawi się w nas poczucie, że jest szansa zrobienia czegoś, czego będzie się mocno żałować. Zdecydowanie zmieni się nasze podejście do ludzi i ogólnie pojętych relacji. Nabierzemy szacunku do siebie, więc także do innych. Będziemy w stanie pochwalić siebie, docenić, a przez to być z siebie zadowolonym. Nieświadomie będziemy pracować nad sobą. Bez przymusu i jakiś reguł, przeciw którym będziemy się buntować.

Wszystko za sprawą jednej decyzji.

Dlatego nie zgodzę się na bycie taką, jaką mogą widzieć mnie wszyscy dookoła. Wolę trwać przy swoim, uparcie i niezmiennie. Bo tylko wtedy będę spokojna, bo będę żyć w zgodzie z samą sobą. Jako osoba ucząca się, codziennie, kochać siebie i innych. Próbująca dawać siebie innym, i także sobie. Usiłująca dbać o życie każdego, bez wyjątku. Mająca szacunek do wszystkich. Szczególnie do siebie samej. Pewna wartości swojej, i innych. Tylko w zgodzie z tym, co uznaję za najwyższe wartości, mogę być sobą. Nieskrępowana niczym. Całkowicie szczera. Ciesząca się z bycia w miejscu, w którym aktualnie się znajduję.

Autentyczna. Gotowa, by trwać przy swoim. Przy swojej wierze. Przy swoim życiu. Przy sobie.

Nie zadowalają mnie podróbki. Pozory. Fałsz. Nie ma dla mnie rzeczy wartej tego, żebym straciła swoją gotowość kochania. Wszystko, co powoduje, że działam wbrew sobie, tylko mnie pozbawia czegoś. Jakakolwiek akceptacja ogółu, aprobata jakiejś decyzji przez grupę, szersze uznanie w społeczeństwie lub cokolwiek innego, co pozornie dadzą mi inni, nie uciszy tego szeptu sumienia. Jeśli ono się odezwie, z tonem nagany, oznacza, że właśnie straciłam część siebie. To zdecydowanie nie jest tego warte.

Jedyne, o co powinniśmy dbać w stu procentach. Nasz najcenniejszy i jedyny skarb. Świecka i Boska świętość. Nasze życie. Nasze serce. Nasze szczęście. Nierozerwalnie złączone.

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

bo nie są dość ładni…

Nasza wizytówka, często karta przetargowa, przepustka i udogodnienie. Wygląd. Pozory, oszukiwanie, udoskonalanie. Doprowadzanie się do granic wytrzymałości w polepszaniu siebie. Presja, by być pięknym, dobrym, uśmiechniętym. Dopracowanym w każdym szczególe. Przednie kwalifikacje, spełnione oczekiwania, energia i gotowość, by się uczyć. Taka jest nasza rzeczywistość, gdzie nad naszymi głowami jest zawieszona, niedorzecznie wysoko, poprzeczka.

Niczym wyprawa w góry nie do zdobycia. Udział w wyścigu nie do wygrania.

Za dużo osób nie akceptuje siebie. Zbyt wielu z nas wyrzuca sobie codziennie to, że nie są „dość ładni”. Duża część społeczeństwa nie potrafi ofiarować sobie dobrego słowa. Ludzie patrzą na swoje życie przez pryzmat sztucznych zdjęć, wyidealizowanych scen, reklamowanych utopii i zakłamanych historii. Część z nas ma w sobie pragnienie zamiany swojego życia z życiem kogoś innego. By być tak samo lubianym, zauważanym, chwalonym. Stanie się kimś wyróżniającym – częste marzenie. Dlatego część z nas stara się nadrabiać to, czego nam brakuje na płaszczyźnie relacji i komunikacji interpersonalnej, sztucznym zachwytem nad sobą. Skupienie się na wyglądzie. Położenie go jako fundament naszej samooceny.

Dla osób, które nie potrafią dostrzec swojego piękna, sylwetka, twarz, niedoskonałości stają się udręką. Nie mają „czym nadrabiać” braków zainteresowania. Za każdym razem, gdy patrzą w lustro, widzą na twarzy nie tylko dojmujący smutek, rozczarowanie sobą i zrezygnowanie wobec rzeczywistości. Jawi się na niej także pogarda, wyrzut i głęboki żal do siebie. Czemu nie możesz być lepszym? Czemu nie możesz być innym? Czemu muszę z tobą każdego dnia wytrzymywać? Czemu jesteś taki nieśmiały? Czemu jesteś taki gruby? Czemu jesteś taki głupi? Czemu jesteś taki słaby, wrażliwy, niewytrwały w postanowieniach pracy nad sobą?

Czemu tak bardzo starasz się przybodobać innym? Czemu szukasz tak bardzo akceptacji? Czemu chcesz być tak bardzo kochany, doceniony?

