DOTYK

Czy wolno nam prosić o chwilę uwagi? Czy można wymagać kilku minut bycia wysłuchanym? Czy należy oczekiwać, że będzie się miało wsparcie u innych? Czy ta dłoń, która tak często szuka innej, tej której może się chwycić, tej w której odnajdzie siłę i podparcie, powinna przyzwyczaić się do milczącego dotyku samotności i ciszy otaczającej ją próżni?

Czego nas nauczono? Nie licz za bardzo na innych i polegaj jedynie na sobie. Pilnuj swojego nosa, i portfela. Troszcz się o swoje interesy, bo nikt za ciebie nie będzie się nimi przejmować. Przyzwyczajaj się, że mając dobre serce, musisz wyrobić sobie żelazny tyłek, bo nieuniknionym jest to, że otrzymasz tyle, wykorzystujących twoją naiwność, kopniaków. Efekt tych słów? Zamknięcie i poczucie, że w takim razie nie należy… Prosić, by ktoś spojrzał na nas miłym okiem, ponieważ o wiele częściej zostaniesz poczęstowany oceniającym wzorkiem. Wymagać dotyku ciepła czy czułości, bo o wiele jest gorszy zawód chłodu kamienia od zaskoczenia ogniem żywego ciała.

W skutek tego uciekamy od grup. Zaczynamy wypruwać z siebie te naturalne, tak powszechne i codzienne pragnienia: chcę poczuć delikatność empatii drugiego człowieka. Tłumi się ten bunt, kiedy nie umie się już stawać twarzą w twarz z osobami, które zmieniają swoje serca w zimny, bezpłciowy kamień. Pojawia się głębokie rozczarowanie swoją dziwną wrażliwością, która nie umie podporządkować się tym mądrym radom: „przyzywczaj się, taki już jest ta rzeczywistość”. Jesteśmy uciszani z taką łatwością. Dokładnie tak samo, jak w chwili, gdy subtelny podmuch gasi knot odsłoniętej świeczki. Zostajemy zostawieni z poczuciem: „coś ze mną jest nie tak.”

Osobiście, w miejscu w którym jestem, szczerze denerwuje mnie to. Jakiś czas temu powiedziałam wszystkiemu dosyć. Koniec z udawaniem. Nie jestem robotem. Gdy czuję, że łzy chcą płynąć, akceptuję je i im pozwalam na naznaczenie tych wilgotnych ścieżek na policzkach. Jeśli jestem zdenerwowana, pozwalam złości płonąć, bo wiem, że niebłahe rzeczy mogą mnie wyprowadzić z równowagi. Przyglądam się tym emocjom, bo one mówią więcej o mnie, niż tłumione, z całej siły, kaskady negatywnych odczuć, które nie wiadomo kiedy wybuchną z rażącą mocą. A wiem, że zrobią to na pewno. Radość w moich oczach nie może być zbyt duża, uśmiech zbyt szeroki, szczerość zbyt nachalna, bunt zbyt odważny czy motywacja zbyt silna.

Jak, my, chcemy doświadczać dobrych momentów, gdy nie pozwalamy sobie pokazywać tych, niekontrolowanych przez nas, twarzy ludziom dookoła? Czy da się rozkoszować euforycznymi momentami, gdy wpływ przybijających sytuacji jest tak skutecznie gaszony? Mam wrażenie, że od najmłodszych lat programujemy siebie tak, by działać w określonym paśmie natężenia emocji. Większe lub mniejsze wartości niż te dwie graniczne, nie są dopuszczane. Czemu? Bo nie wypada, nie wolno, nie można, inny tak nie robią. Jak wielkim byłbym dziwakiem? Ile razy ludzie by mnie ocenili?

Jednak nasze działania nie pozostają bez echa. By rekompensować sobie braki skrajnych emocji, ładujemy w siebie różne stymulantny, dające skrajne odloty. Samo życie, bez nich, bez adrenaliny, bez używek, bez wybitnie nieodpowiedzialnych, szalonych działań, wydaje się nudne, szare, płaskie i nijakie. Szklanka pozostaje wiecznie nienapełniona, a my działamy od jednego silnego bodźca do innego, starając się przetrwać interwał pomiędzy, zawieszeni w jako takim nastroju. Trochę nieobecni, trochę puści, trochę wybrakowani.

W takich stanach, człowiek męczy się sobą. Ma dosyć tego, wykręcającego z resztek sił, mechanizmu, który wydaje się mieć tylko jedną opcję: nakręć jeszcze mocniej. Chciej więcej, szukaj dalej, rezygnuj, by piąć się w górę. Nie oglądaj się za siebie, nie zatrzymuj się, nie dbaj, nie zastanawiaj się, nie pytaj, nie roztrząsaj, nie wspominaj, nie czuj.

