SEN

Wyruszmy w nowe tango subtelności. Zagrajmy wedle nut drobnostek nieznanych. Odwróćmy twarz w stronę tych, którzy nie stoją przed nami. Przywdziejmy stroje niezauważania. Poczyńmy kroki melodyjnymi ruchami niesłyszanych taktów muzyki.

Ogień niech dookoła zapłonie. Dym może odważy się rozmyć obraz tła sali. Gryźliwy postrach molekuł zajmujących miejsce tlenu rozmyje się w przestrzeni niczym wielka niewiadoma.

Bal się rozpoczął. W górę poszły kieliszki. Toast wybrzmiał dźwięczniej niż stukot szkła o siebie pozdrawiających się gości. Bawmy się.

Chwytam swojego partnera za dłoń. Uciekamy z tłumu wyniosłości w zgiełk zatracenia chwilą. Czarne maski gubią rysy naszych twarzy. Rozpoznajmy się w silnym uchwycie swoich dłoni. Decydujemy co następne wymienianymi między sobą spojrzeniami. Lawirujemy między przeszkodami. Unikamy plątanin ciał ocenianych. Kosztuje nas to trochę uwagi. Jednak więcej jej mamy dla siebie. Cicho, na palcach z gracją wyznaczamy tory naszych poczynań. Nakreślamy szlaki wędrówki tańca.

Nie mamy innego miejsca, niż te obok siebie. Niczego więcej, niż wzajemnie dzielone strachy, niepewności i lęki. Nikogo więcej niż cienie ciężarów naszych osób. Nie posiadamy nic stałego czy pewnego.

Pora się obudzić. Nastał kolejny dzień. Wyprzeć z pamięci sen minionej nocy.

REBELIANT

Już zaksięgowano wszystkie nasze wady. Napiętnowano wszelkie słabości. Wystawiono faktury za każdy najmniejszy błąd. Zakrzyczano słowa, podważono autorytet, przekręcono wypowiedzi, zatarto znaczenie komunikatów. Pozbawiono sensu nasze wyjście z tłumu. Poinformowano nas, że odwaga wyłuskana na to, by przerwać ciche milczenie zgody wobec rzeczy jej niegodnych była niepotrzebną stratą energii.

Zapomnieli się powstrzymać od pouczania. Nie potrafili powstrzymać frazesów wylatujących z ust za szybko. Wznieśli wrzask. Wywołali huk. Spuścili nam na głowy worki kurzu strachu. Na ramiona nałożyli potężne ciężary ich odpowiedzialności. Poczęstowali nas skutkiem swoich działań.

Każą nam być silnym. Stójcie na baczność. Nie zwracajcie uwagi na łzy płynące po policzkach. Maszerujcie. Raz. Dwa. Trzy. Trzymajcie rytm. Słuchajcie rozkazów, nie oglądajcie się na tych co zostają w tyle. Równaj do tempa. Stój! Baczność! Nie ważne są straty. Nie liczymy się z tymi, co nie dali rady. Nie mamy względu na bezpowrotnie zagubionych. Nie marnujemy czasu na tych, którzy byli za słabi. Nie chcemy w naszych szeregach bezwartościowych. Zrozumiano? Ruszać!

W tym bezwględnym tłumie nie ma nikogo, kto mógłby otrzeć łzy drugiej osobie. Przykładamy głowę do poduszki, bez nadzieji na zgubienie gnębiącego poczucia samotności. Niby wśród wielu, z pozoru nieczułych, a jednak tak samo stęsknionych obecności. Każdy z nich nalężący do skrzywdzonego, wiecznie trenowanego w obojętności tłumu żołnierzy z podziurawionymi duszami.