Przez taki stan, zostają umieszczeni między młotem, a kowadłem. Pragnieniem uczucia, a myślami, które tylko podkreślają niemożliwość jego spełnienia. Potrzebą miłości, a słowami: „nie zasługujesz na nią”. Tak, jest w nas pewien mechanizm. Wielokrotnie, po prostu, się nad nami pastwi. „Patrz, co złego zrobiłeś”, „Zobacz, ile rzeczy ci się nie udało”, „przypomnij sobie, jak często ludzie cię odrzucili, nie chcieli z tobą być, zerwali z tobą kontakt. Musieli mieć powód.” „Nie jesteś wystarczający, dlatego nigdy nie poznasz miłości.”

Człowiek jest tak kruchy i delikatny. Jego psychika może zostać, z taką łatwością, zniszczona. Nieświadomie, sami sobie robimy krzywdę. Nie potrafimy pochwalić siebie za to, co wykonaliśmy dobrze. Nie umiemy wskazać w sobie żadnych zalet. W życiu pełnym minusów i złych stron brakuje tego maleńkiego plusa, który dałby nadzieję. Przez to, nie jesteśmy w stanie odwzajemnić uśmiechu, którego, każdego poranka, chcemy sobie ofiarować. Nie potrafimy spojrzeć ludziom prosto w oczy, z myślą, że zasługujemy na dobro, ciepło i otwartość. Nie podejmujemy się pracy nad sobą z myślą, bo wolimy się zapętlać w myślach przesiąkniętych subiektywnymi odczuciami i negatywnymi emocjami. Nie umiemy zdobyć się na to, żeby pozwolić swojemu rozumowi spojrzeć obiektywnie i ocenić, znaleźć rozwiązanie, które pomoże.

Nikt z nas nie przyszedł na świat idealny. Nikt z niego też nie odejdzie perfekcyjny. Nikt, nigdy, nie musiał być w swoim życiu doskonały. To od nas zależy, czy wmuszamy w siebie ten wymyślony rozkaz, który czasem przebija się przez powierzchnowną ocenę innych.

Bo nie są dość ładni…

Co możemy dać komuś z samego tytułu wybitnego wyglądu? Co może zmienić nasza , tak skrupulatnie udoskonalana, aparycja? Szczerze – mam ochotę krzyczeć ze złości. Przez to, jak bardzo ludzie odbierają sobie wartość, bo wydaje im się, że czegoś brakuje im w wyglądzie. Nie można nim nic wartościowego ugrać. Za niego nie otrzyma się nic więcej, niż kilka sekund uwagi, szybko wystawiona, płytka ocena, kilka spojrzeń i bezwartościowych pochwał, które nie budują w nas nic pięknego. Ani w innych. Są kartami dostępu do miejsc, gdzie rządzą pozory, powierzchowność, a wszystko okrywa ułuda. W tym wyścigu najpiękniejszych jest wielki przemiał ludzi. Przybija mnie ta łatwość w znalezieniu kogoś innego na własne miejsce. „Lepszego”. „Piękniejszego”.

Na prawdę nie wiem, dlaczego ludzie dają sobie pozwolenie na takie ocenianie.

Jest coś, co każdy z nas może dać innej osobie, kompletnie niezależnie od tego, jak się wygląda. Są rzeczy, które można wypracować, kierując się, tym naturalnym, pragnieniem bycia kochanym. Jest nim oczywiście miłość. Sztampowo, ale tak prawdziwie. Ta szczera, niewymuszona, naturalna, konsekwentna, nieodrzucająca, nieoceniająca, rozumiejąca i cierpliwa miłość. Skłonna wybaczać niedoskonałości, potknięcia. Sobie i innym. Dzieląc ją, zmieniamy świat. Otwieramy oczy, swoje i innych, na piękno świata, ludzi, ale co najważniejsze: własne. Brak w niej podziałów. Nie ma w niej żadnej narzuconej segregacji. Nie można kochać lepiej czy gorzej. Trzeba tylko jej poszukać: pod tymi licznymi maskami, pozorami. Przedzierając nietrafione karteczki z ocenami. Gasząc te, pełne ognia, oczekiwania. Uwalniając się od tej cholernie ciężkiej presji, by być… Właśnie. By być kim?

Kochającym siebie.

Jest dla siebie nie masz miłości, nie jest możliwe, byś pokochał kogokolwiek prawdziwie. Zawsze na przeszkodzie będą stały myśli: nie wystarczasz. Nie umiesz. Nie możesz. Nie potrafisz się zdobyć na coś tak doskonałego będąc tak ułomnym. To wszystko będzie odbierać tobie nadzieję, siłę i wiarę w to, że miłość w twoim życiu może zainstnieć. Czy można dzielić to, czego się w sobie nie ma? Jak dawać coś, czego się nigdy nie poznało? Skąd się uczyć sztuki okazywania miłosierdzia, kiedy wobec siebie jest się bezwględnym katem?

