NIE WIEM

Niedostateczna ilość danych. Niedopracowany algorytm. Niezrozumienie zagadnienia. Brak ścisłego rozwiązania. Dla komputera – fatal error. Dla analitycznego umysłu – nie lada zagwozdka i wyzwanie. Dla człowieka – zwykła, szara codzienność. Tak sobię myślę, że świadomość kosztuje nas drogo. Ceną za nią jest nadmiar emocji, tona lęków i jedno, nieustannie nasuwające się w naszym życiu, pytanie: dlaczego?

W tej niewiedzy często sięgamy po najbanalniejsze rozwiązanie. Chwytamy się zdania tych, co uważają, że zrozumieli coś dostatecznie, posiedli odpowiednio szeroką wiedzę, przeanalizowali wystarczająco wielotorowo pewne zagadnienia i dlatego uzewnętrzniają swoje wnioski, gdzie tezy przedstawiają jako pewniaki czy niezmienniki. W naszym lesie rosnących i wzrastających znaków zapytania, nie można przyjmować wszystkich odpowiedzi bez refleksji, od tak. Analiza i filtrowanie danych wejściowych to jedyna droga, by, jako tako, w tym choasie i dezorientacji się nie zgubić. Czynienie kroków na przód, ruch i działanie, często jest dyktowane tym, że obecny stan naszej wiedzy nie jest dostateczny, dlatego trzeba zgłębić się w tajemnicę tego, co ukryte jest za rogiem.

Bezkrytyczne przyjmowanie czyichś słów prowadzi do skrajności i ogranicza nasze postrzeganie i ocenianie. Ilekroć myślisz, że coś wiesz, konfrontuj to ze sobą, z innymi. Dzięki temu poznasz limity swojego rozumienia i nauczysz się, że są bariery naszej inteigencji, rozumu, wnioskowania. Zapobiegają one szkodliwemu rozdmuchiwaniu własnego ego, które w granicznych wypadkach może wertować życia ludzkie, miarkując, które są bardziej, a które mniej warte. Warte w swojej wartości bycia i istnienia.

Ci, popadający w fanatyzm, nie zauważają, że tracą. Piękno i dar rozumowania, wnioskowania, stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Ukryte jest ogromne bogactwo w wątpieniu. Popychające do odkrywania, powoli domalowują braki w wielkim płótnie niewiadomych naszego życia.

Ilekroć obalam swoje tezy, tyle razy utwierdzam się w tym, że…

Nie jestem nikim wielkim. Nigdy nie będę nikim wybitnym. Nikim zdolnym pojąć więcej od reszty. Nikim nadto wyjątkowym, wyróżniającym się. Nikim, kto mógłby wysunąć się na przód stawki, w walce o pierwsze miejsce, gdziekolwiek. Po prostu. Dzięki temu widzę, jaka dokładnie jestem. Gdzie konkretnie należy pracować. Działam ile mogę, czynię ile jestem w stanie, proszę o to, co myślę, że mogę otrzymać i dziękuję za wszystko, co mam i co mogę dawać. Codziennie jestem w ruchu. Nie nudzę się. Nie zapuszczam korzeni w jednym miejscu. Nie sztywnieje w jednej pozie. Nie zamykam się na to, co przychodzi, a czego się nie spodziewałam, że nastanie. Nie odrzucam tego, co mnie zadziwia. Nie odsuwam się od zamkniętych drzwi, bo liczę, że któregoś dnia dostanę klucz do któregoś z nich i poznam.

Jakiś ułamek.

Nie chcę niesłusznie odrzucić tez, których nikt nie udowodnił. Nie chcę wertować kart historii i pouczać, co jest słuszne, a co nie. Nie chcę odbierać, nadawać, postulować i narzucać. Nie pragnę zmieniać nikogo. Nie myślę nawet o tym, by wyciągać czyjeś błędy czy piętnować „złe” decyzje. Nie jestem nikim, kto miałby prawo do któregokolwiek z wyżej wymienionych działań.

Nieśmiało stoję w rogu i przyglądam się temu światu. Boję się ataków na to, w co wierzę i jaka jestem, czym się kieruję i co uznałam, za ważne. Jest we mnie pewien lęk, że zostanę wyśmiana, znieważona czy odrzucona. Jak powinnam zareagować, jaką zbroję przywdziać, gdzie szukać swojej siły, co będzie moją obroną? W takiej sytuacji chyba będę wolała zamilknąć i pozwolić płynąć tym, wartościującym mnie, słowom. Zdecydowanie nie czuję się na siłach, by odpłacić się podobnym atakiem. Wiem, że to nie mi zostało dane prawo, by kogokolwiek ocenić, potępić czy nagrodzić. Pouczyć lub naznaczyć, wykluczyć czy wywyższyć. Więc pozwalam, niech atakują, wytykają palcami. Wolę to od konfrontowania się poprzez mierzenie w siebie działami tak wielkiego kalibru, o tak wielkiej mocy, mogące wyrządzić tak wielkie szkody, pozbawić istnień tak wielu do mnie podobnych.

Obawiam się, że nikt z ludzi nie nauczył się, jak poprawnie obsługiwać tę broń. Może stąd tyle szkód, które jako społeczeństwo, jako ten wybitny gatunek Homo Sapiens, wyrządziliśmy sobie i światu. Zwierzętom, roślinom, ekosystemowi, planecie. Czy nie powinniśmy się określać jako Homo Deus? Od wielu pokoleń? Bo jak wygląda nasza władza nad Ziemią? Jaką spisaliśmy historię? Co takie chlubnego jest w naszej historii działania? Jakie kolejne szlaki wytyczymy, zachłyśnięci własną potęga oddziaływania na innych, wybitnym intelektem i niegasnącą żądzą posiadania?

HOME SWEET HOME

Nigdzie człowiek nie czuje się tak dobrze, jak we własnym domu. Dzisiaj doświadczyłamtego na skórze, więc zadałam sobie te, tak ostatnio popularne i tak często przejawiające się u mnie, pytanie: dlaczego?

Odpowiedź jest brutalnie, wręcz, prosta: mam w domu wszystko. Rodzinę, którą kocham nad życie. Kawałek przestrzeni dla siebie, gdzie panuje cisza i spokój, taki mój wymarzony punkt, do którego uciekam, kiedy chcę być sama, idealna, wyśniona wręcz przestrzeń do nauki, do której byłam zawsze zachęcana i motywowana, pole do odpoczynku i ćwiczeń fizycznych, które dają wytchnienie. Nawet, jak się okazało po ponad dwudziestu latach życia, do rozwoju pisarskiego.

W lodówce, w kuchni, jest wszystko, co jem najchętniej na co dzień. W półkach poukrywane są smakołyki, które lubię najbardziej i są tam, by zaspokoić moje zachcianki. Za oknem mogę oglądać, przy sprzyjających warunkach, wędrówkę Słońca po niebie, zwieńczane pięknym zachodem. Wieczorem mam możliwość zaspokajać kaprys zakopania się pod kołdrą i wtulenia głowy w poduszki, by finalnie móc odpłynąć myślami, dokąd pragnę. Unosząc się na spokojnych falach marzeń i pragnień.

Łatwo zapomnieć, tkwiąc w takiej mydlanej bańce, o tym, jakie ma się cholerne szczęście. Przelatuje mi przez głowę, bez żadnego echa to, że moje (nasze życie), od małego, to jedna, wielka, cudowna bajka, a większość „problemów” wynika z niedostatecznej pokory i przesadnego egocentryzmu.

Dlatego tak ważne jest w życiu ubóstwo. Nie materialne, a duchowe. Brzmi jak sztampa wyjęta z kazań. Jednak to właśnie to jest potrzebne, na już, na teraz, mi i mojemu pokoleniu, które urodziło się w czasach kapitalizmu, w czas, gdy na półkach zawsze jest jedzenie, które niekupione jest wyrzucane na śmietnik. To właśnie to jest konieczne w wychowywaniu dzieci, które nie znają świata bez telefonu komórkowego, które już od pierwszych lat życia sprawniej działają w świecie wirtualnym, niż realnym. To dokładnie to jest niezbędne podczas dojrzewania ludzi, takich ja, żyjący od zawsze w bajce, a przez co ślepych na to, że są największymi szczęściarzami pod słońcem.

