WSPOMNIENIA

Nasz mózg jest bardzo oszczędny w przydzielaniu pamięci. To wyjaśnia, dlaczego wspomnienia, z czasem, tracą na wyrazistości oraz bogactwie obrazów. W sieci neuronów naszego mózgu potrzymywane są tylko ścieżki wytyczone przez główne myśli związane z danym wydarzeniem. Dlatego w głowie pozostaje jedynie clue całej historii, a klatki urywek scen blakną, kontury postaci stopniowo są rozmywają, emocje gasną w swej intensywności.

Można postawić smiało tezę, że wspominanie pozbawia nas szczegółów. My, jednak, decydujemy się na te straty, by móc wracać do przeszłości. Chcemy ożywiać historie już przeżyte, podtrzymywać w naszym umyśle obecność osób, które odeszły z naszego życia, zatrzymywać przemijalność czasu i nadawać znaczenie wszystkiemu, co nam wydaje się ważne, a na tym świecie nie odciska to żadnego piętna.

Ostatnio często rozważałam, czy przypadkiem, lub celowo, sztucznie nie nadałam znaczeniu niektórym wydarzeniom. Czy faktycznie jakieś spojrzenie lub słowo mogło by coś zamieszać w pozornym porządku mojego życia? Czy ta, kilkukrotnie przeciągnięta w czasie, sekunda faktycznie coś skrywała?

Niestety, wrażliwość zbyt często podkręca wagę gestów i komunikatów. Większość powie, że na pewno to był jedynie nieistotny detal. Jednak dla tych wyczulowych może być to sygnał informujący o nieuchronnie zbliżającej się porażce lub jawna przesłanka, która może wywróżyć chwalebny sukces.

Mimo to, często polegam na własnym osądzie, ocenie i spostrzeżeniach. Jednak dopiero się uczę. Na pewną liczbę trafień, przypada dwa razy tyle pudeł i potknięć. Też nie uniknę wielu twardych i bolesnych zderzeń ze ścianą, w chwilach, gdy pod osłoną cienia miał się rozciągać długi korytarz perspektyw, a okazało się, że nie jest to nic, poza ślepym zaułkiem.

Teraz mogę rozpamiętywać, by szukać odpowiedzi na tamte sytuacje. Wracać pamięcią do przeszłości, która blaknie, przez co coraz mniej mogę z niej wyciągnąć. Dlatego pozostaje mi często jedynie się uśmiechnąć, do tego, co niesie, po prostu, pozytywne emocje. Uwalniam te wspomnienia z kajdan, które próbowały wymusić na obrazach pokazanie innej twarzy rzeczywistości. Tej istniejącej za sprawą moich życzeń i chęci. Nie pozwalały myślom dojrzeć, umysłowi się oczyścić, głowie odpocząć. Teraz chcę je wypuścić, a sobie pozwolić zamknąć jeden temat.

Bo za każdym razem, gdy zamyka się jedne drzwi pomieszczenia, trzeba otworzyć kolejne, by móc przejść dalej, do następnych segmentów budynku. Nie uniknie się poszukiwania furtek, które można otworzyć. Będzie wiele prób jak daleko można zajść i gdzie można dotrzeć. Sprawdzi się też wytrzymałość kłódek, które na pierwszy rzut oka blokują drzwi. Niektóre będą założone jedynie prowizorycznie. Odstraszają pozorami, bo tak na prawdę są liche i nie spełniają należycie swojej funkcji. Często są one jedynie mimetyczną przeszkodą, tak łatwą do przeskoczenia. Odrobina siły, jeden zdecydowany gest, podejście do problemu i odwaga, by się czemuś przyjrzeć i coś zdziałać.

Często sama perspektywa zamknięcia wystarcza, by porzucić próbę otwarcia.

To, co teraz otwieram, może zaprowadzić mnie w miejsca niesamowite. Boję się tego, ale też mam jakąś głęboką nadzieję, że drogi znów się przetną. Może tak ma być. Może dokładnie dlatego wszystkie niewiadome wiodły ku temu miejscu, gdzie stoję. A może znowu piszę nierealne scenariusze, które tylko dają ułudną nadzieję na coś… Dlatego uwalniam te wspomnienia. By nie dawały nadziei krępującej, zamykającej na konkretne plany. Jedynie pobudzającą ekscytację, ciekawość i ogromną chęć. Tę do działania. Tę do czynów. Tę do prób. Tę do nauki.