Nie. Zdecydowanie można. Kochać. Nie nienawidzić. Siebie. Innych. Życie. Serce. Oddech.

MALUCH

Od wielu dni obserwuje niezwykłe zjawisko. Jest nim praca malutkiego ptaszka, który próbuje nauczyć się latać. Sytuacja fascynuje, motywuje, skłania do refleksji, otwiera oczy. Jednocześnie obserwacja dogłębnie porusza, nie daje ukojenia wrażliwości, szarpie za struny serca napiętego współczuciem i chęcią pomocy.

Ten dramat jest zdefiniowany przez pewien tragizm. Stworzenie nie wie, czy jest nielotem, czy jednym z tych gatunków, które wznoszą się hen wysoko, pod sam nieboskłon. Codziennie, wielokrotnie, powtarza swoje próby. Stara się uporczywie polecieć. Często musi walczyć z samym sobą. Mierzyć się z przytłaczającą beznadzieją, która przypomina – po tylu przymiarkach jeszcze nie odleciałeś, to wszystko jest bezcelowe, nic się nie zmieni. Dobija go niewiedza, czy w ogóle jego skrzydła mogą go ponieść.

Samodzielność dojrzewania postawiła go w sytuacji, gdzie nie ma osób, które podsuwają odpowiedzi pod nos. Część opieki rodzicielskiej przeminęła. Jedyna droga, by potomstwo mogło poradzić sobie z trudnościami w dorosłym życiu, to pozwolić mu samemu decydować i działać. Poprzedzone to będzie przejściowym okresem niewiedzi, braku jasnych wskazówek i wielu godzin szukania, upadania i powstawania.

Motorem tego ptaszka jest wewnętrzne, bardzo silne poczucie, by polecieć. Może jest to instynkt, może tylko chęć, może po prostu marzenie inspirowane wędrówką innych. W głowie ma ułożone kilka planów na możliwe trasy, pewnie multum wyobrażeń, jak wiele może się przytrafić takiej kruszynie, jak on. W tym wszystkim, on nie rozumie, gdzie znajduje się źródło tego wewnętrznego impulsu. Jest jedynie, boleśnie, świadomy jego dominacji nad innymi popędami. Codziennie poznaje siłę rażenia i uporczywość ataków impulsów „rób”, „próbuj”, „nie poddawaj się”.

Całkowicie irracjonalna nadzieja powoduje, że jakoś zbiera się w sobie. Przyjmuje pozycję startową, taką samą jak przez ostatnie kilkadziesiąt dni i rozpędza się. Podskakuje, z całych sił, i zaczyna rozpaczliwie machać skrzydłami. Doświadcza tego błogiego, tak ulotnego, poczucia wolności, lotu, oderwania się. Kosztuje jego slodyczy, otrzymuje taki maleńki kęś. Udaje mu się przez kilka sekund utrzymać nad ziemią. Jednak spada, kolejny raz. Delektowanie zostaje bardzo brutalnie przerwane. Cudowne wspomnienie natychmiast poprawione o przykre zakończenie. Piękne kolory przeżywania otrzymują domieszki szarości, czerni i szkarłatu. Kolejny raz obite sobie skrzydła i ponownie pojawiające się pytania: po co w ogóle mu zostały dane, skoro wydają się tak bezużyteczne. Czemu coś go pcha do tych całkowicie niszczących prób.

Jak można się spodziewać, punkt kulminacyjny nie nadchodzi. Było by nim potwierdzenie. Upewnienie. Tak, kiedyś polecisz. Nie, nie jesteś ptakiem lotnym. Determinizm sytuacji, zamiast przyniesienia ulgi, każe dalej podejmować próby. W tym drobnym ciałku nie można zagłuszyć tego głosu wołającego: „próbuj”. Więc ptaszyna wciąż walczy. Czekając, z ogromnym utęsknieniem, na tę upragnioną chwilę wytchnienia – odpowiedź.

Do tego czasu…

Tylko wstaje, obity i zadrapany. Często coraz bardziej obojętny, działający jak maszyna. Jego stan oscyluje od poczucia, że jest dość silny, do stanu, gdzie myśli, że już więcej niepowodzeń nie zniesie. Poziom siły waha się od „jest jej wystarczająco” do „niezwłocznie uzupełnij zapasy”. Pozorne wyobrażenie, że upadek nie przybije tak mocno, zostaje szybko zweryfikowane przez trud, który prawie uniemożliwia wstanie o własnych siłach.

Nie można pojąć dlaczego tak bardzo chce się próbować, skoro zna się skutek. Po co się działa, próbuje, walczy. Dlaczego pomimo wyczerpania zrywami, upadkami i powstawaniem, ciągle odzywa się to silnie bijące serce. Dyktujące niezmiennie rytm życia. Nawet te odbijanie się od ścian, zamykających w danej sytuacji, nie pozbawia całkiem tchu. Cegły, które wypalane są z prób i trudności, w procesie wypalania dokonują zmian również w nas.