Mieszkając w wielkim mieście, w którym, odkąd pamiętam, znaczącymi wartościami są świetne wykształcenie i dobrze płatna praca, muszę nieustannie sama siebie zawracać, by nie zacząć gonić w powszechnym wyścigu o to, kto będzie mieć więcej. W tej gonitwie zdecydowanie nie chcę brać udziału. Jeśli przestanę siebie hamować, to, stawiając sobie coraz to wyższe cele, budząc coraz to wznioślejsze ambicje, polepszając coraz bardziej swoją wizytówkę i naukowy background, zapomnę o tych, którzy nie mają nawet grama takiego luksusu jak ja.

Wtedy za standard przyjmę to co posiadam, a z pamięci wymarzę wszystkie obrazy, jako możliwe warunki życia, które odbiegają od mojego. Żyjąc w takim iluzorycznym świecie, sama będę tylko coraz bardziej rozdmuchiwać ego, coraz więcej chcieć, a będąc samej po prostu coraz gorszą, chamską i niezdolną do funkcjonowania w społeczeństwie. Zaprzeczę wszystkiemu, co chcę wyznawać, a co tak trudno mi przyjąć, zrozumieć, bo nie jestem dostatecznie uboga.

Wymyślne i teoretyczne studia, snucie godzinami refleksji, poświęcanie czasu na pisanie, z którego nic wielkiego nie ma. To wszystko zdecydowanie jest przywilejem tych, którzy mają wszystkie najważniejsze potrzeby zaspokojone. Doszukiwanie się jakichś niedoskonałości, które są jedynie pyłkiem na płaszczu chroniącym przed wszystkim tym, co może nas w życiu przytłoczyć, wystawić na próbę lub wpędzić w kozi róg.

Zero przysposobienia do prawdziwe życia, nieumiejętność ciężkiej pracy, odkładanie swoich pragnień na rzecz ważnych i kluczowych, nie tylko dla mnie, ale też dla tych, na których uwagę zwrócić powinnam.

Jeśli mogę być szczera, jest mi wstyd. Wiele z tego, co uznawałam za problem, było po prostu efektem posiadania zbyt wiele. Bogactwo wszystkiego, co sobie zachciałam, odbiło się na tym, że w centrum mojego świata byłam tylko ja sama. Poszłam w zacofaną teorię geocentryczną, która, niesłusznie, skupiała uwagę wyłącznie na mnie, na kluczowym, najważniejszym punkcie wszystkiego. W niej, to inne gwiazdy, planety, ludzie świecili dla mnie, byli dla mnie i krążyli wokół mnie. A ja? Ja patrzyłam na siebie w krzywym lustrze egoizmu.

Teraz chciałabym dojrzeć. Z wyrytym na sercu nowym odkryciem, że we wszechświecie są setki miliardów galaktyk, czasem oddalonych o kosmiczne setki milionów lat świetlnych. Wszystkie istniejące tak samo realnie jak moja. Wszystkie równoprawne z moim własnym światem. Wszystkie identycznie jasne, pełne życia i wartościowe. Ta moja życiodajna planeta i galaktyka, do której należę, jest wyłącznie częścią całego, ogromnego, przechodzące ludzkie pojęcie, kosmosu istnień ludzkich. Pora porzucić absolutyzm czasu, który ma początek w dniu mojego urodzenia i jest sztywno związany z układem historii mojego życia. Pora zakończyć te próby despotycznego dyrygowania ciałami niebieskimi, budującymi mój świat, poprzez: ja chcę, ja pragnę i ja żądam. Koniec z kreowaniem siebie, jako kogoś całkowicie wyjątkowego i ultraważnego.

Oby nabliższe dni były czasem ubóstwa. Niech nastanie małość. Niech zdam sobie sprawę z mojej głupoty. Niech wycofam się do cienia i zastanowię się nad tym, na jakim szczeblu siebie stawiam. Czy nie pcham się, całkowicie niesłusznie i niezasłużenie, w jakieś miejsca przeznaczone wyłącznie dla dostojników?

Co mi da to sztuczne dmuchanie, nic nie znaczącego, mojego ego czy powiedzenie o sobie mądry, pewny swoich racji, zdolny pouczać i nauczać, kiedy prawda jest taka, że nie wiem nic i też nie znaczę prawie nic?

Przepraszam Was, wszystkich, którzy ucierpieli przez mój egoizm.

WSPOMNIENIA

Nasz mózg jest bardzo oszczędny w przydzielaniu pamięci. To wyjaśnia, dlaczego wspomnienia, z czasem, tracą na wyrazistości oraz bogactwie obrazów. W sieci neuronów naszego mózgu potrzymywane są tylko ścieżki wytyczone przez główne myśli związane z danym wydarzeniem. Dlatego w głowie pozostaje jedynie clue całej historii, a klatki urywek scen blakną, kontury postaci stopniowo są rozmywają, emocje gasną w swej intensywności.

Można postawić smiało tezę, że wspominanie pozbawia nas szczegółów. My, jednak, decydujemy się na te straty, by móc wracać do przeszłości. Chcemy ożywiać historie już przeżyte, podtrzymywać w naszym umyśle obecność osób, które odeszły z naszego życia, zatrzymywać przemijalność czasu i nadawać znaczenie wszystkiemu, co nam wydaje się ważne, a na tym świecie nie odciska to żadnego piętna.

Ostatnio często rozważałam, czy przypadkiem, lub celowo, sztucznie nie nadałam znaczeniu niektórym wydarzeniom. Czy faktycznie jakieś spojrzenie lub słowo mogło by coś zamieszać w pozornym porządku mojego życia? Czy ta, kilkukrotnie przeciągnięta w czasie, sekunda faktycznie coś skrywała?

Niestety, wrażliwość zbyt często podkręca wagę gestów i komunikatów. Większość powie, że na pewno to był jedynie nieistotny detal. Jednak dla tych wyczulowych może być to sygnał informujący o nieuchronnie zbliżającej się porażce lub jawna przesłanka, która może wywróżyć chwalebny sukces.

Mimo to, często polegam na własnym osądzie, ocenie i spostrzeżeniach. Jednak dopiero się uczę. Na pewną liczbę trafień, przypada dwa razy tyle pudeł i potknięć. Też nie uniknę wielu twardych i bolesnych zderzeń ze ścianą, w chwilach, gdy pod osłoną cienia miał się rozciągać długi korytarz perspektyw, a okazało się, że nie jest to nic, poza ślepym zaułkiem.

Teraz mogę rozpamiętywać, by szukać odpowiedzi na tamte sytuacje. Wracać pamięcią do przeszłości, która blaknie, przez co coraz mniej mogę z niej wyciągnąć. Dlatego pozostaje mi często jedynie się uśmiechnąć, do tego, co niesie, po prostu, pozytywne emocje. Uwalniam te wspomnienia z kajdan, które próbowały wymusić na obrazach pokazanie innej twarzy rzeczywistości. Tej istniejącej za sprawą moich życzeń i chęci. Nie pozwalały myślom dojrzeć, umysłowi się oczyścić, głowie odpocząć. Teraz chcę je wypuścić, a sobie pozwolić zamknąć jeden temat.

Bo za każdym razem, gdy zamyka się jedne drzwi pomieszczenia, trzeba otworzyć kolejne, by móc przejść dalej, do następnych segmentów budynku. Nie uniknie się poszukiwania furtek, które można otworzyć. Będzie wiele prób jak daleko można zajść i gdzie można dotrzeć. Sprawdzi się też wytrzymałość kłódek, które na pierwszy rzut oka blokują drzwi. Niektóre będą założone jedynie prowizorycznie. Odstraszają pozorami, bo tak na prawdę są liche i nie spełniają należycie swojej funkcji. Często są one jedynie mimetyczną przeszkodą, tak łatwą do przeskoczenia. Odrobina siły, jeden zdecydowany gest, podejście do problemu i odwaga, by się czemuś przyjrzeć i coś zdziałać.

Często sama perspektywa zamknięcia wystarcza, by porzucić próbę otwarcia.

To, co teraz otwieram, może zaprowadzić mnie w miejsca niesamowite. Boję się tego, ale też mam jakąś głęboką nadzieję, że drogi znów się przetną. Może tak ma być. Może dokładnie dlatego wszystkie niewiadome wiodły ku temu miejscu, gdzie stoję. A może znowu piszę nierealne scenariusze, które tylko dają ułudną nadzieję na coś… Dlatego uwalniam te wspomnienia. By nie dawały nadziei krępującej, zamykającej na konkretne plany. Jedynie pobudzającą ekscytację, ciekawość i ogromną chęć. Tę do działania. Tę do czynów. Tę do prób. Tę do nauki.