Wojny strachu. Bitwy okrucieństwa. Potyczki pychy. Stulecia obojętności. Tysiąclecia krótkowzroczności. Dekady wyzyskiwania. Chwile wyszarpywane komendom pokryjomu, podszyte strachem przed demaskacją. Cichi rebelianci, którzy nie godzą się. Szykują bunt. W dzień mają maski tych, z którymi przystają. W nocy werbują. Nie przekonują. Nie namawiają. Cicho wierzą i przekazują ten błysk nadziei innym. On, przejawiający się tylko iskrą we wzroku innym. Niczym więcej. Nienachalny. Dyskretny. Subtelny. Skinięcie drugiemu głową na milimetry. Teraz maszerujmy. Niby poddani władzy. Niby wykonujący rozkazy.

Chcą działać, bo mają dosyć ocierania łez samym sobie. Nie chcą czuć tylko swojej dłoni obejmującej ich własny policzek. Nie godzą się na brak. Czułości. Bliskości.

CZAS REAKCJI

Rozbudzone napięcie.
Ciężka niepewność.
Trudna zapowiedź.
Co właśnie nastąpi?
Dokąd uleci wszystko, co miało swoje miejsce?
Na ile uda się wcale nie nasz plan?

Pytania: Jak? Dlaczego? Skąd? Po co? W którym kierunku?

Nie wiesz.
Tak jak ja. Zarówno on. Wy także. Oraz my. Tak jak nikt i tak jak każdy.

Wystawmy teraz za to rachunek. Zliczmy koszty niewiedzy. Podsuńmy pod podpis zgrabnej dłoni wyłaniającej się pewnie zza pleców. Czujesz te skwitowanie uśmiechem. Przenika cię to dziwne podsumowanie rozbawieniem zagadkowością.

Obracasz się, by odnaleźć. Wzrok. Jedyny, który widzi i który rozpoznaje. Przeszywa Cię na wylot. On poznał lepiej niż ty sam. Rozgryzł każdego na miarę swoich słów i pewności jednej, spójnej oceny.

Czynisz to gwałtwownie. My nie uciekł. By nie zniknął. Nie wyparował. Nie był tylko ułudą.

Ale nie ma go. Nie dane zostało Tobie stanąć twarzą w twarz z oczami, których nie da się obrysować.

Dlaczego miałbyś być tym wyróżnionym?

Spisuj dalej swoje koszta. Nakreśl plan swojej osoby. Przygotuj się na to, co niemożliwe jest do przewidzenia. Chwyć mocno długopis. Nachyl jego konieć nad delikatną kartkę opowiadającą twoją historię. Odważ się i dotknij powierzchni zdecydowanie. Weź wdech. Zaciśnij palce na chłodzie plastiku. I przekreśl. Wszystko to, co wydaje ci się pracą twojego życia.

Bo codziennie przychodzi czas na zmiany.

Ta czujność nie powinna pozwolić ciału zasnąć. Umysł zachowuje obrazy, wyłapująć najmniejsze poruszenie. Chcesz się ostrzec za wczasu. Uniknąć zaskoczenia.

Nie. Nie wyłapiesz. Nie poznasz. Nie zauważysz, jak do ciebie zbliżyło się to, co teraz właśnie się stanie. Wszystko, co naciąga nić napięcia, samo zdecyduje kiedy przerwie strunę. A zrobi to. Błyskawicznym, zdecydowanym ruchem. Nie będzie ci dany żaden czas reakcji.

NASTAŁA STAŁOŚĆ

Wszystko zamarło.
Zapadła głucha cisza.
Słowa urwały się w połowie.
Ciała zastygły w bezruchu.
Oddechy przerwały swój czas.
Myśli zmieniły tory.
Bo wszystko okazało się niczym.
Nic okazało się wszystkim.

Każdy lęk ucichł.
Każdy niepokój zgasł.
Każda niepewność wyparowała.
Każdy bezruch wprawiony w działanie.

Niepojęte w swej nieodganioności.
Zatraszające nasze pojmowanie.
Umniejszające nasze zdolności.
Klucze do wszystkich odpowiedzi poznanych,
lub nie.
Ścieżki prowadzące do odkrycia,
meandrujące poza możliwością zdobycia.

Zastój rozwijający.
Pęd cofający.
Łagodność orężem.
Brutalność stępiona.
Krzyk zagłuszony.
Cisza podniesiona.