Jedyne, co nas trzyma i co pozwala nam unosić głowę, spojrzeć na niebo, to nadzieja. Że kiedyś się dowiemy.

OBNAŻONY Z EMOCJI

Czasem zostaje z nas zdarty płaszcz, mający okrywać nagość emocji, ich bezbronność i niewinność. One, skrywane głęboko, strzeżone pilnie, wypuszczane tylko, gdy nikt nie patrzy. Często trzymane na smyczy oraz zakute w kaganiec. Nie mające prawa głosu przy innych. Odbierana jest im wolność.

Twarze przysłonięte makijażem. Nakładanie podkładu bywa kojące. Znaki źle przespanych nocy, te foletowe sińce pod oczami, powoli znikają. Tusz odciąga uwagę od zapuchniętych oczu. Cień nadaje koloru oczom bez blasku. Szminka podkreśla usta, które nie muszą już dodatkowo uginać się w uśmiech, by zachwycać. Szara, nijaka twarz przemienia się w piękną, barwną, wyrazistą maskę, którą można pokazać światu.

Zakrywanie wszystkiego zdecydowanie uspokaja. Odciąga myśli.

Jednak przychodzą chwilę spotkań. Z tymi, którzy rozumieją. Przed którymi można odkryć karty. Sami mierzą się z podobną niewiedzą. Są wsparciem samą obecnością. Nie zawsze znają i dostarczą odpowiedzi na pytania. Rzadko kiedy z ich ust padają słowa całkowicie adekwatne. Jednak to powietrze wypełniające przestrzeń, gdzie się wtedy znajdujemy, przesycone jest gotowością. By słuchać, by być dla kogoś, by starać się zrozumieć i okazać wsparcie na miarę swoich, bardzo, ograniczonych możliwości. To wszystko uczy, że relacje często wykraczają poza bariery czynnego działania. Nie potrzeba pełnych zwrotów akcji działań, by zagrać skutecznie. Całe piękno i nadzieja tkwi w szczegółach.

Istotą jest cierpliwość, by poznać całą historię do końca, zanim zacznie się pouczać i dawać rady. Zamyślenie i zainteresowanie, gdy ktoś przyswaja i przetrwarza informacje dopiero co pozyskane. Próba dopasowania rozwiązania, nie dyktowana własnym doświadczeniem i wyobrażeniem, a krojona specjalnie pod osobę, do której mają być kierowane słowa. Cisza, która pozwala kontynuować opowieść bez presji, daje chwilę namysłu. Dzięki niej i w niej nikt nie karze zebrać się w garść. Brak w tym wszystkim także nachalności. Nie ma narzucania niepotrzebnej pomocy. Nikt nie odbiera samodzielności, nie wyręcza w mierzeniu się z problemami, nie myśli i nie podejmuje decyzji za nikogo. Prawdą, sednem jest deklaracja trwania obok, pomimo własnych trudności, pomimo niepokoju szytego przez własne lęki, pomimo chaosu wynikającego z własnych trudności. W tym morzu pełnym własnych niewiadomych, na mapie często tak różnych dróg, w ogniu tak wielu emocji – spotykamy się i trwamy, w tym, razem.

Razem szukając światła. Sami jesteśmy też płomieniami dla innych. Często nie robiąc nic, ratujemy wszystko. Przez jeden gest, jedno słowo, jedną chwilę przedłużonego milczenia, jedno powstrzymane działanie.

Gdy głos mi się załamał… Gdy wyznałam, że czuję się sama… Odważyłam się powiedzieć to na głos. Znają mnie, wiedzą, że przychodzi mi to z trudnością. Dziękuję za ten krótki uścisk dłoni. Znaczył on w tej sekundzie wszystko. Niósł wyłącznie miłość. Podpartą troską, życzeniem, by się ułożyło, wiarą w to, że sobie poradzę, czynem, który przypomina – otwórz oczy. Jestem obok.

Był, jest i będzie. On i oni.

KOLEJNA NOC

Dokładnie. To kolejna noc, kiedy przykładam głowę do poduszki, a sen jednak nie nadchodzi. Mimo intelektualnego zmęczenia, fizycznego wyczerpania – umysł pozostaje, niezmiennie, ciągle pracującym młynem: mielącym emocje, myśli, słowa, wydarzenia. Nadaje rangi każdemu szczegółowi, poddaje analizie każdy okruch, bada najmniejsze cząstęczki. Wszystko po to, by postawić kilka hipotez, nakreślić wiele teorii. Niepewnych, łatwych do obalenia, budzących wiele wątpliwości, trudnych do udowodnienia. Każda z nich może być odpowiedzią na obecną sytuację. Nie wszystkie z nich się wykluczają wzajemnie. Mało znajdzie się takich, które dopełnią obraz jako niezależne byty.