RODZIC

Do czego porównać ten pełen miłości wzrok, którym obdarza jedyną, mającą zawsze niepodzielnie królować, księżniczkę w swoim życiu – córkę? Jak opisać ułożenie mięśni na przedramionach, gdy dłonie się szeroko otwarte, by w każdej chwili pochwycić dziecko w locie, byle nie upadło na ziemię przy swoich urokliwych wygibasach? Czy istnieje jakikolwiek odpowiednik momentu, gdy córka otacza szyję ojca, smyra go po brodzie i śmieje się, że na twarzy rodziciela wyrosła śmieszna drapaczka, a sekundę później wtula się w szeroko rozpostarte ramiona? Czy istnieje większa ufność, niż dłonie dziecka wyciągnięte ku matce, która, nie ważne co się wydarzy, nie będzie nigdy obojętna na te ogromne łzy, wolno płynące po twarzy?

Jak nie zachwycić się faktem, że wychowanie dziecka to całkowite, bezinteresowne oddanie swojego życia tak kruchej i bezbronnej istocie? Tym nieustannym dawaniem wszystkiego, co w nas samych najcenniejsze, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian? Dla rodziców oddech dziecka, uścisk malutkiej dłoni i rytm pokracznie stawianych, dwa razy krótszych kroków obok własnych jest rekompensatą z niepotrzebnym naddatkiem za awantury, nieprzespane noce i nerwy wynikające z braku jakiegokolwiek czasu dla siebie.

Ostatnimi dniami żyję w zupełnie innych, trochę odjechanym świecie. Na kartach książek sunę po miejscach odległych od Ziemi o miliony lat świetlnych. Pozwalam się oczarować faktom, dotąd nigdy wcześniej mi nie przedstawionych. Wykorzystuję swoją, raczej niemałą, wyobraźnię by naginać w umyśle czas, przestrzeń i wyobrazać sobie miejsca, których nigdy nie zbadam inną drogą niż interpretacją pomiarów rejestrowanych widm promieniowania elektromagnetycznego. Doświadczam tak wytęsknionych spacerów w miejscach, gdzie nie ma dosłownie nikogo, co jest niespotykane w miejscu gdzie mieszkam. Czuję tak długo wyczekiwane ciepło, które muska skórę, odsłoniętą przez zdjętą z ramion kurtkę, pozwalając na zapomnienie tego bezlitosnego, całkowicie nietolerowanego przez mój organizm mrozu. Odwiedzam tych, tak długo niewidzianych, tych, za którymi tak bardzo się tęskniłam.

Nachodzą mnie myśli, że możemy zauroczyć się prawie wszystkim. Moc poruszyć i przyciągnąć do siebie ma nieprzeliczalny zbiór rzeczy. Pasją, celem, hobbym może stać się każda rzecz, która pociągnie za właściwą strunę w nas samych. Taką dobrze zestrojoną z sobą samą, wbudzając wyraźny rezonans.

Jako młoda osoba, która ma w głowie zawsze więcej pytań niż odpowiedzi, pomysłów niż konkretnych planów działania, mórz niepokojów niż kałuż pewności, wyobrażeń niż przeżyć i sprawdzonych rozwiązań, szukam swojej drogi, którą pójdę. Czemu i komu poświęcę część życia, która jest zarezerwowana wyłącznie do „oddania” temu światu? Zdecydowanie zadania nie ułatwiają mi liczne zagadnienia, przy których nie jest możliwe uzyskanie wyjaśnienia. Najbardziej uwiera mnie chyba jedna myśl – po co jest to wszystko. Po co życie, istnienie, byt, posiadanie, łza? Rozważam wszystkie za i przeciw. Staram się spojrzeć na gatunek ludzki w perspektywie histori, biologii, fizyki czy wiary. Czeka mnie też wertowanie materiałów z filozofii, przegląd dzieł z historii literatury i kontemplacja sztuki i naszego dorobku kulturalnego.

Jednak czego bym nie zrobiła, główną rolę w moim życiu zawsze odgrywa serce. Czymkolwiek bym sobie nie zapchała dnia, ile bym sobie nie włożyła na głowę to z pewnością w trakcie dnia pojawi się pewien newralgiczny punkt, w którym to nie rozum dyryguje. Wtedy myśli zalewają mnie falami, emocje zostają spuszczone ze smyczy. Ta niemęcząca się pompa życiodajnej krwii uczy mnie tego morderczego tempa bicia serca. Świadomość, inteligencja, możliwość podejmowania decyzji, niekierowanych jedynie wewnętrznymi popędami… Jedynie kilka z tak mnogich aspektów, które ciągle mi przypominają, że jestem, że istnieję. Wrażliwość szarpie za płaszcz i rozrywa to wierzchne okrycie, utkane ze zdań: nie pytaj, nie zastanawiaj się, nie szukaj. Czegokolwiek bym sobie nie próbowała wmówić odnośnie tego, kim jestem i jakie jest moje miejsce, nie ważne jakich zasad czy reguł nie chciałabym w siebie wtłoczyć w sprawie tego, czym powinnam się kierować i jak patrzeć na sens swojej egzystencji, to ponad to wypływają na powierzchnie pewne, zaszczepione we mnie, mechanizmy, które jasno dyktują mi co robić.

Mogę posiąść ogromną wiedzę, ale jeśli zdobywanie jej odbędzie się kosztem zaniedbania osoby, która jest dla mnie ważna, to wiem, że ta wiedza nie będzie dla mnie nic warta. Jeśli zrezygnuję z kogoś, by pójść za egoistyczną pobudką: „ja chcę”, nic na tym nie zyskam, bo tracę coś o wiele cenniejszego. Nawet jeśli postawię wszystko, by działać w jakimś konkretnym obszarze, ale po drodzę zgubię ludzi, którzy są dookoła i przestanie mi zależeć na przyjaźniach, więzach rodzinnych czy ewentualnie potencjalnym związku – to każdy dzień, przeżywany w takim schemacie, w dłuższej perspektywie okaże się pusty.

Mogę próbować boksować się ze sobą, wchodzić na coraz wyższe szczeble trenowania siebie, by jedynie działać jako zwierzę, będące na szczycie łańcucha pokarmowego dzięki swojej ścieżce ewolucji. Mogę traktować siebie jako taką małą, nic nieznaczącą dla świata serię zdarzeń swojego życia. Mogę tłumaczyć sobie, że moja wiara jest jedynie ułudą, uspokojaniem niepokojów egzystencjalnych i próbą wmówienie sobie, że, jako ludzie, jesteśmy wyjątkowi. Te zabiegi jednak zawsze ulegają, wychodzącym na pierwszy plan, wrażliwości i pragnieniu kochania. Jest we mnie stanowczy sprzeciw wobec mydlenia sobie oczu, wynikający z tego, że serce pozostaje, mimo prób, nieprzejednane.

Dlatego korzystam z prawa wolności i wyboru. Mimo tego, co dookoła odczytuje w przekazach płynących ze świata, idę za tym co czuję. Wierzę, zachwycam się, uczę i pragnę. W bliskości między ludźmi widzę sens, w modlitwie odnajduję spokój i pewność, w nadziei zbieram swoje siły, by iść swoją drogą, w obcowaniu z ludźmi poznaję złożoność człowieka. Obserwuję, pytam, doświadczam.

Jestem głupia. Wobec ludzi, wobec siebie, wobec Boga.

Dlatego kocham. Wszystkie chwile, kiedy mogę zachwycić się Wszechświatem i swoją małością. Każdy jeden moment, gdy mogę zatopić się w dźwiękach pięknej melodii. Niezliczone sytuacje fałszowania przy śpiewaniu swoich ulubionych utworów, często w akompaniameńcie chaotycznego tańcza po pokoju. Uwielbiam każdy piękny wschód i zachód słońca, każdy zapierający dech w piersiach widok, każdy niepowtorzalny obraz wymalowany, jedyną w swoim rodzaju, grą światła. Cenię siłę i odprężenie, zastrzyk enforfin przy, tak przyjemnej, aktywności fizycznej.

I zdecydowanie kocham to, co w tym wszystkim jest dla mnie najważniejsze: spotykać ludzi. Być z nimi. Przytulać, rozmawiać, móc złapać za rękę. Obdarzyć uśmiechem, dać wsparie, przyjąć pomoc, doświadczyć niepowtarzalnej chwilii. Zatracić czas w spojrzeniu i wypowiadanym słowie. Cieszę się, że mogę widzieć, po prostu dostrzegać. Innych. Nie jedynie siebie w tym brzydkim zwierciadle egoizmu, które, i tak za często, występuje jako główny bohater mojego życia.

PROCH

Prochem jesteś i w proch się obrócisz.