Wywyższenie w uniesieniu.
Podkopanie w uniżeniu.

Możliwości wyboru.
Prawa zmiany.
Wyostrzenie widzenia.
Czulsza wrażliwość.
Pewniejszy dotyk.
Bardziej rozmyte rozeznanie.

Nie można inaczej.
Nie ma innego dlaczego.
Nieosiągalne na co dzień.
Ukryte głęboko.
Piękne w swej tajemnicy.
Niepozorne w swej małości.
Kruszące ludzi muśnięciem.
Budujące nowe.
Szlifujące stare.
Odzyskujące utracone.
Przywracające nieuniknione.

Rozsiane.
Podlane.
Zżyte.
Wyryte.
Zastane.
Oddane.
Otrzymane.
Ofiarowane.

Nie ma słów.
Oczy nie sięgną.
Dłonie nie uchwycą.
Uszy nie wyłapią.
Nos nie wyczuje.
Serce dostrzeże.

Kojący szum wiatru bezruchu.
Kołyszące ramiona nieludzkiej błogości.
Uciszające nieświadomości niepoznania.

Wyszło poza miarkowane.
Przyniosło coś nie do udźwignięcia.
Zarządziło wszystko stare.
Zażądało każdego naturalnego.

Głos nie zdał testu.
Łzy nie oddały emocji.
Umysł nie pojął.

A jednak zamarło.
I ożyło.
Zgasło.
I wybuchło.
Zburzyło.
Ale naprawiło.

Wniosło powyżej.
Umiało się unieść.
Kilka milimetrów ponad.

Stało się to dzisiaj.
Jak również wczoraj.
Tak samo i jutro.
W tym momencie, co przeminął.
W sekundzie, która ma nadejść.
W chwili przemijającej.
Nastała stałość.

ZACHŁYSNĄĆ SIĘ DELIKATNOŚCIĄ

Są takie chwile. Nieskażone żadną gwałtownością. Rozdzierające przykre emocje swoją delikatnością i nienachalnością. Budzące najbardziej zaniedbywane nadzieje.

Zdarzają się czasem takie momenty, gdy znaczące ślady łez wrażliwości zostają wytarte korytarzami nurtem wolno płynącego czasu. Jak, jakkolwiek, opisać coś, cokolwiek, bez żadnego zrywu? Postępującego tak płynnie? Sunącego z taką gracją? Nucącego tak melodyjną pieśń? Grającą po tych najczulszych strunach świadomości? Szukającą słów niedorzecznych, nieużywanych czy nietuzinkowych, zagubionych w świecie szortkim i chropowatym.

Te momenty są dotykiem. Dotyk jest taką chwilą. Delikatność jest dotykiem. Dotyk jest subtelnością.

To jest po prostu oddanie. Oswojenie. Odnalezienie bliskości i głębi trudu zbliżania. Smakowanie owoców szczerości bycia. Muskania oddechu istoty. Płonące ukojenie. Zawodząca tęsknota. Zapomniana wiara.

Urwanie i przedłużenie chwili i historii. Podział oraz unifikacja jedności oraz szczątków. Akceptacja jak również pogarda niedoskonałości wraz z ideałem. To wszystko tka półprzezroczysty jedwab, mogący okrywać wstydliwą nagość i mający siłę zdzierać pancerze otulające szorstkość strachu.

Materiał, który unosi się kilka centymetrów ponad powierzchnią skóry czeka na pozwolenie. Za zgodą przesunie się milimetr bliżej. Po podjęciu kolejnej decyzji podjedzie kolejny krok w naszym kierunku. Jeśli zburzy się kolejny mur oporu prawie zapuka do drzwi. Gdy zaakceptujemy ryzyko, te nie do uniknięcia, przekroczy próg i finalnie otuli. Kruchość. Twoją.