Niezliczone scenariusze. Dojmująca niepewność. Podważająca autorytet niewiedza. Zagadkowe jutro. Przemijająca chwila. Brak podpowiedzi odnośnie kolejnego kroku. Zaufanie, że będzie dobrze. Bo musi być. Na tym polega zaufanie.

O niebo łatwiej jest podejmować decyzje w momencie, gdy da się rozpoznać to, czego się pragnie. Wtedy pewnymi wskazaniami stają się emocje. Uczucia z automatu odrzucają niektóre drogi. Przy wyborze jednej z dwóch skrajnych, całkowicie rozbieżnych dróg można po prostu zaufać sumieniu, które daje pewność, że nie postąpimy wbrew sobie. W chwilach podejmowania decyzji o wyłącznie własnym życiu wystarczy bazować na wiedzy o sobie, by wybrać tę jedną, najlepiej dopasowaną możliwość.

Też o ile bardziej dopracowana jest strategia, gdy operujemy na znanym, stabilnym gruncie. Nasze rewiry budują naszą pewność, siebie i znajomości otoczenia. Pozwalają lepiej orientować się w chwilach, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Szybciej możemy podejmować nietuzinkowe decyzje, przy czym ciężej nas zaskoczyć sytuacjami kryzysowymi. W końcu wiedzieliśmy na jakie trudności można natrafić, z częścią może nawet już się zetknęliśmy.

Co zrobić, jeśli informacji jest niewiele? Czym się kierować, gdy trwa się w pewnym zawieszeniu? Którą stronę obrać, jeśli nie występuje w naszym sercu jawna polaryzacja pomiędzy tym, co słuszne, a tym co nam zaszkodzi? Jak poradzić sobie z jakąś nadzieją, oczekiwaniem, kiedy nie wiemy co konkretnie ma się wydarzyć? Jak ufać sobie, jeśli bazujemy na samym przeczuciu?

Dzień miał przynieść odpowiedzi. Zamiast tego trwam, ale dalej w pewnej nijakości. Bez serca dyktującego kroki, bez pewnego siebie rozumu, który dobrze szacuje potencjalne zagrożenia i dostrzega możliwości, bazując na wiedzy i doświadczeniu. To chyba nowa sytuacja – kiedy całkowicie nie umiem sobie wyobrazić, co może wydarzyć się dalej. A wyobraźnie mam prężną, często przekraczającą granice prawdopodobnych, potencjalnych wydarzeń.

Podejmuje jakieś konkretne kroki – ale mam wrażenie, że na oczach mam opaskę. Staram się ufać temu, że w tym wszystkim jestem prowadzona za rękę, a jako wsparcie mam niezawodny GPS, który za każdym razem, gdy zbłądze, potrafi wyznaczyć nową trasę. Do celu. Lub celów. Pośrednich, spontanicznych, dynamicznych, rozwojowych, pełnych niespodzianek i pewnych w niepewności, z czym zostaniemy przywitani. W tym wszystkim próbuję odnaleźć siłę. By pomimo tego, że te kierunki mogą się zmieniać, że nie raz wejde w jakąś kałużę, której nie zauważyłam, że z pewnością kilka razy dojdę na skraj uliczki, która okaże się ślepa, wielokrotnie nałożę drogę – to jakoś dotrę do tego celu, celów, punktu czy punktów.

Zdecydowanie – te pojedyncze przebłyski, które dają nadzieję są dziwne. Niejasne. Nie można ich zinterpretować, stać się czegoś pewnym. W sumie dokładnie tak ostatnio wygląda moje szukanie odpowiedzi. Odkrywam kolejne stronice, zapisane językiem złożonym, splątanym, głębokim. Wrażliwym. Na to, kto czyta, i na to, czego szuka. Mądrym i prostym. Trafionym.

ZEJŚĆ Z WIDOKU

Trzeba wiedzieć, kiedy należy zejść z widoku. Pokonanym lub nie, smutnym czy szczęśliwym, gotowym lub przestraszonym. Dobrze jest dostrzec moment, w którym świat daje znaki, by zamilknąć i zacząć słuchać, podnieść wzrok i spojrzeć na coś szerszą perspektywą. Objąć ten nieograniczony horyzont rozpostarty przed nami. Przestać oczekiwać i kreślić plany, i nareszcie zacząć doceniać głębie każdego dnia. Nie poddawać się żalowi, bo coś nie wyszło i jakaś furtka została zamknięta. Nie można też nakręcić się za bardzo, nastawiać na pewny sukces w momencie, gdy rzeczy idą tak gładko zgodnie z planem.

Zapętlenie w życiu przeszłością i przyszłością. Skacząc od wczoraj do jutro, od następnego dnia do poprzedniego, za każdym razem pomijając najważniejszy i jedyny słuszny przystanek – dzisiaj.