Sentencja, która dzisiaj pewnie towarzyszy jakiemuś szerszemu gronu osób. Ta, uderzająca swoją prostotą, szczerością i bezpośrednością, ma moc zwalić z nóg prawie każdego. (Taka jest przynajmniej moja opinia : ) )

Mnie osobiście towarzyszy ona już od jakiegoś czasu. W różnej formie. Głównie chyba przewija się w licznych pytaniach. Wielokrotnie puka w szybkę mojego bezpiecznego pokoju, najczęściej w momencie, kiedy próbuję zasnąć, przypominając mi o tych, którzy są dookoła. Tych, którzy nie mają tyle szczęścia, żeby nie musieć się martwić o to, czy będą mieli co jeść, czy będą mieli gdzie spać, czy nie zostaną kolejny raz zranieni na ciele lub na duchu. Również o tych, którzy walczą o oddech, walczą o sens, walczą o radość, walczą o nadzieję, walczą o spokój. Ilu jest tych, którzy odczuwają boleśnie skutki decyzji osób, które były skupione wyłącznie na sobie i zapomniały o tym, że są odpowiedzialne nie tylko za siebie, ale też za tych, którzy są przyjaciółmi, wrogami, nieznajomymi czy bliskimi.

Nie umiem wykorzenić ze swojego umysłu tych neurotycznych pytań: po co? Dlaczego? Co zapoczątkowało Wielki Wybuch? Jakim prawem (tym trochę wychodzącym poza te fizyczne) Wszechświat nie istniał, a nagle zaczął? W którym momencie, my jako ludzie, zyskaliśmy świadomość, zostały wzbudzone w nas mechanizmy o wiele głębsze niż popędy? Kiedy zyskaliśmy osobowość, jak na przełomie dziejów przejawiał się charakter? Jak bardzo różnimy się od naszych przodków, żyjących kilkudziesiąt tysięcy lat temu, a ile od tych sprzed dwóch tysięcy lat? Czy można zaobserwować wyraźne różnice już na przełomie wieku? Jak bardzo na przestrzeni dekad zmienia się poziom naszej inteligencji, sposób postrzeganie świata czy podejście do przeżywania, doświadczania? Mówimy, że co pokolenie ta mentalność się diametralnie zmienia. Co buduje ową mentalność? Co się na nią składa? Czym ona w ogóle jest?

Jakie kiedyś też kiedyś były odpowiedzi na pytania o sens wszystkiego? Czym było tak enigmantyczne i nieuchwytne szczęście? Czy było ono osiągalne? Czy jest teraz? Czy jest to jakiś stan, chwila, emocja, uczucie czy pewne nasze podejście i nastawienie? Czy ludzie wcześniej, tak powszechnie jak teraz, bili się o jakieś spełnienie, zaspokojenie ambicji, pięcię się w karierze zawodowej? Czy ta piramida potrzeb Maslowa formuje się wraz z obecnym etapem rozwoju gatunku ludzkiego, czy jest ona gdzieś zakodowana w naszych genach jako pewien niezmiennik?

W którym momencie przestaliśmy być zwierzętami, walczącymi o to, by przetrwać i by móc przekazać potomkom swoje geny? Co było tym kluczowym momentem, w którym staliśmy się istotami roniącymi łzy. Przecież one nie mają żadnego sensownego naukowego wyjaśnienia. Dlaczego nie potrafimy odsuwać rzeczy na bok, izolować rzeczy, którymi nie warto się przejmować, a przez to mamy problemy ze snem, tak potrzebnym do tego, by mózg mógł zapamiętywać informacje, odpoczywać i oczyszczać swoje tereny z produktów przemiany materii? Co jest podłożem pod ludzką tęsknotę za miejscami, ludźmi? Po co wikłamy się w jakieś związki monogamiczne, które z punktu widzenia popędów wydają się całkowicie irracjonalne? Dlaczego bawimy się w definiowanie miłości, której nie sposób całkowicie zrozumieć? Która pcha nas do czynów wykraczających ludzkie przewidywania? Która odbiera nam zdolność sensownego myślenia? Która pozwala rezygnować z siebie? Skąd w nas też to wybrzydzanie w doborze swojego towarzystwa, skoro jesteśmy istotami tak społecznymi? Na własnej skórze teraz doświadczamy tego, jak bardzo różnych kontaktów potrzebujemy i jak wielkie spustoszenie sieje ich brak. Dlaczego wertujemy karty z obrazami swoich przyjaciół, często odrzucając, oceniając, obgadująć, zdardzając ich, mimo, że kiedyś nam na nich zależało? Dlaczego, mimo męczącej nas samotności, przestajemy próbować ufać na nowo, otwierać się na inne znajomości, zawiązywać nowe relacje? Czemu przestajemy próbować? Po co też walczymy o innych?

Jakie jest wytłumaczenie urazów, złamanych serc, bólu odrzucenia, nieakceptacji siebie? To w żadnym wypadku nie czyni nas silnych, gotowych do walki z nowymi przeciwnościami losu ludzi, jak natura przykazuje, przekażą te dobre geny dalej?

Jak to jest, że będacy tak długo niesamodzielni, przetrwaliśmy selekcję naturalną? Jak to jest możliwe, że my, do kilku lat całkowicie zależni od opiekunów fizycznie, do dwudziestu kilku lat przyzwiązani psychicznie, teraz jesteśmy gatunkiem górującym nad wszystkimi innymi?

Czasem to wszystko wydaje mi się tak całkowicie bez sensu. Rodzisz się, by przekazać swoje geny dalej, wychować i gdy już ten czas przeminie, zaczynasz, wraz z przekwitaniem, gasnąć, a twoje ciało sypać. Płomień życia każdego zostaje zapalony, by po iluś latach nagle przestać jaśnieć. Zostawiasz po sobie jedynie pewien trwalszy lub słabszy ślad na sercu kilkudziesięciu ludzi. Zmienisz jakiś szerszy lub węższy pasek powierzchni Ziemi. Rozstaniesz się z jakimś mniejszym czy większym dobytkiem. Spiszesz krótsze lub dłuższe zdania mające być częścią historii, idei, pomysłów, czynów. Gdy gaśniemy, nie robimy tego tak, jak czynią to u swego kresu, w wybuchu, gwiazdy. U nas przebiega to cicho, bezszelestnie, nienachalnie.

W trakcie życia jednak jesteśmy takimi gwiazdami, oświetalającymi swoim uśmiechem i dobrym czynem dni innych. Zgodnie z zasadą wzajemności, ci dookoła nas także mogą rozpromieniać różne chwile swoim ciepłem, gestem i miłością.

Te zdanie uczy mnie pokory i zachwytu. Miłości i uważności. Zauważania i badania. Przyglądania się i uczestniczenia. Odwagi i pewności. Zaszczepia we też pewien lęk. Budzi jakąś silną niepewność. Zostawia samą z masą pytań. Podrzuca masę zagadek, które, na pewno nie mi, będzie dane rozwiązać.

Dlatego po prostu sobie jestem. Prochem, który w proch się obróci.

ODDECH

O 13 odetchnęłam z ulgą. W końcu, już nic więcej nie muszę zrobić. Pierwszy raz od wielu miesięcy. Nareszcie nie wisi nade mną już nic, co muszę ogarnąć. Wszystkie obowiązki, zaplanowane na ostatnie pół roku, zostały wypełnione. Przede mną rozpościera się wizja kilkanastu dni ferii. Tych tak upragnionych i tak wyczekiwanych. Mam nadzieję, że także błogich i dających chwilę wytchnienia.

Pierwszy krok postawiłam. Pozwoliłam sobie na położenie się, przyłożenie głowy do poduszki i uświadomienie sobie, że, realnie, namacalnie, mogę przestać na chwilę planować, układać i wypełniać punkty planu dnia. Zaraz nasunęło się pytanie – jak spożytkować ten czas? I wtedy odezwała się ona, tęsknota. Niezbyt silna, ale odrobinę uwierająca.

Owa tęsknota chce się buntować stateczności. Ma już dosyć monotonii i szarości dni. Jest głodna nowych, stymulujących bodźców. Spotkań z trójwymiarowymi osobami, a nie płaskimi obrazami na ekranie. Poznawania werbalnie i niewerbalnie, przez zachowania i słowa, pracę i współdziałanie. Doświadczania różnorodności mimiki, gestów, przyzwyczajeń, zachowań, które przebijają się w momencie przebywania w większej grupie ludzi. Patrzenia prosto w oczy. Wymieniania spojrzeń porozumienia. Przekazywania sobie komunikatów znanych wyłącznie osobom wtajemniczonym. Może wzbudzenia zaciekawienia, zafascynowania bycia osobą. Taką realną. Co najważniejsze – namacalną.

