KRAWĘDŹ

Palce u stóp nieśmiało wysuwają się milimetry poza krawędź. Plecy wyprostowane, głowa wysoka uniesiona, twarz niezwruszona. Ręce luźno opuszczone, trzymane są blisko tułowia. Jedynie zaciśnięte pięści zdradzają oznaki napięcia. Tak tam na wysokości trwa żywy posąg anioła, stąpający na co dzień po powierzchni ziemi.

Wyniósł się ponad ludzi, wspinając się na pewną monstrualną budowlę wzniesioną ich rękoma. Stoi na szczycie jednego z naszych sztampowych osiągnięć, wieżowca wysokiego aż do nieba. Dokładnie takiego, jakiego pragnęli architekci wieży Babel.

Szyby krzyczą: poradzili sobie bez Boga i bez bogów. Piętra wtórują im, oddając hołd ludzkiemu intelektowi i pomysłowości. Ściany, w swojej pysze, prężą się dumnie jako wspaniałe wizytówki potęgi człowieczeństwa. Dachy zachłyśnięte cudownością możliwości dotknięcia nieba, wynoszą ego Homo Sapiens jeszcze wyżej, niż one same mogą sięgnąć.

Ten anioł czuje pod sobą prawdziwość tego budynku. Słyszy oddech znajdujących się wewnątrz ludzi. Przygląda się szerokiej panoramie metropolii. Ma przed sobą obraz zaledwie jednego z wielu, wielu ogromnych miast. Jego obserwacji towarzyszy poczucie małości. Kusi go oddanie pokłonu człowiekowi. Nie umie przezwyciężyć tej obezwładniającej kolosalności ludzkiego dorobku.

Tak. Możemy dumnie wypiąć pierś. Wprawiliśmy anioła w podziw. Pokazaliśmy mu swoją potęgę. Zastanówmy się, czy to pora na taniec zwycięstwa? Czy nadszedł czas na kolejną dekorację medalami i wręczenie już któryś z kolei pucharów? Czy nastała znowu chwila, by postawić sobie kolejne pomniki upamiętniające jakiś chwalebny moment? Czy już, teraz należy wzywać skrybów, wykuwających na kamieniach naszych osiągnięć kolejne historie trymfów? Czy można z czystym sumieniem oddać się w błogie ręce zaspokojenia, pyszności i megalomanii?

Nasz anioł płacze. Łzy powoli skapują z jego policzków. Spadają, szalenie pikując w przestrzeń rozciągniętą pod nim. Z każdą sekundą przyspieszają. Szybko zaczynają parować. Opory ruchu zaczynają rozrywać te krople, dzieląc je na coraz mniejsze i coraz słabiej dostrzegalne cząsteczki. W końcu łzy stają się tłem. Zaczynają być jedynie częścią mieszaniny atomów i związków powietrza. Nikt o nich już nie pamięta. Jak szybko się pojawiły, tak zaskakująco bezwględnie zniknęły.

Rozpacz anioła zostaje spotegowana. Niewzruszoność ludzka wywołuje powódź łez. On wie, że każdą z nich czeka ten sam koniec, jednak nie ociera ich. Każdej pozwala spaść. Każda ma uczyć, każda ma przypomnieć, każda może uświadomić.

W nich zapisana jest historia życia każdej jednej istoty ludzkiej. Przebywasz jakąś drogę, by kiedyś tak samo zniknąć. By również stać się tłem. Identycznie rozpaść się na cząsteczki, które później będą przenikać inne materie organiczne. Te budowle, pomniki, medale, szacunki i pochwały też kiedyś ulegną degradacji. Wszystkie zwoje chlubnych zwycięstw i osiągnięć przemienią się w przerażająco marny proch. Tak jak łza, która przebywa swoją drogę, zanim zniknie i która ma dany jakiś czas, w którym będą o niej pamiętąć, tak człowiek podejmuje swoją wędrówkę i otrzymuje swoje miejsce na tym świecie na określony okres.

Dlatego na dłuższą metę wszystkie osiągnięcia, wszystkie wynalazki, wszystko, co udało nam się odkryć, każda rzecz, która została przez nas rozwinięta, udoskonalona okaże się w dalszej perspektywie czasu niczym trwałym. Niczym ważnym. Niczym wzniosłym. Niczym znaczącym.

Teraz, w XXI wieku do dyspozycji mamy broń, która może zabić każdego. Korzystamy z naszych wynalazków tak skutecznie i przemyślanie, że niedługo, przez własny wpływ na klimat i środowisko, uczynimy Ziemię miejscem, na którym życie nie będzie już więcej możliwe.

Wobec siebie stawiamy żądania tak wysokie i sami stajemy się tak głodnymi rzeczy, idei, lukusu, pomysłów, bodźców, że chyba będziemy musieli przebudować swoje ciała i przemienić się w doskonalsze od nas humanoidy, by umożliwić sobie wpasowanie się w rzeczywistość, którą sami kreślimy. Kiedyś pewnie postaramy się przełamać bariere etyczne i, programując kody genetyczne swoich dzieci, będziemy tworzyć nadludzi. Zaczniemy kombinować z hormonami, neuronami, mózgiem, tak by nie czuć więcej smutku, żalu i tęsknoty. Myślę, że nie omieszkamy powalczyć o nieśmiertelność.

Zabijemy ostatecznie próżne ideały, nieistniejące byty i bujne wyobraźnie, świat przeżyć i ułud, i sprowadzimy wszystko do religii informacji zero – jedynkowych. Zatrzymamy się na przeżyciu krótkich przeżyć i pisaniu nic nie znaczących klatek historii żyć?

Takimi właśnie ścieżkami wędrują myśli anioła.

On ciągle płacze, bo zawsze patrzy w dalszej perspektywie niż robimy to my. Jest mu przykro. On ma świadomość, że będzie umiał się uratować. On wie, że będzie mógł uciec. On, w porównaniu do nas, potrafi wnieść się ponad, rozpiąć skrzydła i odlecieć, uwolnić się od tego wszystkiego, co rozgrywa się pod nim. Za to my? Tak mocno przywiązani do przemijalności, nie umiemy pofrunąć jak on. On nie chce nas zostawić, ale będzie musiał to zrobić. Szanuje wybór, który podjęliśmy.

W taki kozi róg się wpędziliśmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s