Słowa ciskają się na usta, ale każde, które przychodzi jest nietrafne. Skierowanie wzroku za siebie okazuje się niesłuszne, spojrzenie pod nogi niewłaściwe, obejrzenie w góre zgubne. Celowanie przed siebie? To właśnie tam są ludzie. Tam jest twoja droga, nadzieja i przygoda. Ona zaprowadzi cię do jutra, ale nie ominie teraz. Jeden pewny krok, potem kolejnych kilka przyspieszonych, zaraz kilkadziesiąt ostrożnych, wypełnionych skupieniem. Potknięcia i upadki jako integralna część wędrówki. Podskoki i zgrabnie wyminięte przeszkody jako skutek wprawy w kroczeniu. Pojawiające się liczbe obtarcia, skręcenia, złamania, ale także coraz lepiej rysująca się wytrenowana sylwetka, coraz silniejsze mięśnie, coraz potężniejsza kondycja. Siła i pewność siebie, naznaczona doświadczeniem samodzielności, kształtowana metodą prób i błędów.

Taka oto mała, niewinna dróżka.

Dla małego człowieka, jakim jest każdy z nas. Wyjątkowy, ale jednak drobny, kruchy. Mający swój kawalątek ziemi, swój punkt w tym świecie. Filigranowy. Łatwy do przeoczenia. Człowiek i jego miejsce. Jeden z wielu. Pora zanurzyć się w swojej małości. Jako ktoś pełen pokory, poddany cichości, skupiony na istocie. Nie warto krzyczeć, poki ma się w perspektywie jutro. Nie należy się zatrzymywać, jeśli ma się siłę iść dalej. Warto odpocząć, gdy słania się z nóg. Można płakać, być smutnym, cieszyć się i zastanawiać, wątpić i prosić. W stuprocetowej wolności.

Złożoność kogoś tak mikroskopijnego, jak człowiek fascynuje. Jest ona tak niepojęta. Każdy z nas jest jak chodząca bomba, noszący w sobie wulkan. Myśli, emocji, pragnień, planów, doświadczeń i trudności. Miłość przeplatana cierpieniem. Radość podszyta smutkiem. Oddech, dający siłę, pozbawiający nas energii, która umożliwia funkcjonowanie. Racjonalizm hamujący emocje, które z kolei umniejszają rolę intelektu. Ograniczenia ciała, z którymi się mierzymy w treningach, by poznawać je i zarazem przesuwać coraz dalej. Akceptacja i odrzucenie. Pełnia i pustka.

Jak siebie zrozumieć? Jak siebie poznać? Kim jesteśmy?

SPEAK OUT

„You’ve got to speak out. You’ve got to shout out. Talk a bit louder. Be a bit prouder.”

„Little Me” – Little Mix

Czasem wyjście z cienia kosztuje nas na prawdę dużo. Jest ono niczym wyrwanie się z pewnej bańki bezpieczeństwa, gdzie chronieni jesteśmy przez brak doświadczania. Nie wypowiadamy się, więc nie będziemy skrytykowani. Nie pokazujemy swojej twarzy, dlatego nie zostanie ona rozczytana. Nie zwracamy uwagi na swoją osobę, stąd pewność, że nikt nie pomyśli o tym, żeby wycelować jakikolwiek pocisk w naszą stronę. Nie krzyczymy, by nikt nas nie zagłuszył. Nie staramy się, żeby nikt tym nie wzgardził. Nie dajemy od siebie, więc nie zostaniemy niczego pozbawieni.

Przeżywamy każdy dzień w pozornej ciszy, spokoju, półmroku. Względnie bezpieczni. Wolni od przykrych doświadczeń. Jednak pozbawieni także możliwości wyrazu, pokazania siebie.

Czasem jest w nas poczucie, że nie pasujemy gdzieś. Zamiast wstać i wyjść, choć raz się podnieść się zadziałać, to próbujemy je zgasić i stłumić. W nas próbujemy wmusić w wyrozumiałość wobec wszystkiego, co wydaje się nieodpowiednie. Trenowujemy się w wytrwałości, umożliwiającej znoszenie tych uporczywych myśli „to nie jest to”. Po jakim czasie dotrze to do nas, że od początku powinniśmy wypowiedzieć na głos jedno, proste, wyzwalające słowo: NIE. Pozwolić na to, by się z czymś nie zgodzić. Zdecydować się w końcu na wyczekiwaną zmianę. Poszukać czegoś nowego, czegoś odpowiedniego, czegoś skrojonego pod nas.