Odkąd pamiętam – wiedziałam, że kocham spokój. Odnajduję się w chwilach ciszy, serca i świata. Potrafię w biegu, nagle, zatrzymać się i przystanąć. Zachwycić ulotnym widokiem, odcinając się zarazem od wszystkich bodźców zewnętrznych. Uwielbiam obracać w palcach piękno sekundy, budującej teraz. Lubię zatracać się w tej stronie świata, skrytej i niedocenianej. Łatwej do przeoczenia i zignorowania. Wymagającej skupienia i czasem rezygnacji z czegoś. Dającej coś całkowicie niemierzalnego i bezcennego: możliwość zatrzymania, na ułamek sekundy, ulotności i przemijalności życia.

Jednak dzisiaj widzę, że miłość ta ma dwie strony medalu.

Bo brakuje mi szumu betonowej dżunglii. Spacerów w miejscach popularnych i, tak często, zatłoczonych. Chciałabym ponownie móc posmakować anonimowości, dawanej przez miasto, gdy przemierza się kolejne ulice, lawirując między, zapatrzonymi w komórki czy, metaforycznie mówiąc, swój cel, ludźmi. Tęsknię za byciem obserwatorem i jednocześnie partycypantem. Nie tylko pewnej mikro-, ale także tej ogólnej makrospołeczności, kilkuset tysięcznej, a nawet, kilku milionowej grupy. Tej kiedyś, codziennie, migrującej z i do centrum. Spotykającej się przypadkiem, za sprawą zrządzenia losu czy natchnieniem chwili. W restauracji, barze, kinie, sklepie, siłowni lub parku. W komunikacji miejskiej, pracy, na uczelni, szkole.

Nieprawdopodobieństwo zbitki tak różnych twarzy, na raz, w jednym punkcie, w jednej chwili, jednym zdarzeniu zastanawia.

Gdybym mogła znaleźć się teraz w jakimś miejscu, jakimś czasie, chciałabym być, późnym popołudniem, chylącym się powoli ku wieczorowi, w pewnej konkretnej kawiarnii, mieszczącej się przy dość tłocznej, zamkniętej zazwyczaj na ruch miejski, uliczce. Bardzo popularnej, a zarazem dość skrytej, mającej swój przydział przestrzenii w samym sercu miasta. Obfitującej w liczne bary z jedzeniem na wynos, pod którymi, w nieładzie, utworzone są kolejki młodych, i jak zawsze głodnych, ludzi. Uzupełniona przez sklepy. Wydzielona kamienicami, w której ponad tym gwarem mieszkają ludzie. Ten przesmyk nie pamięta raczej imion, bo codziennie przemierzany był, może jest, pewnie będzie przez mrowia. A ta kawiarnia, cechująca się wielkimi, przeszklone szybami, daje takie okno na ten, tak tętniący życiem, świat. Wtedy wydawało mi się, że nie sposób ugasić czy stłumić ten hałas i zgiełk. Tłum, pod żadnym pozorem, nie sprawiał wrażenia takiego, którego można by nagle uspokoić, zatrzymać i ogarnąć.

W takich chwilach dane mi było przyglądanie się tej potędze „fali” ludzi. W dłoniach dzierżyłam wielki kubek czarnej kawy. Zdecydowanie za drogiej, ale potrzebnej, by dopełnić niezwykłości chwili. Próbowałam wyczytywać historie ludzi wnioskując po ich mimice, postawie ciała, ubiorze czy akompaniamencie jakiegoś grona przyjaciół. Przypominałam sobie o złożoności, różnorodności, odmienności i bogactwie nas wszystkich. Teraz myślę, że budziłoby to, także, we mnie pewne poczucie przynależności i odpowiedzialności. Takiej nie tylko za siebie, ale też za wszystkich tych, którzy krążą dookoła mojego świata. Nie przejmując się tym, jak daleko ich układ się znajduje od mojego. Mając w pamięci zasadę oddziaływania, cechującą każdą galaktykę. W niej działamy na każdego pewną siłą. Nie ma wyjątków. Czasem tylko jest ona mniejsza, a przez to słabiej odczuwalna i trudniejsza do zmierzenia, zaobserwowania.

Będąc w swoim pokoju, zamknięta w moim małym świecie, mając ograniczony kontakt z takim hałaśliwym, nieopanowanym w swoim żywiole, życiem miasta, często muszę sobie przypominać o swojej małości. Wielokrotnie to ta świadomość bycia, wyłącznie i aż, jedną z wielu komórek jakiegoś wielkiego organizmu, uczy mnie odpowiedzialności za swoje decyzje, powstrzymuje od irracjonalnych i bezsensownych działań, pozwala patrzeć na coś w szerszej perspektywie niż moje własne „ja”. Jako codziennie kooperująca struktura, w której tylko dzięki współpracy, komunikacji i w miarę sensownej harmonii czy synchronizacji, możemy iść dalej razem. Krok po kroku. Do przodu.

Czasem zastanawiam się do jakiego stopnia zgubimy to poczucie, że jest się jednym z wielu, zanim wszystko zostanie przywrócone do starego ładu. Czy nie za bardzo zatracimy się, do tego czasu, w okrawaniu życia do tylko własnej przestrzeni przebywania, działania i wzrastania? Czy uda nam się uniknąć szoku i przytłoczenia, spowodowanym gwałtownym przewróceniem wszystkiego? Kiedy to, co wcześniej wydawało się normalne, stanie się dla nas czymś osobliwym, niezwykłym, niepojętnym?

NIEWRAŻLIWI NA SŁOWA

Zafascynowanie tym, co można nakreślić słowami, przejawiało się w moim życiu od małego, ale dopiero teraz wypłynęło to, jakoś, na powierzchnię. Zrobiło długo wyczekiwany coming-out. Teraz nadrabia to, co stracone i nie szczędzi sobie miejsca w moim umyśle. Rozpycha się bezczelnie łokciami w mojej codzienności. Bywa, rzadko, ale jednak, wkurzające. Jednak też diametralnie zmienia moje postrzeganie, moją osobę i oczywiście sposób, w jaki się wysławiam.

Codziennie coś piszę. Czuję, że robię postępy. Najmocniej uderza mnie czytanie tekstów sprzed dwóch tygodni. To jak wydawało mi się, że są napisane całkiem okej, ale teraz już na takie nie wyglądają. W głowie odzywa się bezwzględny, nauczyciel-kat, który dyktuje mi, jak powinno coś brzmieć. Wskazuje na to, jak niejasno i chaotycznie, zostało coś przedstawione. Każdego dnia, po odbytym mniejszym lub większym treningu, noszę w sobie niedosyt, chęć bycia jeszcze lepszą, niedostateczne zadowolenie z siebie.

To, co muszę podkreślić, to to, że w tym działaniu odnajduję jednak przede wszystkim ogromną satysfakcję. Wynika ona z tego, że robię coś, co wydawało mi się zawsze poza moim zasięgiem. Ja, typowy ścisłowiec, który jedynie mógł sobie powąhać dobrze napisane teksty, nagle podejmuje się trudów bycia kreatywniejszym niż do tej pory. Który wymyśla coś więcej, niż sprytne rozwiązania zadanka. Ba, robi to nieprzerwanie od kilku miesięcy. Szczerze mówiąc, pisanie daje wyrobienie mózgowi. Jest to tak skuteczny odpoczynek od pewnego stresu analizowania, napięcia bycia czujnym i przymusu zrozumienia materiału, żeby móc podejść do dalszych zagadnień.

Izolacja, trochę nieświadomie, przyczyniła się do tego, że odnalazłam coś pięknego w pisaniu. Malowaniu słowem, jak to określam. Jednak dzisiaj mierzę się, także, z pewną myślą, że, za chwilę, umiejętność pisania tekstów lub książek może stać się czymś anachronicznym. Historie spisane, a nie zwizualizowane, będą miały coraz to węższe grono fanów. Przekazy nieobrazkowe będą, z automatu (i lenistwa), odrzucać coraz to szersze szeregi potencjalnych odbiorców.

Sama po sobie widzę, jak niedbale podchodziłam, pół roku temu, do formułowaniu poprawnych i zrozumiałych komunikatów. Jak często skupiałam się na tym, żeby przekazać coś już, teraz, bez refleksji, bez jakiejkolwiek staranności. Niestety, w moim przypadku, interpunkcja, do teraz, odczuwa przykre skutki bycia skopaną, przeze moją ignorancję, na podłodze i, do tej pory, prosi szeptem, o choć chwilę, uwagi czy skupienia.

