REBELIANT

Już zaksięgowano wszystkie nasze wady. Napiętnowano wszelkie słabości. Wystawiono faktury za każdy najmniejszy błąd. Zakrzyczano słowa, podważono autorytet, przekręcono wypowiedzi, zatarto znaczenie komunikatów. Pozbawiono sensu nasze wyjście z tłumu. Poinformowano nas, że odwaga wyłuskana na to, by przerwać ciche milczenie zgody wobec rzeczy jej niegodnych była niepotrzebną stratą energii.

Zapomnieli się powstrzymać od pouczania. Nie potrafili powstrzymać frazesów wylatujących z ust za szybko. Wznieśli wrzask. Wywołali huk. Spuścili nam na głowy worki kurzu strachu. Na ramiona nałożyli potężne ciężary ich odpowiedzialności. Poczęstowali nas skutkiem swoich działań.

Każą nam być silnym. Stójcie na baczność. Nie zwracajcie uwagi na łzy płynące po policzkach. Maszerujcie. Raz. Dwa. Trzy. Trzymajcie rytm. Słuchajcie rozkazów, nie oglądajcie się na tych co zostają w tyle. Równaj do tempa. Stój! Baczność! Nie ważne są straty. Nie liczymy się z tymi, co nie dali rady. Nie mamy względu na bezpowrotnie zagubionych. Nie marnujemy czasu na tych, którzy byli za słabi. Nie chcemy w naszych szeregach bezwartościowych. Zrozumiano? Ruszać!

W tym bezwględnym tłumie nie ma nikogo, kto mógłby otrzeć łzy drugiej osobie. Przykładamy głowę do poduszki, bez nadzieji na zgubienie gnębiącego poczucia samotności. Niby wśród wielu, z pozoru nieczułych, a jednak tak samo stęsknionych obecności. Każdy z nich nalężący do skrzywdzonego, wiecznie trenowanego w obojętności tłumu żołnierzy z podziurawionymi duszami.

Wojny strachu. Bitwy okrucieństwa. Potyczki pychy. Stulecia obojętności. Tysiąclecia krótkowzroczności. Dekady wyzyskiwania. Chwile wyszarpywane komendom pokryjomu, podszyte strachem przed demaskacją. Cichi rebelianci, którzy nie godzą się. Szykują bunt. W dzień mają maski tych, z którymi przystają. W nocy werbują. Nie przekonują. Nie namawiają. Cicho wierzą i przekazują ten błysk nadziei innym. On, przejawiający się tylko iskrą we wzroku innym. Niczym więcej. Nienachalny. Dyskretny. Subtelny. Skinięcie drugiemu głową na milimetry. Teraz maszerujmy. Niby poddani władzy. Niby wykonujący rozkazy.

Chcą działać, bo mają dosyć ocierania łez samym sobie. Nie chcą czuć tylko swojej dłoni obejmującej ich własny policzek. Nie godzą się na brak. Czułości. Bliskości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s