RODZIC

Do czego porównać ten pełen miłości wzrok, którym obdarza jedyną, mającą zawsze niepodzielnie królować, księżniczkę w swoim życiu – córkę? Jak opisać ułożenie mięśni na przedramionach, gdy dłonie się szeroko otwarte, by w każdej chwili pochwycić dziecko w locie, byle nie upadło na ziemię przy swoich urokliwych wygibasach? Czy istnieje jakikolwiek odpowiednik momentu, gdy córka otacza szyję ojca, smyra go po brodzie i śmieje się, że na twarzy rodziciela wyrosła śmieszna drapaczka, a sekundę później wtula się w szeroko rozpostarte ramiona? Czy istnieje większa ufność, niż dłonie dziecka wyciągnięte ku matce, która, nie ważne co się wydarzy, nie będzie nigdy obojętna na te ogromne łzy, wolno płynące po twarzy?

Jak nie zachwycić się faktem, że wychowanie dziecka to całkowite, bezinteresowne oddanie swojego życia tak kruchej i bezbronnej istocie? Tym nieustannym dawaniem wszystkiego, co w nas samych najcenniejsze, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian? Dla rodziców oddech dziecka, uścisk malutkiej dłoni i rytm pokracznie stawianych, dwa razy krótszych kroków obok własnych jest rekompensatą z niepotrzebnym naddatkiem za awantury, nieprzespane noce i nerwy wynikające z braku jakiegokolwiek czasu dla siebie.

Ostatnimi dniami żyję w zupełnie innych, trochę odjechanym świecie. Na kartach książek sunę po miejscach odległych od Ziemi o miliony lat świetlnych. Pozwalam się oczarować faktom, dotąd nigdy wcześniej mi nie przedstawionych. Wykorzystuję swoją, raczej niemałą, wyobraźnię by naginać w umyśle czas, przestrzeń i wyobrazać sobie miejsca, których nigdy nie zbadam inną drogą niż interpretacją pomiarów rejestrowanych widm promieniowania elektromagnetycznego. Doświadczam tak wytęsknionych spacerów w miejscach, gdzie nie ma dosłownie nikogo, co jest niespotykane w miejscu gdzie mieszkam. Czuję tak długo wyczekiwane ciepło, które muska skórę, odsłoniętą przez zdjętą z ramion kurtkę, pozwalając na zapomnienie tego bezlitosnego, całkowicie nietolerowanego przez mój organizm mrozu. Odwiedzam tych, tak długo niewidzianych, tych, za którymi tak bardzo się tęskniłam.

Nachodzą mnie myśli, że możemy zauroczyć się prawie wszystkim. Moc poruszyć i przyciągnąć do siebie ma nieprzeliczalny zbiór rzeczy. Pasją, celem, hobbym może stać się każda rzecz, która pociągnie za właściwą strunę w nas samych. Taką dobrze zestrojoną z sobą samą, wbudzając wyraźny rezonans.

Jako młoda osoba, która ma w głowie zawsze więcej pytań niż odpowiedzi, pomysłów niż konkretnych planów działania, mórz niepokojów niż kałuż pewności, wyobrażeń niż przeżyć i sprawdzonych rozwiązań, szukam swojej drogi, którą pójdę. Czemu i komu poświęcę część życia, która jest zarezerwowana wyłącznie do „oddania” temu światu? Zdecydowanie zadania nie ułatwiają mi liczne zagadnienia, przy których nie jest możliwe uzyskanie wyjaśnienia. Najbardziej uwiera mnie chyba jedna myśl – po co jest to wszystko. Po co życie, istnienie, byt, posiadanie, łza? Rozważam wszystkie za i przeciw. Staram się spojrzeć na gatunek ludzki w perspektywie histori, biologii, fizyki czy wiary. Czeka mnie też wertowanie materiałów z filozofii, przegląd dzieł z historii literatury i kontemplacja sztuki i naszego dorobku kulturalnego.

Jednak czego bym nie zrobiła, główną rolę w moim życiu zawsze odgrywa serce. Czymkolwiek bym sobie nie zapchała dnia, ile bym sobie nie włożyła na głowę to z pewnością w trakcie dnia pojawi się pewien newralgiczny punkt, w którym to nie rozum dyryguje. Wtedy myśli zalewają mnie falami, emocje zostają spuszczone ze smyczy. Ta niemęcząca się pompa życiodajnej krwii uczy mnie tego morderczego tempa bicia serca. Świadomość, inteligencja, możliwość podejmowania decyzji, niekierowanych jedynie wewnętrznymi popędami… Jedynie kilka z tak mnogich aspektów, które ciągle mi przypominają, że jestem, że istnieję. Wrażliwość szarpie za płaszcz i rozrywa to wierzchne okrycie, utkane ze zdań: nie pytaj, nie zastanawiaj się, nie szukaj. Czegokolwiek bym sobie nie próbowała wmówić odnośnie tego, kim jestem i jakie jest moje miejsce, nie ważne jakich zasad czy reguł nie chciałabym w siebie wtłoczyć w sprawie tego, czym powinnam się kierować i jak patrzeć na sens swojej egzystencji, to ponad to wypływają na powierzchnie pewne, zaszczepione we mnie, mechanizmy, które jasno dyktują mi co robić.