A może czasem warto. Zatrzymać się i spojrzeć na to, co się potrafi, co się ma. Warto przeliczyć ilu ludzi jest dookoła? Można się zastanowić nad tym ilu nowych można jeszcze poznać? Warto też się pochylić nad tym, czy nie zbyt wielu nie stało się w naszym życiu jedynie epizodem, który nie powinien się tak nagle urwać? Powinno się także postawić sobie pytanie dlaczego to się stało, by znaleźć odpowiedź na to, jak nie dopuścić do analogicznej sytuacji w przyszłości. Należy przyjrzeć się swoim zachowaniom, by nie zostać ponownie zranionym ani nikogo też nie zranić. Cenne jest poznanie swojej gotowości do ufania, mówienia o sobie. Warto zastanowić się, czy jakaś samotność nie jest wynikiem zbyt silnie podkręconej niechęci do otwierania się i przywiązywania? Czy naszym życiem nie rządzi jakiś lęk przed relacjami? Czy nie boimy się też nowych miejsc, niespodziewanych obrotów wydarzeń, wyników niemożliwych do przewidzenia?

Też trzeba sobie zadać pytanie, za czym się biegnie? Czy daje się sobie czas na odpoczynek? Czy przystajemy na naszej drodze i przyglądamy się otoczeniu,?Czy zastanawiamy czy idziemy w dobrą stronę? Czy nie sprawdzamy czy przypadkiem nie pomyliliśmy ścieżek, czy nie zboczyliśmy w jakiś ułudny skrót, czy nie utknęliśmy w jakiejś ślepej uliczce?

Czy potrafimy powiedzieć sobie jakieś życzliwe słowo, pochwalić się? Zbić sobie piątke za nienagannie wykonane zadanie? Docenić rzetelnie przepracowany dzień? Czy dostrzegamy swoje postępy? Czy jesteśmy świadomi tych małych kroków które codziennie czynimy, tych, dzięki którym stoi się w konkretnym miejscu? Czy pamiętamy o tym, że musieliśmy mieć w sobie jakąś wytrwałość i kondycję, skoro udało nam się przebyć taki kawał trasy? Czy nie może być to też motywacja dla nas, by nie poddawać się? Czy taka refleksja nie może przyczynić się do inspirowania się sobą, tylko, że z wczoraj?

Powinniśmy dbać o siebie, i o innych. Jeśli nie będziemy dobrzy dla siebie, nie dopuścimy do siebie myśli, że ktoś inny może chcieć się o nas zatroszczyć. Jeśli będziemy myśleć tylko o własnym czubku nosa, nikt nie będzie nawet chciał się pokazać za tym wielgachnym murem egocentryzmu, bo każdy stwierdzi, że nie warto się męczyć i wysilać.

Nie można bać się pytań. One przyczyniają się do tego, że nie gonimy ślepo za czymś, co okazuje się bez wartości. Trzeba mieć odwagę, by czasem powiedzieć sobie, że jakieś nasze działania były błędne. By przyznać się przed sobą, że źle się zainwestowało czas, motywację i siły. Tylko dzięki takiej świadomości można coś zmienić. Tylko za sprawą refleksji i odwagi, by mierzyć się ze swoją historią, nie skazujemy dalszego biegu naszego życia na dziki determinizm, którego nie będziemy kontrolować.

Wiedza jest trudna do udźwignięcia. Wkłada nam na barki odpowiedzialność za siebie. Łatwiej jest zdać się na los, dryfować po ocenie, który raz jest spokojny, a raz wzburzony przez huragan i snuć puste modlitwy „niech stanie się to, niech to się skończy, niech to się uda, niech to się zmieni”. Trudniej zacząć samemu wiosłować, podjąć się stresowania i zacząć wytyczać konkretne kursy czy cele. Druga opcja może nas zniechęcić, jednak czaem warto się postarać. Te bardziej wymagające metody nie skazują nas, z góry, na coś, czego najprawdopodbniej nie chcieliśmy. Za to te błahe i prostolinijne działania dają może i szybkie rezultaty, ale także częstują nas tak pustymi substytutami. Co więcej, nie pozwalają nam na większy niż jedynie marginalny wkład we własną codzienność.

Decyzja zawsze zależy od nas. Ale też potem nie można dziwić się, że nikt nie chce słuchać naszych żali, jeśli coś się nam nie uda, bo my nie kiwnęliśmy palcem, by temu zapobiec.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s