Po co komukolwiek w obecnych czasach znaki interpunkcyjne ? Emotikony wystarczają, by przedzielać te krótkie, kilku wyrazowe wypowiedzi.

Przecież o ile można uprościć komunikat, używając na końcu buźki, która niesie dodatkowo emocjonalny przekaz. Jak wiele przeszkód to niweluje i jak często jest to, dla nas, droga na skróty, żeby zamiast dłuższej wypowiedzi, która musiałaby by otrzymać pewne nacechowanie emocjonalne, można po prostu wybrać odpowiedniego emotikona i wysłać zwięzły kod. Wygoda i funkcjonalność przeważa, rozleniwiając nas całkowicie. Pełny komunikat, złożony z wielu zdań, z dobrze zdefiniowanym, i to wyłącznie słowami, backgroundem uczuciowym oraz psychicznym rozmówcy aktualnie odpycha, zniechęca oraz nudzi. Człowiek, na dodatek, szybko traci zainteresowanie konwersacją, bo czuje pewną presję dopasowania się do poziomu interlokutora. To z kolei wymaga przełamania językowego lenistwa. Tego, jak można się domyśleć, nikt nie lubi.

Mi udało się, na szczęście, podratować choć odrobinę mój język. Jeśli miałam wolną chwilę, sięgałam, na szczęście, po książkę. Nie lubię filmów czy seriali. Obrazy, przedstawiajające nam historię, narzucają nam gotową wizję tego, jak bohaterowie wyglądają, jaką sylwetką się cechują, jak wiele oddają mimiką i jak często sięgają po niewerbalną komunikację. Rzadko kiedy udaje się, w krótkiej chwili przedstawienia bohatera, zbudować jakąkolwiek więź z główną postacią historii. Której się nie zna, i w bardzo ograniczonym zakresie poznaje, wraz z biegiem akcji. Filmy nie mieszczą w sobie bogactwa myśli, które nachodzą bohaterów. Nie są w stanie tak dokładnie, jak w książkach, oddać siły i wpływu emocji. Zależność w tym aspekcie od aktora jest bardzo duża.

Za to słowa tak nie ograniczają. Zostawiają nam pole do wykreowania sobie tego, co nie jest dopowiedzane. Łatwiej zmienić kolor domu w wyobraźni, niż na ekranie telewizora, gdy sercu podoba się inna aranżacja budowli. One umożliwiają nam współodczucie tych dreszczy emocji, wspólnego reflektowania się nad wybranymi zagadnienieniami, zadawanie sobie podobnych pytań, które nachodzą bohatera w trakcie rozwoju sytuacji. Oczywiście dialogi robią swoją robotę, a klatki ujęć zachwycają kolorami. Dźwięk dobrze dobranego soundtracku przenikaja nas do szpiku kości. Rozumiem rzesze fanów filmów i seriali. Ja po prostu żyje sobie z takim spaczeniem, że osobiście wolę głębie tego, co skrywa się na płaskich, skromnych, niby bezpłciowych kartach papieru.

Lub czytnika ebooków. Nowocześnie.

Dlatego kolejny raz, wypluwając ścianę tekstu, mierzę się z wątpliwościami, czy to w ogóle ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość? Jak bardzo zmieni się nasz sposób postrzegnia świata? Jak odmienne będą kanały komunikacji? Jak bardzo różne od obecnych będą źródła pozyskiwania wiedzy i jak to wpłynie na sposób nauki? Czy nasze odbieranie bodźców nie będzie wymagało coraz to silniejszych stymulantów, by jakkolwiek nas ruszyć. Przyzwyczajonych do jaskrawych i rzucających się w oczy, chwytających za gardło, ściskających serca z napięcia, scen i obrazów? Jak bardzo okrojony zostanie zasób słów? Jak wiele wyrażeń będzie bezmyślnie kopiowanych z języków najczęściej używanych, wypierając nasze, wyglądające na niepotrzebne, rodzime wyrazy? Ile kalek zostanie naniesionych, powodując ubóstwo zasobów ojczystych fraz?

Teraz dochodzi pytanie, czy w ogóle warto bić się o coś, co może jest nieuniknione? Czy należy się denerwować postępem, który i tak nastąpi ? Czy może zamiast podejmować się walki z wiatrakami, nie należy za dużo czasu skierować uwagę ku temu, co przyszłościowe ? Czy nie należy uczyć się już teraz kreatywnego pisanie wyłącznie w obcych językach, jako przyszłych, wyłącznych, kodach komunikacji? Czy słusznie powinnam się obawiać?

Nie pozostaje mi nic innego jak westchnąć i poddać się angielskiej frazie : wait and see.

ZDANE

Przycisk ROZŁĄCZ. Ostatni egzamin w tej sesji, ustny. Na szczęście zdany. Pozostał jedynie projekt do wykodzenia i mogę definitywnie zamknąć semestr. Po weekendzie przyjdzie czas na rewizję. Czeka mnie porządkowanie przedmiotów, przerobionych i opracowanych rozdziałów, przeczytanych lub przekartkowanych książek. Każda musi się znaleźć w jakiejś szufladce. „Co nauczone, to moje”.

Po nadaniu części z nich etykiety „zdane”, będę mogła je z czystym sumieniem wrzucić do wora „do nich już nie wrócę”. Raz odłożone, mogą się kurzyć w zakamarkach mojej pamięci. Charakter moich studiów jest jednak taki, że większość z tego, co się wcześniej pojawiło, staje się, w późniejszych etapach, podwaliną pod kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Dlatego każde miejsce, które, z tytułu zdalnego egzaminowania, zostało przeze mnie zlekceważone, niedopieszczone dostateczną uwagą i skupieniem, wszystkie chwile, w których zamachało się rekoma nad tematem wystarczającego poziomu własnej wiedzy, może skutkować w konieczności nadrobienia zaległości, a, na dodatek, zakopaniu się w nierozumianym, aktualnie przedstawianym materiale.

Kończąc wideorozmowę, czułam odpowiedzialność za to, co sama wypracowałam w tym półroczu. Dla siebie. Nikt nie stoi nade mną, nie przykłada bata do karku i nie mówi „ucz się”. To są wyłącznie moje decyzje odnośnie tego, jak wypełniam swoje obowiązki akademickie. Podjęłam się trudu kształcenia taką, a nie inną drogą. Jestem boleśnie świadoma, że nie każdy ma taką możliwość. Czasem zastanawiam się, czy wykorzystuje wszystko w stu procentach? Czy nie jestem zbyt leniwa? Czy nie narzekam za dużo bez celu i nie marnuję niepotrzebnie energii, zamiast po prostu zabrać się do roboty. Z uśmiechem i zadowoleniem, że coś jest wyzwaniem. Że spotykam się w tyloma rzeczami, które wymagają pomyślenia i wyciągają nas ze schematycznego podejścia szukania banalnych, niewymagających rozwiązań, których, nawiasem mówiąc, nie trawię. Czy nie odbieram sobie piękna nauki, nie gubię cudowności kształcenia się, bo wkurzam się o to, że coś często wymaga ode mnie większego nakładu pracy, niż bym chciała?

Moja perfekcjonistyczna dusza zawsze mi podpowiada, że można lepiej, więcej i ładniej. Charakter, wyrobiony latami treningów, pozwala mi siedzieć nad czymś tak długo, aż zaczynam słaniać się nad komputerem, a w łóżku padam od razu na twarz. Po wielu dniach działanie w trybie robot, rób, ćwicz, pracuj, módl się, działaj, w pewnym momencie staję przed faktem, że się zajechałam. Kolejny raz. Znowu nie wiem kiedy. Widzę tylko katastrofalny skutek wyczerpania fizycznego i psychicznego.

Teraz, pozostało mi zebranie w sobie tych ostatków sił, na te dwa ostatnie dni. Program jest napisany, jednak nie był przetestowany na żadnych danych. Pozostały poprawki, które muszę nanieść, semantyka, którą można wygładzić, funkcje, które można zwięźlej zadać, a będą działać tak samo dobrze. Najgorsze będzie jednak zagłębienie się w to, co autor miał na myśli. Czyli ja.

Klepiąc w klawiature kolejne linijki kodu, robiąc to interwałami, skleiłam kod, który może nie być ani trochę sensowny. To jak tworzenie puzzli, przy czym zamimast nanieść najpierw obraz, a dopiero potem go pociąć, ja najpierw podzialiłam na segmenty, a potem kolorowałam każdy z nich licząć, że razem dadzą sensowne działo. Dlatego zasada ograniczonego zaufania do mojego wnioskowania i sposobu myślenia wydaje mi się jak najbardziej odpowiednim podejściem!

