HOME SWEET HOME

Nigdzie człowiek nie czuje się tak dobrze, jak we własnym domu. Dzisiaj doświadczyłamtego na skórze, więc zadałam sobie te, tak ostatnio popularne i tak często przejawiające się u mnie, pytanie: dlaczego?

Odpowiedź jest brutalnie, wręcz, prosta: mam w domu wszystko. Rodzinę, którą kocham nad życie. Kawałek przestrzeni dla siebie, gdzie panuje cisza i spokój, taki mój wymarzony punkt, do którego uciekam, kiedy chcę być sama, idealna, wyśniona wręcz przestrzeń do nauki, do której byłam zawsze zachęcana i motywowana, pole do odpoczynku i ćwiczeń fizycznych, które dają wytchnienie. Nawet, jak się okazało po ponad dwudziestu latach życia, do rozwoju pisarskiego.

W lodówce, w kuchni, jest wszystko, co jem najchętniej na co dzień. W półkach poukrywane są smakołyki, które lubię najbardziej i są tam, by zaspokoić moje zachcianki. Za oknem mogę oglądać, przy sprzyjających warunkach, wędrówkę Słońca po niebie, zwieńczane pięknym zachodem. Wieczorem mam możliwość zaspokajać kaprys zakopania się pod kołdrą i wtulenia głowy w poduszki, by finalnie móc odpłynąć myślami, dokąd pragnę. Unosząc się na spokojnych falach marzeń i pragnień.

Łatwo zapomnieć, tkwiąc w takiej mydlanej bańce, o tym, jakie ma się cholerne szczęście. Przelatuje mi przez głowę, bez żadnego echa to, że moje (nasze życie), od małego, to jedna, wielka, cudowna bajka, a większość „problemów” wynika z niedostatecznej pokory i przesadnego egocentryzmu.

Dlatego tak ważne jest w życiu ubóstwo. Nie materialne, a duchowe. Brzmi jak sztampa wyjęta z kazań. Jednak to właśnie to jest potrzebne, na już, na teraz, mi i mojemu pokoleniu, które urodziło się w czasach kapitalizmu, w czas, gdy na półkach zawsze jest jedzenie, które niekupione jest wyrzucane na śmietnik. To właśnie to jest konieczne w wychowywaniu dzieci, które nie znają świata bez telefonu komórkowego, które już od pierwszych lat życia sprawniej działają w świecie wirtualnym, niż realnym. To dokładnie to jest niezbędne podczas dojrzewania ludzi, takich ja, żyjący od zawsze w bajce, a przez co ślepych na to, że są największymi szczęściarzami pod słońcem.

Mieszkając w wielkim mieście, w którym, odkąd pamiętam, znaczącymi wartościami są świetne wykształcenie i dobrze płatna praca, muszę nieustannie sama siebie zawracać, by nie zacząć gonić w powszechnym wyścigu o to, kto będzie mieć więcej. W tej gonitwie zdecydowanie nie chcę brać udziału. Jeśli przestanę siebie hamować, to, stawiając sobie coraz to wyższe cele, budząc coraz to wznioślejsze ambicje, polepszając coraz bardziej swoją wizytówkę i naukowy background, zapomnę o tych, którzy nie mają nawet grama takiego luksusu jak ja.

Wtedy za standard przyjmę to co posiadam, a z pamięci wymarzę wszystkie obrazy, jako możliwe warunki życia, które odbiegają od mojego. Żyjąc w takim iluzorycznym świecie, sama będę tylko coraz bardziej rozdmuchiwać ego, coraz więcej chcieć, a będąc samej po prostu coraz gorszą, chamską i niezdolną do funkcjonowania w społeczeństwie. Zaprzeczę wszystkiemu, co chcę wyznawać, a co tak trudno mi przyjąć, zrozumieć, bo nie jestem dostatecznie uboga.

Wymyślne i teoretyczne studia, snucie godzinami refleksji, poświęcanie czasu na pisanie, z którego nic wielkiego nie ma. To wszystko zdecydowanie jest przywilejem tych, którzy mają wszystkie najważniejsze potrzeby zaspokojone. Doszukiwanie się jakichś niedoskonałości, które są jedynie pyłkiem na płaszczu chroniącym przed wszystkim tym, co może nas w życiu przytłoczyć, wystawić na próbę lub wpędzić w kozi róg.

Zero przysposobienia do prawdziwego życia, nieumiejętność ciężkiej pracy, odkładanie swoich pragnień na rzecz ważnych i kluczowych, nie tylko dla mnie, ale też dla tych, na których uwagę zwrócić powinnam.

Jeśli mogę być szczera, jest mi wstyd. Wiele z tego, co uznawałam za problem, było po prostu efektem posiadania zbyt wiele. Bogactwo wszystkiego, co sobie zachciałam, odbiło się na tym, że w centrum mojego świata byłam tylko ja sama. Poszłam w zacofaną teorię geocentryczną, która, niesłusznie, skupiała uwagę wyłącznie na mnie, na kluczowym, najważniejszym punkcie wszystkiego. W niej, to inne gwiazdy, planety, ludzie świecili dla mnie, byli dla mnie i krążyli wokół mnie. A ja? Ja patrzyłam na siebie w krzywym lustrze egoizmu.

Teraz chciałabym dojrzeć. Z wyrytym na sercu nowym odkryciem, że we wszechświecie są setki miliardów galaktyk, czasem oddalonych o kosmiczne setki milionów lat świetlnych. Wszystkie istniejące tak samo realnie jak moja. Wszystkie równoprawne z moim własnym światem. Wszystkie identycznie jasne, pełne życia i wartościowe. Ta moja życiodajna planeta i galaktyka, do której należę, jest wyłącznie częścią całego, ogromnego, przechodzące ludzkie pojęcie, kosmosu istnień ludzkich. Pora porzucić absolutyzm czasu, który ma początek w dniu mojego urodzenia i jest sztywno związany z układem historii mojego życia. Pora zakończyć te próby despotycznego dyrygowania ciałami niebieskimi, budującymi mój świat, poprzez: ja chcę, ja pragnę i ja żądam. Koniec z kreowaniem siebie, jako kogoś całkowicie wyjątkowego i ultraważnego.

Oby nabliższe dni były czasem ubóstwa. Niech nastanie małość. Niech zdam sobie sprawę z mojej głupoty. Niech wycofam się do cienia i zastanowię się nad tym, na jakim szczeblu siebie stawiam. Czy nie pcham się, całkowicie niesłusznie i niezasłużenie, w jakieś miejsca przeznaczone wyłącznie dla dostojników?

Co mi da to sztuczne dmuchanie, nic nie znaczącego, ego czy powiedzenie o sobie mądry, pewny swoich racji, zdolny pouczać i nauczać, kiedy prawda jest taka, że nie wiem nic i też nie znaczę prawie nic?

Przepraszam Was, wszystkich, którzy ucierpieli przez mój egoizm.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s