Jak wielu z nas lawiruje między słowami krytyki, starajać się znaleźć złoty środek, mający zadowolić każdego. Kursujący od jednego brzegu, do kolejnego, bo w każdym porcie jesteśmy odsyłani z kwitkiem i zastrzeżeniem, by wrócić z lepszym ładunkiem? Bo nie taka waga, nie taki towar, nie taka łódka, nie taki kapitan, nie takie podejście do keji. Nieustannie coś jest nieodpowiednie, niedostateczne, niewystarczające. Zmuszeni do cumowania zawsze na dziko, na odludziu, zastanawiają się gdzie jest ich miejsce? Czy gdzieś ich przyjmą? Czy jest możliwość, by w końcu przestać się tułać i liczyć na pozwolenie zakończenia manewru? Czy kiedykolwiek będzie można przestać myśleć o tym, jak nas odbiorą, jak przywitają, jak ocenia i w końcu zacząć skupiać się na rozładunku?

Czy w tym wszystkim nie należy, w końcu, wyprostować się i oznajmić, że te miejsce komuś się należy? Że dokładnie to, co ma się na statku zaspokoi, z nadmiarem, potrzeby. Że ma się prawo zatrzymać w tym porcie, tak jak każde inne łódki? Że pozory nie dają całego obrazu ani załogi, ani łodzi, ani wartości, które zostały przywiezione?

Czy przypadkiem nie brakuje nam po prostu tej pewności, która tak często przekonuje ludzi, że my możemy objąć stanowisko? Że jest szansa, że sprostamy zadaniu? Bo szukali po prostu kogoś, kto ma odwagę powiedzieć, że chce, że jest gotowy zmierzyć się z wyzwaniem i dlatego uważa, że ma prawo spróbować. Czy czasem klamka akceptacja nie rodzi się wraz z przypomnieniem, że w niczym na starcie nie można odstawać od reszty, bo dopiero wyścig zweryfikuje, czy ma się odpowiednie kwalifikacje?

Siedząć w ukryciu, po cichu licząc, że zostaniemy wyłapani, docenieni. Marząc o tym, że w końcu ktoś nas zauważy, odkryje. Wyciągnie nas z tego kąta i potwierdzi naszą wartość, której sami nie umiemy dostrzec. Będzie tak dobry, że popchnie ku działaniu, wzbudzi w nas nadzieję. Uratuje z tego mroku.

Nie.

Czasem trzeba samemu pokazać to, co jest w nas piękne. Uwolnić talent. Pozwolić swoim dziełom szybować ponad monotonią. Spróbować wyjść z tym, co szlifuje się w ukryciu, na światło. Zorganizować wystawę, zaprosić kilka osób. Otworzyć się i podzielić. Zdobyć na odwagę i uwierzyć, że można iść drogą, której nikt wcześniej nam nie nakreślił. Wyjść ze sztywnych schematów, wkroczyć czasem na szlak będący skrótem, czasem obrać o wiele dłuższą trasę, ale taką skrojoną na miarę naszych możliwości. Przystanąć w miejscu, które nam wydaje się atrakcyjne, odpocząć w chwili, gdy my opadamy z sił. Odkrywać dokładnie te punkty, które chcemy. Nawet jeśli czasem będzie to oznaczać wędrówkę w samotności. Niech nie zatrzymują nas słowa, że nie warto, że komuś się coś nie podobało, że te miejsca są spalone, brzydkie, że jest coś o wiele ciekawszego tylko trzeba się do tego przekonać.

Nie, to czas na własne, niezależne i samodzielne decyzje. Pora, by być odrobinę pewniejszym siebie. Chwila, żeby zebrać w sobie odwagę i wyraźnie powiedzieć: teraz moja kolej wykonać ruch. W końcu zdobyć na krok w stronę indywidualności, dzięki czemu możliwe będzie odnalezienia siebie, wyznaczenie swojego celu, poznanie swojego sensu, odkrycie swojego szczęścia.

Wymaga to dużej odwagi. Trzeba stanąć, twarzą w twarz, przed sobą, w lustrze. Innym pokazać siebie dokładnie takim, jakim się jest. Wystawić się na oceny, wysłuchać słów pełnych powątpiewań, znieść uwagi, które często odbierają wiare w ideały, które nam przyświecają. W tym wszystkim nie można się ugiąć, ani spuścić wzroku, nie zwiesić też głowy, by nie stracić pewności. Nie zawsze odnajdziemy siebie, często będziemy brakować nam siły, czasem dopadnie nas poczucie zagubienia, może bezsensu. Jednak nikogo nie przekonamy do niczego, jeśli zamiast siebie, będziemy pokazywać tylko swój cień. Nigdzie nie wejdziemy, jeśli będziemy starali się jak duchy, przenikać ściany, zamiast chwycić za klamkę i przejść, jak wszyscy, przez frontowe drzwi. Nie zostawimy żadnego śladu w swoim życiu, jeśli nie zechciejemy stać się materialni, żywi, prawdziwi, autentyczni. Bez tego nie będziemy ani doświadczać, ani przeżywać.

Wystarczy te kilka kroków, które czynimy, żeby wejść w ten świat. Niech ta bańka pęknie. My niech mamy odwagę się odezwać, trochę głośniej, niż właśnie dyktuje nam serce.