Mogę posiąść ogromną wiedzę, ale jeśli zdobywanie jej odbędzie się kosztem zaniedbania osoby, która jest dla mnie ważna, to wiem, że ta wiedza nie będzie dla mnie nic warta. Jeśli zrezygnuję z kogoś, by pójść za egoistyczną pobudką: „ja chcę”, nic na tym nie zyskam, bo tracę coś o wiele cenniejszego. Nawet jeśli postawię wszystko, by działać w jakimś konkretnym obszarze, ale po drodzę zgubię ludzi, którzy są dookoła i przestanie mi zależeć na przyjaźniach, więzach rodzinnych czy ewentualnie potencjalnym związku – to każdy dzień, przeżywany w takim schemacie, w dłuższej perspektywie okaże się pusty.

Mogę próbować boksować się ze sobą, wchodzić na coraz wyższe szczeble trenowania siebie, by jedynie działać jako zwierzę, będące na szczycie łańcucha pokarmowego dzięki swojej ścieżce ewolucji. Mogę traktować siebie jako taką małą, nic nieznaczącą dla świata serię zdarzeń swojego życia. Mogę tłumaczyć sobie, że moja wiara jest jedynie ułudą, uspokojaniem niepokojów egzystencjalnych i próbą wmówienie sobie, że, jako ludzie, jesteśmy wyjątkowi. Te zabiegi jednak zawsze ulegają, wychodzącym na pierwszy plan, wrażliwości i pragnieniu kochania. Jest we mnie stanowczy sprzeciw wobec mydlenia sobie oczu, wynikający z tego, że serce pozostaje, mimo prób, nieprzejednane.

Dlatego korzystam z prawa wolności i wyboru. Mimo tego, co dookoła odczytuje w przekazach płynących ze świata, idę za tym co czuję. Wierzę, zachwycam się, uczę i pragnę. W bliskości między ludźmi widzę sens, w modlitwie odnajduję spokój i pewność, w nadziei zbieram swoje siły, by iść swoją drogą, w obcowaniu z ludźmi poznaję złożoność człowieka. Obserwuję, pytam, doświadczam.

Jestem głupia. Wobec ludzi, wobec siebie, wobec Boga.

Dlatego kocham. Wszystkie chwile, kiedy mogę zachwycić się Wszechświatem i swoją małością. Każdy jeden moment, gdy mogę zatopić się w dźwiękach pięknej melodii. Niezliczone sytuacje fałszowania przy śpiewaniu swoich ulubionych utworów, często w akompaniameńcie chaotycznego tańcza po pokoju. Uwielbiam każdy piękny wschód i zachód słońca, każdy zapierający dech w piersiach widok, każdy niepowtorzalny obraz wymalowany, jedyną w swoim rodzaju, grą światła. Cenię siłę i odprężenie, zastrzyk enforfin przy, tak przyjemnej, aktywności fizycznej.

I zdecydowanie kocham to, co w tym wszystkim jest dla mnie najważniejsze: spotykać ludzi. Być z nimi. Przytulać, rozmawiać, móc złapać za rękę. Obdarzyć uśmiechem, dać wsparie, przyjąć pomoc, doświadczyć niepowtarzalnej chwilii. Zatracić czas w spojrzeniu i wypowiadanym słowie. Cieszę się, że mogę widzieć, po prostu dostrzegać. Innych. Nie jedynie siebie w tym brzydkim zwierciadle egoizmu, które, i tak za często, występuje jako główny bohater mojego życia.

ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

DELIKATNOŚĆ

Jednego dnia chcemy burzyć ściany. Walić pięściami w mury i trząść fasadami budynków. Mamy w sobie gotowość, by, na jeden, krótki rozkaz, wyruszyć. Natrzeć z impetem i pewnością.

Za to drugiego… czujemy się tak słabi, krusi, delikatni. Zastanawiamy się skąd wczoraj w nas było to przekonanie o własnej niezłomności, skrytej głęboko sile i niechybnej wygranej.

W jednej chwili energiczni. Rozkoszukący się każdą sekundą. Pragnący wycisnąć, z nadarzającej się okazji, ile jest tylko możliwe. Pare zdarzeń później nie pozostaje z tej witalności nic, poza zmęczeniem i rezygnacją.