Tak często nie ufam sobie, jeśli idzie o słuszność mojego wnioskowania. A rzeczy wymyślane po 10 godzinach nauki, jako mus, mają nikłą szansę powodzenia.

Tak teraz myślę, że to stwarza mi pewną możliwość, by się uczyć na błędach. I to od siebie. Stawać się swoim własnym nauczycielem. Być uczniem samego siebie. Genialne. Ten spryt, uprzedzający moje pomysły, kreujący, w swoim niekontrolowanym chaosie działań, rzeczywistość powala. Gdyby nie to, że zdalne nauczanie z każdego, nawet największego introwertyka, wydobyło głeboko skryty pierwiastek bycia społecznym, a w nas samych zbudziło poczucie „mam już swojego towarzystwa tak dosyć, że poszedł bym do drugiego pokoju, zostawiając siebie w starym”, zbiła bym sobie pionę za mój, niezamierzony i całkowicie niesłusznie przypisywany mi, geniusz.

Dobrze, że to ja przydzielam te ordery zasług z czczych słów i pustych wypowiedzi gratulacyjnych. W samotności śmiania się z siebie. Nikomu tym krzywdy nie zrobię.

Reasumując semestr: co mi się nie chciało, a mogłam jednak zrobić, upomni się o swoje. Zbiorę to, co zasiałam. Wróci do mnie to, z czym wyszłam. Ile pouśmiechane i zaznajomione, tym bogatsza jestem ja i moje serce. Za to to, co należy zamknąć w kufrze przeszłości i do czego nie powinnam wracać, będzie się przebijać w westchnieniach tęsknoty przez nabliższe dni lub tygodnie.

DELIKATNOŚĆ

Jednego dnia chcemy burzyć ściany. Walić pięściami w mury i trząść fasadami budynków. Mamy w sobie gotowość, by, na jeden, krótki rozkaz, wyruszyć. Natrzeć z impetem i pewnością.

Za to drugiego… czujemy się tak słabi, krusi, delikatni. Zastanawiamy się skąd wczoraj w nas było to przekonanie o własnej niezłomności, skrytej głęboko sile i niechybnej wygranej.

W jednej chwili energiczni. Rozkoszukący się każdą sekundą. Pragnący wycisnąć, z nadarzającej się okazji, ile jest tylko możliwe. Pare zdarzeń później nie pozostaje z tej witalności nic, poza zmęczeniem i rezygnacją.

Nasza codzienność jest niczym rejs malutką łodzią po lekko falującym morzu. Unoszeni chęcią zmienienia świata, by zaraz doświadczyć chwili grozy opadania w dolinie fali. Możemy próbować to pojąć i udoskonalać jakiś wewnętrzny sensor, wykrywający najmniejszą zmianę ruchu łajby. Dzięki zauważeniu pewnych, tendencji, jesteśmy w stanie nakreślić możliwe potencjalne scenariusze rozwoju akcji. By być jeszcze lepiej przygotowanym na to, co ma sie wydarzyć, staramy się nauczyć na pamięć, morza naszej osoby. Wtedy nasze przewidywanie i szacowanie jest jeszcze trafniejsze i bardziej prawdopodobne.

Podejmujemy się tego, bo to jedyna możliwość, by być w miarę przygotowanym na nieznane. Tak bardzo lubimy wiedzieć. Zaglądamy do szklanej kuli naszej głowy, by odkrywać karty opowiadające o jutrze.

Działamy, jakbyśmy odrzucali fakt, że powierzchnia taflii jest nieustannie kształtowana przez pogodę, tak bardzo niezależnie od naszej woli. Codziennie drażniona przez subtelne podmuchy wiatru. Całkowicie odmieniana za sprawą gwatłownych zrywów wichury.

Mimo to nie poddajemy się. Czynimy wszystko to, co jest w zakresie naszych możliwości. Zwiększamy swoje szanse dobrego przeżywania każdego dnia.

Czasem jednak przychodzą takie dni, kiedy zdejmujemy z siebie presję gotowości do walki z żywiołem. Zamykamy oczy, kładziemy się na deskach pokładu i zatracamy się w chwili. Doświadczamy innego unoszenia. Kosztujemy smaku dryfowania i falowania. W takich chwilach, te kołysanie przez grzbiety fal koi nasz spracowany umysł, wycisza głośno kołatające, z nerwów, serce, rozluźnia napięte, od nieustannego utrzymywania równowagi, mięśnie.

Jak błoga jest chwila poddania się sobie. Częściowa rezygnacja z usilnego trzymania kursu, mimo wielu potencjalnych przeciwności.

Pozwolenie sobie na odpoczynek. Wyswobodzenie się spod jarzma nieustannych prób odpowiadania, szukania i przewidywania.

Wtedy, dzień bywa wyznaczany przez wędrówkę słońca po nieboskłonie. Noc rozświetlana jest przez, dodatkowe, morze gwiazd. Niezliczonych, odległych, pięknych, migoczących, unoszących się nad nami. Przyglądając się im, zapominamy o wszystkim. Podziwiamy. Kule ognia, będące tak wiele lat świetlnych od nas. Nieosiągalne dla nas. Nie do poruszenia. One nigdy się nam nie podporządkują. To my możemy, może musimy, ulec ich urokowi. I oczywistemu czarowi wszechświata.

W tych krótkich i długich, ulotnych i wolno płynących chwilach obserwacji nie musimy nic. Chłoniemy to piękno oczami, ciepło skórą, życiodajność oddechem. Ładujemy się na nowo. By walczyć i upadać. Znosić trudy i rozkoszować się zwycięstwami.

Mamy na uwadze jednak swoją mikroskopijność. Wokół nas są rozstawione znaki przypominające nam, że my, jako ludzie, mamy tak wiele barier, których nie przekroczymy. Próbujemy badać tak wiele rzeczy, jednak one są tak bardzo poza zasięgiem doświadczenia. Mamy niezmiernie bogate, ale także ograniczone pole poznania. Empirycznego i intelektualnego. Potrzebujemy sprzętów, maszyn, koncepcji, planów, wzorów i wiedzy. By pojąć.

Że jesteśmy tylko kruszynkami w świecie. Drobnym pyłkiem. Kochającym piękno organizmem, zamieszkującym jedną z miliardów galaktyk.

Taka małość, wewnętrzna, materialna czy intelektualna, pozwala zachwycać się wielkością rzeczy, które nie muszą się starać. By trwać, by być majestatyczne, by być ponad, by wywierać wrażenie. To jest wpisane w ich naturę. Po prostu takie są. My dzięki ich dominacji, mamy szansę uczyć się o cudowności. Warto pozwalać się fascynować. Każdemu dniowi. Każdej wędrówce świata. Każdej opowieści nieba. Każdej ścieżce słońca. Każdej historii człowieka. Każdemu biegowi promienia. Każdemu oddechowi życia.

SZEPT SUMIENIA

Słowa, które teraz padną, będą po części powtórzone. Uważam jednak, że powinny wybrzmieć jeszcze raz. Tym razem dosadniej oraz pewniej. Zostać uwiecznione, wykute na tej małej ścianie moich tekstów. Umożliwi to rozpalenie ich ponownie, w moim sercu. Niech kolejny raz naznaczą jakiś ślad w tym niekończącym się ciągu. Wyborów. Decyzji. Poematów prawdy o mnie. Niech pokażą swoją twarz. Szczerą. Skrytą. Szpetną. Piękną.

Przywołam słowa opowiadające o historii walki. Bitwy o to, by sumienie pozostało na zawsze czyste. Wolne od wyrzutów. Niezwiązane oczekiwaniami. Nietłumione przez presję. Wrażliwe na prawdę. Tak, by jego szept nie był nigdy zignorowany w tym huku codzienności.

Jako społeczeństwo postępowe, idące z „duchem czasu”, śledzące globalne trendy obserwujemy wyraźne zmiany w pokoleniu „młodych”. Dzięki powszechnemu wyższemu wykształceniu (które nawiasem mówiąc obecnie jest musem i standardem), diabelnie szerokim persketywom i mnogim możliwościom rozwoju, niesamowicie bogatej gamie opcji, mamy odwagę zabierać głos w wielu ważnych sprawach. Obeznani, biegli we władaniu mową, dbający o retorykę, gotowi do dyskusji, powoli wychodzimy, z dość solidnie utwierdzonymi w nas przekonaniami, do ludzi i świata. Wkraczamy w społeczeństwo jako aktywni partycypanci w codzienności, a nie jako jedynie bierni obserwatorzy. Jest w nas siła, by działać, zmieniać, mówić nie. Różnorodność poglądów, spojrzeń jest tak bogata i tak niepojęta, że każda wymiana zdań z drugim człowiekiem zmienia, choćby odrobinę, nasze postrzeganie siebie i swojego życia.