Przebiegnie niespiesznie, w całkowitej wolności, pod dyktaturą wyłącznie swobodny, po Twoim ciele. Szarpnie za wszystkie komórki nerwowe, oczyszczając połączenia między nimi. Ukoi rozdygotane serce, wybijając żwawszy rytm marszu. Potwierdzi Twoje obawy, wylewając balsam spokoju. Przypomni jak to jest skryć się bezpiecznie w ramionach, które nie są niczym pewnym.

Czy otworzy serce? Pozwoli Ci zadecydować. Obok wytrwa. Cienie Twoich obaw muskać będzie, a światło zagubione odnajdzie. Mrok rozświetlić może, za drzwi Twojego domu każde „ale” i wszystkie „to się nie uda” wymieść jest w stanie.

Odetchnij świeżością. Zachłyśnij pięknem. Oczaruj wybaczeniem. Pokochaj ulgę. Nie odrzucaj.

ZBYT WIELE

Obecne czasy? Moje pokolenie? Jacy jesteśmy? Co nas cechuje? Czym jest nasza codzienność? Jakie znaki wyczytasz z naszych twarzy? Wydaje mi się, że może rzucić Ci się w oczy pewien frazes : to zbyt wiele.

Bo wierzymy, że to zbyt wiele, by przyznać się do słabości. To za dużo, by opowiedzieć o swojej chwili smutku, nawiązać do jakiegoś momentu zwątpienia, potwierdzić przypuszczenia o niedostatecznym zapasie sił. Przytłacza nas własna niechęć i zrezygnowanie, uczucie o niezdefiniowanym źródle, niepokój otulający nas tak często do snu. Przybijają nas pytania, z którymi mierzymy się, przyglądając się pędzącemu światu. Rzeczywistości, która wydaje się nasza, ale tak, na prawdę, w ogóle nas nie chce przyjąć. Która nie pozwala nam się wpasować.

Patrzymy na tę codzienność z boku. Chłodno kalkulujemy. Trzeźwo miarkujemy. Bo dla nas to zbyt wiele, by pozwolić sobie pokazywać emocje. By obdarzać ludzi szczerym uśmiechem. By bezinteresownie ofiarowywać komuś ciepły uścisk dłoni. By bez namysłu i bez głupich barier przytulać kogoś. Myślimy, że to nie jest właściwe, że to nie jest słuszne i że tak nie wypada. Dzieje się tak, bo patrzymy na to wszystko i, po chwili zastanowienia, dochodzimy do brutalnego wniosku, że codzienność nie obdarza nas, sama z siebie, takimi drobnymi, ale jakże ważnymi, gestami. Wierzymy, że na wszystko materialne, dające pewne rezultate, mające odbicie w natychmiastowych nagrodach warto i w sumie trzeba zapracować. Za to na takie efemeryczne chwile, jak podbudowanie się ciepłem i doświadczenie tej dziwnej dobroci od ludzi, nie warto poświęcać sił. Nie warto tego szukać. Uczą nas, że nie należy skupiać się na tym, co nie da pewnej korzyści. Wtłaczają w nas to, że ludzie nie są dobrą inwestycją. Sami się na dodatek w tym utwierdzamy, zatapiając się w zawodach, żalu i rozpamiętywaniu.

Te podejście wydaje się jedynym słusznym po doświadczeniu rozpadu więzów rodziny. Wyżarta w sercu dziura powoduje, że to zbyt wiele, by wierzyć w istnienie miłości. Niekończące się awantury, mnożacę się wykładniczo kłótnie, nagłe rozstania. A później? Skupienie się na sobie i próba poskładania swojego życia na nowo. To wszystko zostawia bezbronne dziecko z wielkim poczuciem braku. Zostaje mu wyrwane z rąk ciepło domu. Rotrzaskuje się w drobny pił idea dawania siebie komuś. Porzucony, zapodziany z ciążacą mu beznadzieją i złością, niezrozumieniem i rozpaczą. Przecież to oczywiste, że to jest zbyt ciężkie, by drobne, malutkie ciałko, z tak wielkim sercem, mogło to udźwignąć. Wszelakie emocje zostają stłumione przez wieczny smutek i tęsknotę.