Nasza codzienność jest niczym rejs malutką łodzią po lekko falującym morzu. Unoszeni chęcią zmienienia świata, by zaraz doświadczyć chwili grozy opadania w dolinie fali. Możemy próbować to pojąć i udoskonalać jakiś wewnętrzny sensor, wykrywający najmniejszą zmianę ruchu łajby. Dzięki zauważeniu pewnych, tendencji, jesteśmy w stanie nakreślić możliwe potencjalne scenariusze rozwoju akcji. By być jeszcze lepiej przygotowanym na to, co ma sie wydarzyć, staramy się nauczyć na pamięć, morza naszej osoby. Wtedy nasze przewidywanie i szacowanie jest jeszcze trafniejsze i bardziej prawdopodobne.

Podejmujemy się tego, bo to jedyna możliwość, by być w miarę przygotowanym na nieznane. Tak bardzo lubimy wiedzieć. Zaglądamy do szklanej kuli naszej głowy, by odkrywać karty opowiadające o jutrze.

Działamy, jakbyśmy odrzucali fakt, że powierzchnia taflii jest nieustannie kształtowana przez pogodę, tak bardzo niezależnie od naszej woli. Codziennie drażniona przez subtelne podmuchy wiatru. Całkowicie odmieniana za sprawą gwatłownych zrywów wichury.

Mimo to nie poddajemy się. Czynimy wszystko to, co jest w zakresie naszych możliwości. Zwiększamy swoje szanse dobrego przeżywania każdego dnia.

Czasem jednak przychodzą takie dni, kiedy zdejmujemy z siebie presję gotowości do walki z żywiołem. Zamykamy oczy, kładziemy się na deskach pokładu i zatracamy się w chwili. Doświadczamy innego unoszenia. Kosztujemy smaku dryfowania i falowania. W takich chwilach, te kołysanie przez grzbiety fal koi nasz spracowany umysł, wycisza głośno kołatające, z nerwów, serce, rozluźnia napięte, od nieustannego utrzymywania równowagi, mięśnie.

Jak błoga jest chwila poddania się sobie. Częściowa rezygnacja z usilnego trzymania kursu, mimo wielu potencjalnych przeciwności.

Pozwolenie sobie na odpoczynek. Wyswobodzenie się spod jarzma nieustannych prób odpowiadania, szukania i przewidywania.

Wtedy, dzień bywa wyznaczany przez wędrówkę słońca po nieboskłonie. Noc rozświetlana jest przez, dodatkowe, morze gwiazd. Niezliczonych, odległych, pięknych, migoczących, unoszących się nad nami. Przyglądając się im, zapominamy o wszystkim. Podziwiamy. Kule ognia, będące tak wiele lat świetlnych od nas. Nieosiągalne dla nas. Nie do poruszenia. One nigdy się nam nie podporządkują. To my możemy, może musimy, ulec ich urokowi. I oczywistemu czarowi wszechświata.

W tych krótkich i długich, ulotnych i wolno płynących chwilach obserwacji nie musimy nic. Chłoniemy to piękno oczami, ciepło skórą, życiodajność oddechem. Ładujemy się na nowo. By walczyć i upadać. Znosić trudy i rozkoszować się zwycięstwami.

Mamy na uwadze jednak swoją mikroskopijność. Wokół nas są rozstawione znaki przypominające nam, że my, jako ludzie, mamy tak wiele barier, których nie przekroczymy. Próbujemy badać tak wiele rzeczy, jednak one są tak bardzo poza zasięgiem doświadczenia. Mamy niezmiernie bogate, ale także ograniczone pole poznania. Empirycznego i intelektualnego. Potrzebujemy sprzętów, maszyn, koncepcji, planów, wzorów i wiedzy. By pojąć.

Że jesteśmy tylko kruszynkami w świecie. Drobnym pyłkiem. Kochającym piękno organizmem, zamieszkującym jedną z miliardów galaktyk.

Taka małość, wewnętrzna, materialna czy intelektualna, pozwala zachwycać się wielkością rzeczy, które nie muszą się starać. By trwać, by być majestatyczne, by być ponad, by wywierać wrażenie. To jest wpisane w ich naturę. Po prostu takie są. My dzięki ich dominacji, mamy szansę uczyć się o cudowności. Warto pozwalać się fascynować. Każdemu dniowi. Każdej wędrówce świata. Każdej opowieści nieba. Każdej ścieżce słońca. Każdej historii człowieka. Każdemu biegowi promienia. Każdemu oddechowi życia.

UCIEKINIERKI

Wczoraj uciekały, jedna po drugiej. Nie zatrzymywałam ich. Pozwoliłam im, bez zawahania, na to. Taka była ich wola. Mogłam tylko je poczuć. Były tak subtelne. Pełne delikatności. Uroczyste i wyniosłe. Egoistyczne, próżne, chełpiące się sobą. Pragnące i potrzebujące. Wystraszone i zagubione. Palące twarz, budzące umysł, rozbrająjące systemy obronne. Dekodujące szyfr zawiłości mnie we mnie.