Z jednej strony, jeśli nie jesteśmy otwarci na zdanie i opinię innych, to pozbawimy się szansy dostrzeżenia pełni złożoności zagadnienia. Bardzo często to właśnie nasze błędne wnioski, źle postawione tezy i pomyłki w analizie problemu uczą najwięcej i owierają oczy najskuteczniej. Rozmawiając, poznawając i słuchając, wzbogacamy siebie oraz, jednocześnie, obdarowujemy innych.

Z drugiej strony, wielokrotnie, szczególnie w sprawach nad wyraz delikatnych i subtelnych, zupełnie dwa skrajne stanowiska nie znajdują żadnej płaszczyzny porozumienia. Może być tak, że nie jest możliwe uniknięcie wyraźnie zarysowanej niezgody pomiędzy oponentami. Zdarza się, że taka bezkompromisowość jest konieczna, by jakaś osoba nie zahwiała tym, co położyła w fundamentach swojej osoby. Konsekwencja i stanowczość utwierdza nas w ścieżce, którą obraliśmy, jako naszą drogę życiową. Mówienie: „nie, nie zgadzam się” często ratuje nas przed tym, byśmy nie zgubili siebie i nie stracili swoich wartości. Byśmy nigdy nie zapomnieli o tym, co jest dla nas tak ważne.

Co czyni ciebie, tobą.

Wraz w tym, jak dojrzewam, utwierdzam się w tym, że w życiu najważniejsze jest, dla mnie, kierowanie się własnym sumieniem. Nie społeczeństwa, nie ogółu i nie powszechnie przyjętym, zmieniającym się, nieustannie, kodeksem moralnym. Ale własnym, niezmiennym. Postępowanie zgodnie z tym, co dyktuje mi serce jest dla mnie najwyższą wartością. Podstawą jego działania jest bezkompromisowana niezgoda na nienawiść i kłamstwo. Widzę jak brak miłości pozbawia życia ludzi, i mnie. Dostrzegam, że otwarcie się na dobro, życzliwość, pomaganie innym i wiarę, w tę właśnie, oklepaną, miłość, odpala każdego. Człowiek staje się niczym dynamit. Wybucha często i niespodziewanie, wyrzucając z siebie tony energii, uśmiechu i szczęścia.

Niestety często szczęście jest mylnie utożsamiane ze stanem euforii. Ślepej, pełnej pasji i ulotnej. W radość wpisany jest też smutek, niepowodzenia i zawody. Nieodłączną jej częścią są momenty, gdy trzeba wybaczać i samemu prosić innych o wybaczenie. Nie może zabraknąć też w niej świadomości ulotności i przemijania, braku stałości w powodzeniu, ale także w niedostatku. Ona zmusza nas też do dostrzegania tego, że pomimo, że tyle osób potrzebuje naszej pomocy, życzliwości i siły, chęci życia. Uczy nas również, że w chwilach, gdy nie dajemy sobie rady, musimy umieć poprosić o wsparcie i potrafić przyjmować wyciągniętą dłoń. Szczęście zaprasza nas do tego, by dawać, ale też brać. Pomnażać przez dzielenie.

Dokładnie tak irracjonalnie, jak to czasem brzmi.

By to czynić, często muszę być stanowcza. Żebym mogła być pewna tego, w co wierzę, jaki mam system wartości i czym się, przede wszystkim, kieruję w codzienności, muszę czasem zdobywać się na bezkompromisowość. Uczę się mówić głośne nie, kiedy uważam, że coś przeczy miłości. Uważam na to, żeby nie podejmować decyzji, które jakkolwiek miały by skrzywdzić kogoś, lub mnie. Dlatego też staram się odcinać od sytuacji, które takim działaniom mogły by sprzyjać. Nie mogę ulegać presji tego, że tak wiele osób dookoła myśli inaczej. Nie powinnam oglądać się na to, że często oceniają rzeczy i sytuacje w zupełnie innych kategoriach. W tym świecie dynamicznie zmieniających się wartości i czasach redefiniowania pierwotnych pojęć oraz podważania znaczenia powszechnie znanych imponderabilii, pierwsze skrzypce zawsze staram się oddać swojemu sumieniu.

Dlaczego? Po co?

Sumienie jest specifyczne. Można go przyrównać do takiego sędziego, który rozlicza nas z naszego postępowania. Jeśli postąpimy wbrew sobie, naszym przekonaniom i przeczuciu, co jest słuszne i dobre, to ono nie da nam spokoju. Będzie nachodzić nas przed snem i w każdej chwili samotności. By upominać się. O zadośćuczynienie, o naprawienie szkód. Domagać się zniam i postawy skruchy, pokory. Z czasem, jeśli będziemy się mu opierać, spowoduje, że zaczniemy mieć siebie dosyć. Nie będziemy w stanie wytrzymać ze swoimi myślami. Wpędzimy się w wir pretensji do samego siebie, zatopimy się w głębokim poczuciu własnej beznadziei i pozbawiamy się możliwości wybaczenia. Sobie, ludziom. Przestaniemy kochać. Siebie i innych. Stracimy orientację i nie będziemi umiei podjąć decyzji, która, zamiast niszczyć, zbuduje coś sensownego.

Lekarstwo na to jest takie oczywiste. Jednak tak trudno je zażyć. Wystarczy jedynie, i aż, pozwolić sumieniu decydować. Zacząć słuchać tego, co ono ma do powiedzenia. Nauczyć się przyjmować wskazówki i rady.

Będzie wymagać to od nas często zatrzymania się w połowie kroku. Powstrzyma nas od podjęcia jakiejś decyzji, bez przemyślenia. Powoli będziemy stawać się świadomi odpowiedzialności za swoje słowa, decyzje i zachowania. Zaczyniemy być rozważniejsi i ostrożenijsi przy podejmowaniu się jakiś działań. Przestaniemy będzieć tempem dyktowanym przez gwałtowne zrywy serca, a damy głos także rozumowi. Będziemy hamować się w sytuacjach, gdy pojawi się w nas poczucie, że jest szansa zrobienia czegoś, czego będzie się mocno żałować. Zdecydowanie zmieni się nasze podejście do ludzi i ogólnie pojętych relacji. Nabierzemy szacunku do siebie, więc także do innych. Będziemy w stanie pochwalić siebie, docenić, a przez to być z siebie zadowolonym. Nieświadomie będziemy pracować nad sobą. Bez przymusu i jakiś reguł, przeciw którym będziemy się buntować.

Wszystko za sprawą jednej decyzji.

Dlatego nie zgodzę się na bycie taką, jaką mogą widzieć mnie wszyscy dookoła. Wolę trwać przy swoim, uparcie i niezmiennie. Bo tylko wtedy będę spokojna, bo będę żyć w zgodzie z samą sobą. Jako osoba ucząca się, codziennie, kochać siebie i innych. Próbująca dawać siebie innym, i także sobie. Usiłująca dbać o życie każdego, bez wyjątku. Mająca szacunek do wszystkich. Szczególnie do siebie samej. Pewna wartości swojej, i innych. Tylko w zgodzie z tym, co uznaję za najwyższe wartości, mogę być sobą. Nieskrępowana niczym. Całkowicie szczera. Ciesząca się z bycia w miejscu, w którym aktualnie się znajduję.

Autentyczna. Gotowa, by trwać przy swoim. Przy swojej wierze. Przy swoim życiu. Przy sobie.

Nie zadowalają mnie podróbki. Pozory. Fałsz. Nie ma dla mnie rzeczy wartej tego, żebym straciła swoją gotowość kochania. Wszystko, co powoduje, że działam wbrew sobie, tylko mnie pozbawia czegoś. Jakakolwiek akceptacja ogółu, aprobata jakiejś decyzji przez grupę, szersze uznanie w społeczeństwie lub cokolwiek innego, co pozornie dadzą mi inni, nie uciszy tego szeptu sumienia. Jeśli ono się odezwie, z tonem nagany, oznacza, że właśnie straciłam część siebie. To zdecydowanie nie jest tego warte.

Jedyne, o co powinniśmy dbać w stu procentach. Nasz najcenniejszy i jedyny skarb. Świecka i Boska świętość. Nasze życie. Nasze serce. Nasze szczęście. Nierozerwalnie złączone.