To zdecydowanie zbyt wiele, by prosić rodziców o miłość. Za dużo, by błagać ich o umiejętność kochania siebie. Nadzieja na walkę o siebie i o ich dzieci leży poza zasięgiem pojęcia i życzeń.

Dlatego wolimy pracować tylko na siebie i pod siebie, od samego początku.

Jednak wracanie do pustego domu, spotykanie za drzwiami swojego azylu jedynie pustej, obcej przestrzeni jest przerażające. Bo to zbyt wiele, by przyznać się do tego, że samotność rzuca nas na kolana. Że pozbawia nas skutecznie tchu i bezwględnie przyciskac do ziemi. Nie wierzymy w miłość, ale tak na prawdę w duchu ciągle o nią błagamy. Nie chcemy i nie umiemy kochać, ale wydaje nam się czymś naturalnym, oczywistym przytulenie do kogoś w chwilach, gdy nie ma się już sił, by ocierać łzy kapiące na zimną podłogę.

Z tego powodu zbyt wiele kosztuje nas odmawianie sztucznym substytutom miłości. Wszystkiemu mającemu na chwilę zapełnić pustkę w sercu. Zajęciom, które skutecznie odciągają uwagę. Mediom i portalom, w których na sekundę wchodzimy w myśli i spojrzenie kogoś innego. Filmom, które na chwilę pozwalają nam się oddać emocjom. Serialom, które zapraszają nas w miejsce alternatywne, życie ciekawsze i bogatsze w kolory, postacie, relacje, których tak bardzo nam na co dzień brakuje. Sporcie, który budzi w nas pewność siebie i siłę. Nauce, które buduje naszą wartość i budzi w nas poczucie użyteczność wobec społeczeństwią. Pracy, która daje satysfakcję i nadaje sens czynom, gdy wypełnimy zadanie. Związkom, które tylko zostawiają większe rany w sercu i jedynie chwilowo zaspokajają potrzeby bliskości, namiętności i nie dają nic więcej, poza erotycznymi uniesieniami.

To zbyt wiele, by przyznać się do tego, że to życie nie ma smaku. Zbyt wiele, by spojrzeć sobie w twarz w lustrze i powiedzieć: jesteś pusty. Zbyt wiele, by przewertować karty, którymi rogrywasz swoją codzienność. Zbyt wiele, by odrzucić te dające nieużyteczne supermoce i by pozostać tylko z kilkoma, ale jakże ważnymi kartonikami. Zbyt wiele, by zacząć wojować w każdym dniu skromnym i małym arsenałem, ale za to takim, któremu ufasz i takim, którym chcesz walczyć. To zbyt wiele, by wyjść z tego milczącego tłumu i nauczyć się mówić o emocjach, o niepokojach, o sobie, o innych, o prawdzie na temat tego, co znaczy być człowiekiem.

Takim zbudowanym z uczuć i pragnień, nadziei i marzeń, celów i porażek.

To zbyt wiele, by przyznać się, że dar życia to dla nas często za dużo. Że szansa nawiązania długotrwałych relacji to zbyt koszmarna odpowiedzialność, która bezlitośnie będzie ciążyć na barkach. Że walka o to, co słuszne, jest zbyt trudna, dlatego nie ryzykujemy i staramy się tylko o nic nie warte rzeczy. Że żyjemy w beznadziei tego, co robimy i prosimy w głębi serca o jakieś małe, niezrozumiałe dla nas, promyki światła, które rozjaśniły by ten dzień. Że w ciszy serca wołamy o radość i uśmiech, o zabranie samotności i o możliwość bycia szczerym – wobec sobie i innych.