Coś pękło. Ten uciskowy pas, tak bardzo hamujący pracę, destabilizujący postawę, zatrzymujący w miejscu stan, zwiotczał. Odrobinę. Na chwilę. Napięcie chyba musiało sięgnąć jakiegoś zenitu. Czas zbyt szybko umykał. Za dużo sekund upłynęło. Zbyt wiele wystąpiło, w tym, bezcelowego miotania i szarpania się z kurtyną. Lejące ściany materiału zamykały pomiędzy innymi, mnogimi, wartstwami sukna. Odgraniając jeden płat, natrafiało się na kolejny. Każde odsłonięcie wydawało się bezcelowym marnotractwem sił. Fizyczne i psychiczne zmęczenie postępowało. Nie pojawiało się żadne światło, przed oczami nie było nic, poza kolejnymi znakami zapytania i głębią niezbadanego.

Zagadka nie została rozwikłana. Odpowiedzi takie, jakich oczekiwałam, nie przyszły. Za to ktoś, w końcu, rozsunął te leje zasłon. Dał nową, lepszą listę pytań. Niekonwencjonalne leczenie oparte na zastępowaniu starych niewiadomych nowymi. One nakierowywują na inny szlak. Podsuwają zupełnie odmienny trop. W końcu zdzierają te, wiążące ręce, supły emocji i pozwalają wstać. Spojrzeć na coś z góry. Umożliwiają o wiele dokładniejszą kalkulacją, pewniejszy osąd, obiektywniejsze szacowanie i bezwględniejszą postawą. Chłód w wzorku, bynajmniej pozbawiony uczuć.

W końcu pojawił się ten upragniony, wytęskniony spokój. Na ramiona został nałożony szal, zapewniający ciepło i bezpieczeństwo. Twarz otuliła delikatność. Nareszcie łóżko, do tej pory twarde niczym deski parkietu, zostało wyłożone poduszkami, w których mogłam się zapaść. Nagość i bezbronność została zakryta cienkim i miękkim materiałem. Zastąpił on twardy i szorstki koc, który tak bardzo ciążył na piersiach podczas snu.

Nadszedł czas powrotu do domu. Po żmudnej i męczącej walce duchowej. Poniesione straty oszacowane, rany opatrzone, brud domyty, wojenne barwy starte, broń odłożona pod ścianę. Mięśnie, poddawane nieustannemu napięciu, w końcu mogły się rozluźnić. Twarz mogła nareszcze przestała zdradzać najwyższe skupienie. Adrenalina finalnie przestała krążyć w żyłach.

Włosy mogły po tylu dniach rozsypać się falami na plecach. Spięte przez wiele tygodni w ciasny kok, splątane i poszarpane, również doświadczyły błogości wytchnienia. Uwolnione, puszczone wolno.

Dzisiejsza powolna wędrówka słońca, za oknem, ponownie dała popis, zmieniających się co kilka minut, zapierających dech w piersiach, kolorów. Gra światła nakreśliła barwne sceny codzienności. Pięknej i ulotnej, zmiennej i nieuchwytnej. Przypomina mi ona, teraz, o decyzjach. Dalej istniejących niewiadomych. Ale także, całkowicie wbrew mnie, na przekór rozsądkowi, daje uśmiech. Bawi. Trochę śmieję się z siebie. Nawet jeśli się czegoś teraz dowiem, to dalej nie będę wiedzieć nic.

SPEAK OUT

„You’ve got to speak out. You’ve got to shout out. Talk a bit louder. Be a bit prouder.”

„Little Me” – Little Mix

Czasem wyjście z cienia kosztuje nas na prawdę dużo. Jest ono niczym wyrwanie się z pewnej bańki bezpieczeństwa, gdzie chronieni jesteśmy przez brak doświadczania. Nie wypowiadamy się, więc nie będziemy skrytykowani. Nie pokazujemy swojej twarzy, dlatego nie zostanie ona rozczytana. Nie zwracamy uwagi na swoją osobę, stąd pewność, że nikt nie pomyśli o tym, żeby wycelować jakikolwiek pocisk w naszą stronę. Nie krzyczymy, by nikt nas nie zagłuszył. Nie staramy się, żeby nikt tym nie wzgardził. Nie dajemy od siebie, więc nie zostaniemy niczego pozbawieni.

Przeżywamy każdy dzień w pozornej ciszy, spokoju, półmroku. Względnie bezpieczni. Wolni od przykrych doświadczeń. Jednak pozbawieni także możliwości wyrazu, pokazania siebie.