ZDALNE STUDIA

Tęsknię. Za bliskością, gdy ktoś usiądzie obok ciebie, a ty nie myślisz o tym, że należy się odsunąć. Momentach, kiedy widzisz kogoś znajomego, więc bez żadnych oporów podchodzisz i się witasz. Chwilach spotkania po dłuższej rozłące, przerwanej rzuceniem się sobie w ramiona, bez skrępowania, bez hamowania przypływu emocji i czułości. Bez dystansu. Bez rozważania. Bez miarkowania. Bez ograniczania serca rozumem. Bez nakazów i zakazów. Rzeczywistość, gdy bliskość znowu będzie bezpieczna.

Najlepsze lata. Jednak przelatują przez palce. Momenty, gdy wraz z pierwszymi poważnymi decyzjami, powinno się budować się pierwsze trwałe relacje. Ich zawiązywaniu towarzyszy dotąd nieznana samoświadomość, pewność siebie i wartości, które się wyznaje. Pierwsze prace, pierwsze obowiązki, pierwsze wyprowadzki, pierwsze poważniejsze potknięcia, pierwsze przygody związane z niezależnością i większą dozą samodzielności. Zdecydowanie większa odpowiedzialność i często też większa niepewność.

Zamiast tego jesteśmy zamknięci – w bańce niezmieniającej się codzienności. Każdy następny dzień jest wyłącznie planem włączenia się online do kolejnych wykładów czy ćwiczeń, gdzie anonimowo trwamy w zaciszu i cieniu. Nie odzywając się, nie wychylając. Jesteśmy niewidoczni. Niepoznani. Przyzwyczajamy się do tego, zwinnie omijamy odpowiedzialność zabrania głosu. Liczymy, że ktoś inny zrobi to za nas. Czujemy się bezpieczni, bo możemy udawać, że nas nie ma i nikt nas nie zmusi do tego, by partycypować aktywnie.

Dlatego nauka zaczyna tracić sens. Materiały są tylko zbitkiem wyrazów, utrwalonych na kartach, wielokrotnie używanych, książek.  Przyswajasz to, co musisz i przechodzisz do następnego zagadnienia, bez refleksji, bez zachwytu, bez rozbudzonej ciekawości. Jak automat. Niby bogatszy o jakąś nową wiedzę, jednak znacznie uboższy o ducha. Bo niewiele pozostało tych osób, z którymi można porozmawiać o tym, co właśnie doświadczenie pokazało. Nie ma do kogo podejść na korytarzu, by spytać, czy zrobił zadanie. Nie ma wspólnej nauki na wydziale do kolokwiów, przesiadywania w bibliotece, czy wspólnych wyjść po zdanych egzaminach, by świętować sukcesy.

Nie ma relacji. Maile obdzierają nas z człowieczeństwa. Nadają nam rangi enigmy. Jeden z wielu studentów. Napisał w typowej sprawie. Jak jeden z tego jednolitego tłumu. Teraz nie mamy twarzy. Nie widać po nas emocji. Nie możemy przekazać nic mimiką czy postawą. Nie zjednamy sobie ludzi, nie zbudujemy bliskości. Nie spowodujemy, że atmosfera na zajęciach będzie lepsza przez korzystanie z nici porozumienia o wiele głębszej niż werbalny komunikat.

Przerwy, które zawsze były wytchnieniem w wysiłku, są teraz jedynie momentem grobowej ciszy po drugiej strony słuchawki profesora. Męczą jeszcze bardziej. Brak rozmów, brak narzekania na to, że zajęcia się dłużą, albo straciło się w połowie wątek. Nie ma możliwości podejścia do tablicy, by przeanalizować zadanie. Zostajesz wyrwany z transu słuchania, by zostać ponownie wrzucony w tę samotność i brak interakcji. Masz tylko płaski obraz ekranu. Nie wszyscy mają siłę, by nadawać tym obiektom pojawiającym się na monitorze, czyli ludziom, ducha.

Za chwilę zapomnimy, jak wygląda trzeci wymiar. Jak bliskie mogą być relacje z ludźmi, którzy wcale nie są nam tacy dobrze znani. Jak wiele czynników składa się na to, że obcujemy z kimkolwiek. Jak złożony może być kontakt, jak mnóstwo rzeczy można przekazać bez słów. Będziemy na nowo uczyć się ujmować za dłoń, by pocieszyć, przytulać, by dodać otuchy, witać nie tylko przez skinięcie głową i obejściem kogoś w dwumetrowym dystansie.

Pozbycie się tej nabytej samotności będzie jak gwałtowne zdarcie opatrunku z wcale niezagojonych ran. Bo one się nie zagoją. Tęsknota za ludźmi pozostanie. Taka jest nasza natura. To mnie trzyma. Wiem, że mimo przedłużających się zdalnych studiów, będę tęsknić. Dziękuję za to.