Czy jesteśmy gotowi, by powiedzieć: boję się samotności. Brakuje mi bliskości. Nie znoszę tej pustki w sercu. Lękam się konsekwencji swoich decyzji. Każdy mój dzień cechuje niepewność. Gubię w rozwoju tego, co mnie otacza, pędzie czasu, którego nie sposób zatrzymać. Męczy mnie to nieustannie stawanie na rozdrożach. Tęsknię. Pragnę. Proszę. Żałuję. Czuję. Płaczę. Śnię. Marzę. I najważniejsze. Kocham, chcę kochać lub proszę, o to, by ktoś nauczył mnie kochać. Siebie, innych, dzień, jutro, wczoraj, możliwość, piękno i prawdę.

KONIEC

Czy zawsze nastąpi dokładnie ten sam finał? Czy każda droga musi mieć ujście w jednym punkcie? Czy każde słowo wypowiedziane lub pomyślane wiedzie do konkretnej, jawnie zdefiniowanej wypowiedzi? Czy nad wszystkim wisi nieprzebłagalny, uciążliwy i niemożliwy do przeskoczenia determinizm?

Wydaje się, że kluczowym i zarazem najważniejszym, zagadnieniem jest to, jak należy zacząć. Wiedzieć z jaką prędkością ruszyć, co ile i jak szybko przyspieszać. Potem już powinniśmy podążać jednym torem. Jednoznacznie określonym i łatwym do ekstrapolacji. Przynajmniej tak uczy matematyka. Czy tak rzeczywiście jest?

Czy przypadkiem nie brakuje nam wiedzy, przez co nieustannie wpadamy w ślepe uliczki? Co jeśli niedokładnie zbieramy pomiary, które, zmierzone z większą uwagą, wyjaśniały by odchylenia od oczekiwanego przebiegu? Może jest tak, że nasze obliczenia i przewidywaia nie uwzględniły jakiś zmiennych i pewnych poprawek, które, zauważone, implikowały by pewne dodatkowe równania.

Naukowcy powiedzą, że to tylko wyidealizowane modele. Że rzeczywistość jest bardziej skomplikawana. Że nasz ruch jest skutkiem wielu zmiennych, których wpływu gołym okiem nie widać. Przynajmniej w ogólnym przypadku, bo jego skutki można obserwować w pewnych newralgicznych momentach. Niby ich liczba jest miary zero. Historia pokazuje, że, wbrew matematycznej logice, żadnego z nich nie można pominąć, żadnego zignorować, żadnego wykluczyć.

Bo prawda i przestrzeń mają kształty nieuchwytne dla badawczych oczu fizyków i zwinnych w liczeniu purystów matematycznych.

Oni wszyscy, jak jedno ciało, jedna mentalność, skupiają się wyłącznie na układzie. Badają fakty dokonane, rzeczy mierzalne i mogące podlegać eksperymentom. Nie patrzą na to, co było zanim wszystko ruszyło. Nie myślą o tym, co zostanie z punktu materialnego, gdy dotrze do kresu wytyczonej dla niego trasy.

Spójrzmy głębiej. Przejdźmy ślady historii naniesione do momentu, kiedy wciśnięto start. Ile znaków krzycących, żeby nie ruszano, żeby zrezygnowano z działania, kierowca zignorował? Przyjrzyjmy się także skrupulatności tych, którzy mają dbać o detale. Czy dokonano drobiazgowego przeglądu pojazdu i czy zbadano stan kierowcy? Czy wybrano najdogodniejszy ze wszystkim możliwych momentów? Czy zebrano tyle danych, by być, chociaż w sensownym stopniu, pewnym czegokolwiek i by uniknąć szukania na gwałt odpowiedzi dopiero w chwili, gdy cała, potężna machina nieodwracalnie ruszyła?

Kolejne idealizacje i oszukiwanie. Nie można wszystkich. Nie da się każdych. Nie odnajdzie się maximum. Nie zminimalizuje się niepomniejszalnych. Nieosiągalne. Poza. Nad. Pod. Za nami. Przed nami.

A my dalej ślepi. Dalej pewni. Dalej mądrzy. Dalej głupi. Dalej zatrwardziali w swoich przekonaniach.

Dla niektórych pewne przedsięwzięcia to koniec. Finisz i poddanie się. Głuchy smutek. Pozbawione nadziei oczy. Suche łzy. Puste ideały. Utracone marzenia i złamane serca.