Czasem jest w nas poczucie, że nie pasujemy gdzieś. Zamiast wstać i wyjść, choć raz się podnieść się zadziałać, to próbujemy je zgasić i stłumić. W nas próbujemy wmusić w wyrozumiałość wobec wszystkiego, co wydaje się nieodpowiednie. Trenowujemy się w wytrwałości, umożliwiającej znoszenie tych uporczywych myśli „to nie jest to”. Po jakim czasie dotrze to do nas, że od początku powinniśmy wypowiedzieć na głos jedno, proste, wyzwalające słowo: NIE. Pozwolić na to, by się z czymś nie zgodzić. Zdecydować się w końcu na wyczekiwaną zmianę. Poszukać czegoś nowego, czegoś odpowiedniego, czegoś skrojonego pod nas.

Jak wielu z nas lawiruje między słowami krytyki, starajać się znaleźć złoty środek, mający zadowolić każdego. Kursujący od jednego brzegu, do kolejnego, bo w każdym porcie jesteśmy odsyłani z kwitkiem i zastrzeżeniem, by wrócić z lepszym ładunkiem? Bo nie taka waga, nie taki towar, nie taka łódka, nie taki kapitan, nie takie podejście do keji. Nieustannie coś jest nieodpowiednie, niedostateczne, niewystarczające. Zmuszeni do cumowania zawsze na dziko, na odludziu, zastanawiają się gdzie jest ich miejsce? Czy gdzieś ich przyjmą? Czy jest możliwość, by w końcu przestać się tułać i liczyć na pozwolenie zakończenia manewru? Czy kiedykolwiek będzie można przestać myśleć o tym, jak nas odbiorą, jak przywitają, jak ocenia i w końcu zacząć skupiać się na rozładunku?

Czy w tym wszystkim nie należy, w końcu, wyprostować się i oznajmić, że te miejsce komuś się należy? Że dokładnie to, co ma się na statku zaspokoi, z nadmiarem, potrzeby. Że ma się prawo zatrzymać w tym porcie, tak jak każde inne łódki? Że pozory nie dają całego obrazu ani załogi, ani łodzi, ani wartości, które zostały przywiezione?

Czy przypadkiem nie brakuje nam po prostu tej pewności, która tak często przekonuje ludzi, że my możemy objąć stanowisko? Że jest szansa, że sprostamy zadaniu? Bo szukali po prostu kogoś, kto ma odwagę powiedzieć, że chce, że jest gotowy zmierzyć się z wyzwaniem i dlatego uważa, że ma prawo spróbować. Czy czasem klamka akceptacja nie rodzi się wraz z przypomnieniem, że w niczym na starcie nie można odstawać od reszty, bo dopiero wyścig zweryfikuje, czy ma się odpowiednie kwalifikacje?

Siedząć w ukryciu, po cichu licząc, że zostaniemy wyłapani, docenieni. Marząc o tym, że w końcu ktoś nas zauważy, odkryje. Wyciągnie nas z tego kąta i potwierdzi naszą wartość, której sami nie umiemy dostrzec. Będzie tak dobry, że popchnie ku działaniu, wzbudzi w nas nadzieję. Uratuje z tego mroku.

Nie.

Czasem trzeba samemu pokazać to, co jest w nas piękne. Uwolnić talent. Pozwolić swoim dziełom szybować ponad monotonią. Spróbować wyjść z tym, co szlifuje się w ukryciu, na światło. Zorganizować wystawę, zaprosić kilka osób. Otworzyć się i podzielić. Zdobyć na odwagę i uwierzyć, że można iść drogą, której nikt wcześniej nam nie nakreślił. Wyjść ze sztywnych schematów, wkroczyć czasem na szlak będący skrótem, czasem obrać o wiele dłuższą trasę, ale taką skrojoną na miarę naszych możliwości. Przystanąć w miejscu, które nam wydaje się atrakcyjne, odpocząć w chwili, gdy my opadamy z sił. Odkrywać dokładnie te punkty, które chcemy. Nawet jeśli czasem będzie to oznaczać wędrówkę w samotności. Niech nie zatrzymują nas słowa, że nie warto, że komuś się coś nie podobało, że te miejsca są spalone, brzydkie, że jest coś o wiele ciekawszego tylko trzeba się do tego przekonać.

Nie, to czas na własne, niezależne i samodzielne decyzje. Pora, by być odrobinę pewniejszym siebie. Chwila, żeby zebrać w sobie odwagę i wyraźnie powiedzieć: teraz moja kolej wykonać ruch. W końcu zdobyć na krok w stronę indywidualności, dzięki czemu możliwe będzie odnalezienia siebie, wyznaczenie swojego celu, poznanie swojego sensu, odkrycie swojego szczęścia.

Wymaga to dużej odwagi. Trzeba stanąć, twarzą w twarz, przed sobą, w lustrze. Innym pokazać siebie dokładnie takim, jakim się jest. Wystawić się na oceny, wysłuchać słów pełnych powątpiewań, znieść uwagi, które często odbierają wiare w ideały, które nam przyświecają. W tym wszystkim nie można się ugiąć, ani spuścić wzroku, nie zwiesić też głowy, by nie stracić pewności. Nie zawsze odnajdziemy siebie, często będziemy brakować nam siły, czasem dopadnie nas poczucie zagubienia, może bezsensu. Jednak nikogo nie przekonamy do niczego, jeśli zamiast siebie, będziemy pokazywać tylko swój cień. Nigdzie nie wejdziemy, jeśli będziemy starali się jak duchy, przenikać ściany, zamiast chwycić za klamkę i przejść, jak wszyscy, przez frontowe drzwi. Nie zostawimy żadnego śladu w swoim życiu, jeśli nie zechciejemy stać się materialni, żywi, prawdziwi, autentyczni. Bez tego nie będziemy ani doświadczać, ani przeżywać.

Wystarczy te kilka kroków, które czynimy, żeby wejść w ten świat. Niech ta bańka pęknie. My niech mamy odwagę się odezwać, trochę głośniej, niż właśnie dyktuje nam serce.

KOMU WIELE DANO…

Z dnia na dzień coraz bardziej zaczyna mi brakować słów. Odpowiedzi, które się pojawiają, ścinają z nóg. Pojawiają się frazy niemogące trafnie oddać sytuacji. Zdania, rozrzucone, lecą dokąd wiatr je tylko porwie. Dźwięki urywane w połowie. Potężna cisza, która jako pierwsza, i jedyna, wychodzi z ust.

Ale melodia serca, mimo werbalnych ograniczeń, rozbrzmiewa. Łkająca. Błagająca o chwilę uwagi. Nęcąca. Nie dająca ukojenia. Jężąca włosy na głowie. Budząca. Piękna i smutna, prawdziwa i wielowymiarowa. Prosi: „daj mi głos”. Wskazuje: „to moja kolej”. Pyta: „Mogę teraz ja pokierować?”

Każde uderzenie w klawisz wybrzmiewa kolejnym znakiem zapytania, znaną duszy odpowiedzią i ładunkiem emocji, danym, jako doświadcznie, tylko odbiorcy. Układają się w niekończący się utwór. Opowiadają o tych miejscach, które przerażają. A on bezwględnie domaga się, byśmy zwrócili ku nim oczy. Obrazy zaczynają się powoli przesuwać. Rozpoczyna się projekcja.

Czy można zrozumieć potrzebę wsparcia, pocieszenia, pomocy, gdy wszystko jest dobrze? Czy da się spojrzeć z pełną empatią na ubóstwo, póki samemu się tego nie doświadczyło? Czy jeste możliwe, by okazać całkowite zrozumienie komuś, jeśli nie było się w analogicznej sytuacji? Czy potrafimy zdjąć z naszych barków płaszcz komfortu i zacząć patrzeć, czuć i doświadczać, choć na chwilę, bez żadnej ochronnej warstwy?

Czy jesteśmy świadomi tego, jak wiele zostało nam ofiarowane? Jak mnogie skarby są poukrywane w skrytkach naszego życia: te zakopane tak głęboko, że o nich po prostu zapominamy? Czy wiemy, że żadna z rzeczy w naszym życiu nie jest dana każdemu? Poczynając od życia, przez sprawne ciało, umysł, pełne zdrowie, dom z łóżkiem, rodzinę, która kocha, przyjaciół, którzy są obok po akceptację, zawód i kilka złotych oszczędności, zbytku? Czy potrafimy sobie wyobrazić, że można być pozbawionym możliwości zmiany lub wyboru? Że tak wielu osobom pewne rzeczy zostały narzucone i jedynym rozwiązaniem było poddanie się im? Czy wiemy, że są istnienia, których bieg został zdefiniowany przez wolę innych? Że są tacy, bezbrzeżnie podporządkowani skienieniom palców innych? Że są ludzie, którym nikt nigdy nie pomógł wyjść z sytuacji, dla nas tak często niewyobrażalnych, niemożliwych do przyjęcia? Nie wszyscy dostają światło na swojej drodze, nie każdy znajdzie dobrego przewodnika, który zaprowadzi w ciepłe, bezpieczne schronienie, nie każdy ma tyle szczęścia co my. Nie ma rzeczy, które nam się należą, nie ma wyprawek, które na pewno dostaniemy wraz z poczęciem.