POSTAĆ

Jesteśmy pewni siebie. Obydwoje. Stoimy wyprostowani niczym struna. Głowa pozostaje dumnie uniesiona wysoko. Z naszych twarzy nie wyczytasz nic. Jesteśmy odwieczną zagadką. Meczącą niewiadomą. Fascynującą enigmą. Przejdziemy obok ciebie jak cień, który wybije się na tle płomieni i świateł. Zachwycisz się naszą głębią. Utoniesz w naszej nieprzeniknioności.

Oczarujesz się i zarazem zawiedziesz. Będziesz próbować w, niekoniecznie naszym ale jakimś, niepojętym bycie szukać odpowiedzi. W każdym oddalającym się zbyt szybko człowieku swojej stabilizacji.

Płonie w nas ogień. Dziki. Wolny. Ujmujący. Wypełnia puste przestrzenie. Dociera w miejsca ugaszone. Ociepla oddechy oziębłych serc. Pobudza do życia wszystkich pozbawionych pragnień. Wychodzi na przeciw strachowi. Nie boi się prawdy. Nie ucieka przed atakiem. Nie chowa się za kaftanem wygodnictwa. Nie ulega wpływom. Nie godzi się na bezprawie. Nie daje satysfakcji knującym podstępy. Nie traci swojej godności. Umie znosić porażki. Przyjmuje krytykę. Uczy się pokory. Szuka wrażliwości. Pozwala zbliżyć się łzom.

Ludzie nie wiedzą skąd pochodzimy. Pytają, co podsyca ten żar. Próbują naukowo opisać zjawisko. Snują teorie i szukają dowodów, by je poprzeć. Nie potrafią przyjąć, że to wykroczy ich pojmowanie. Nie mogą się zgodzić na przymus ugięcia swojego karku pychy i przyjęcia tego, że w ich układance brakuje tak wielu puzzli.

Ze swoim towarzyszem wymieniam spojrzenie. Kiwamy sobie głową. Utwierdzamy się w naszej postawie. Dzielimy się swoją dystynkcją. Przypominamy sobie, by uważać, by przypadkiem nie utonąć i nie zgasić siebie. Dzielimy nasze niezrozumiałe zrozumienie. Potęgujemy nieświadomą świadomość. Prostujemy nieodginalne zakręty. Zapominamy o egoistycznych nas. Wyglądamy daleko przed i za siebie. Czynimy kolejny krok do przodu i cofamy się. Suniemy, latając. Skaczemy opadając. Stapiamy się z tłem, górując. Pozostajemy nierozerwalnie złączeni, działając zawsze w rozdzieleniu.

Szaleństwo. Trwoga. Pytanie. Czar.

KRAWĘDŹ

Palce u stóp nieśmiało wysuwają się milimetry poza krawędź. Plecy wyprostowane, głowa wysoka uniesiona, twarz niezwruszona. Ręce luźno opuszczone, trzymane są blisko tułowia. Jedynie zaciśnięte pięści zdradzają oznaki napięcia. Tak tam na wysokości trwa żywy posąg anioła, stąpający na co dzień po powierzchni ziemi.

Wyniósł się ponad ludzi, wspinając się na pewną monstrualną budowlę wzniesioną ich rękoma. Stoi na szczycie jednego z naszych sztampowych osiągnięć, wieżowca wysokiego aż do nieba. Dokładnie takiego, jakiego pragnęli architekci wieży Babel.

Szyby krzyczą: poradzili sobie bez Boga i bez bogów. Piętra wtórują im, oddając hołd ludzkiemu intelektowi i pomysłowości. Ściany, w swojej pysze, prężą się dumnie jako wspaniałe wizytówki potęgi człowieczeństwa. Dachy zachłyśnięte cudownością możliwości dotknięcia nieba, wynoszą ego Homo Sapiens jeszcze wyżej, niż one same mogą sięgnąć.