Widzę jak bardzo nie potrafię tego dostrzec, nie umiem wyobrazić ani nie jestem w stanie wczuć się. Tak liczne ograniczenia…

Czuję ten ciężar szczęścia, które otrzymałam. Powinnam być przez to radosna, ale rodzi się we mnie bunt: czemu tylko ja mogę dźwigać tak ogromny bagaż podarków? Co z resztą?

Pora na wykorzystywanie szans, pomnażanie talentów. Dzielenie się tym, co się posiada. Pracę nad sobą, by być w stanie zrobić jak największy użytek, z każdego daru. Otrzymałam tyle i czuję tego odpowiedzialność. Są wymagania, jest zaproszenie do działania. Protesty nic nie dadzą. Można po prostu postarać się w tym małym, ograniczonym paśmie ziemi, gdzie funkcjonuję i żyję, coś zmienić. Mierna jest moja siła, malutki jest mój zasięg, nikłe są szanse. Ale spróbuję. Dla innych, dla siebie, dla każdego.

… od tego wiele wymagać będą.

PORANEK

W jednej, krótkiej chwili mogłam oddać się małej przyjemności. Przypomniałam sobie, że wczoraj w szafce odkryłam, kupione na Święta, Schoko Bons’y. Jedne z moich ulubionych cukierków. Idealne w rozmiarze. Ukradkiem zabrałam sobie jednego, by umilić sobie te przyszłe, cudowne chwile, które czekały mnie z poranną kawą.

Takie drobne czynności powodują, że dzień zaczyna się po prostu dobrze. Obecna pora roku ma kilka znaczących plusów. Jeśli wstajesz w godzinach 7.30-8.00 i schodzisz na śniadanie, słońce dopiero co wstaje za oknem. Z minuty, na minutę jest coraz jaśniej. Malowane przez nie niebo staje się coraz piękniejsze. Kolory tak różnorodne, zmieniające się co kilka chwil. Najszczerszy wyraz idei impresjonizmu. Jako bierni obserwatorzy możemy się tylko zachwycać. Minuta nieuwagi i tracimy jedno niepowtarzalne ujęcie. Dlatego pozwalam sobie, z kubkiem ulubionej czarnej kawy w dłoni, poobserwować przez okno wędrówkę tej gwiazdy. Powolną, niby monotonną, ale tak wyczekiwaną, dającą radość, zapraszającą do wstania z łóżka, wołającą: „patrz jaki piękny dzień szykuje się specjalnie dla ciebie!”.

Słońce wstaje specjalnie dla każdego z nas. Nikomu przy tym nie odbierając jego wyjątkowości, nie wyszczególniając. Obdarzając każdego po równo, sprawiedliwie.

Miałam taki epizod w liceum, kiedy do szkoły zabierałamy jednego Schoko Bonsa dla siebie, a jednego dla koleżanki. Zawsze w szatni rozpoczynałyśmy dzień od wspólnej celebracji zjedzenia cukierka. Taka drobna rzecz, ale diabelnie skuteczna! Wywoływała uśmiech i zbliżała. Przypomina mi to, że każdego dnia możemy odnajdywać te małe, z pozoru nic nieznaczące, momenty, które powodują, że walka o przetrwanie poranka staje się dobrym rozpoczęciem nowej historii tej doby.

Zamknięcie oczu na minutę, po wyłączeniu budzika, by odnaleźć ciszę, spokój w sobie. Posłuchanie piosenki, która dobrze nastroi i da solidnego kopa energii. Zadbanie o siebie rano, uczesanie włosów, ubranie, pomalowanie się. Zrobienie sobie dobrego, pożywego śniadania, niejedzonego na gwałt i w tylko w trzech kęsach. Rozpieszczenie się ulubionym napojem czy malutkim cukierkiem. Chwila dla siebie, po to, by to dzień służył nam, a żebyśmy to my musieli go gonić i się z nim szarpać o uśmiech.

Człowiek czuje się dobrze, gdy czyni dobrze dla siebie.

Jakim ponoszę koszty, by mieć tą chwilę dla siebie? Prosta kalkulacja: niezarywanie nocy i ustawienie budzika pół godziny wcześniej (tutaj jest indywidualnie dobrany czas pode mnie). Przez to nie zaczynam dnia od pośpiechu, od stresu i od poczucia, że nie zdążę. Nie lubię się ścigać ze sobą i z czasem, którego często nie sposób dogonić. To jest mój priorytet – uśmiech i chęć wstania. Stronię od przymusu startu w sprincie, który zostawi mnie wyłącznie bez siły oraz chęci do działania i w żaden sposób nie przygotuje do następnych punktów dnia, który są przede mną.