Ten anioł czuje pod sobą prawdziwość tego budynku. Słyszy oddech znajdujących się wewnątrz ludzi. Przygląda się szerokiej panoramie metropolii. Ma przed sobą obraz zaledwie jednego z wielu, wielu ogromnych miast. Jego obserwacji towarzyszy poczucie małości. Kusi go oddanie pokłonu człowiekowi. Nie umie przezwyciężyć tej obezwładniającej kolosalności ludzkiego dorobku.

Tak. Możemy dumnie wypiąć pierś. Wprawiliśmy anioła w podziw. Pokazaliśmy mu swoją potęgę. Zastanówmy się, czy to pora na taniec zwycięstwa? Czy nadszedł czas na kolejną dekorację medalami i wręczenie już któryś z kolei pucharów? Czy nastała znowu chwila, by postawić sobie kolejne pomniki upamiętniające jakiś chwalebny moment? Czy już, teraz należy wzywać skrybów, wykuwających na kamieniach naszych osiągnięć kolejne historie trymfów? Czy można z czystym sumieniem oddać się w błogie ręce zaspokojenia, pyszności i megalomanii?

Nasz anioł płacze. Łzy powoli skapują z jego policzków. Spadają, szalenie pikując w przestrzeń rozciągniętą pod nim. Z każdą sekundą przyspieszają. Szybko zaczynają parować. Opory ruchu zaczynają rozrywać te krople, dzieląc je na coraz mniejsze i coraz słabiej dostrzegalne cząsteczki. W końcu łzy stają się tłem. Zaczynają być jedynie częścią mieszaniny atomów i związków powietrza. Nikt o nich już nie pamięta. Jak szybko się pojawiły, tak zaskakująco bezwględnie zniknęły.

Rozpacz anioła zostaje spotegowana. Niewzruszoność ludzka wywołuje powódź łez. On wie, że każdą z nich czeka ten sam koniec, jednak nie ociera ich. Każdej pozwala spaść. Każda ma uczyć, każda ma przypomnieć, każda może uświadomić.

W nich zapisana jest historia życia każdej jednej istoty ludzkiej. Przebywasz jakąś drogę, by kiedyś tak samo zniknąć. By również stać się tłem. Identycznie rozpaść się na cząsteczki, które później będą przenikać inne materie organiczne. Te budowle, pomniki, medale, szacunki i pochwały też kiedyś ulegną degradacji. Wszystkie zwoje chlubnych zwycięstw i osiągnięć przemienią się w przerażająco marny proch. Tak jak łza, która przebywa swoją drogę, zanim zniknie i która ma dany jakiś czas, w którym będą o niej pamiętąć, tak człowiek podejmuje swoją wędrówkę i otrzymuje swoje miejsce na tym świecie na określony okres.

Dlatego na dłuższą metę wszystkie osiągnięcia, wszystkie wynalazki, wszystko, co udało nam się odkryć, każda rzecz, która została przez nas rozwinięta, udoskonalona okaże się w dalszej perspektywie czasu niczym trwałym. Niczym ważnym. Niczym wzniosłym. Niczym znaczącym.

Teraz, w XXI wieku do dyspozycji mamy broń, która może zabić każdego. Korzystamy z naszych wynalazków tak skutecznie i przemyślanie, że niedługo, przez własny wpływ na klimat i środowisko, uczynimy Ziemię miejscem, na którym życie nie będzie już więcej możliwe.

Wobec siebie stawiamy żądania tak wysokie i sami stajemy się tak głodnymi rzeczy, idei, lukusu, pomysłów, bodźców, że chyba będziemy musieli przebudować swoje ciała i przemienić się w doskonalsze od nas humanoidy, by umożliwić sobie wpasowanie się w rzeczywistość, którą sami kreślimy. Kiedyś pewnie postaramy się przełamać bariere etyczne i, programując kody genetyczne swoich dzieci, będziemy tworzyć nadludzi. Zaczniemy kombinować z hormonami, neuronami, mózgiem, tak by nie czuć więcej smutku, żalu i tęsknoty. Myślę, że nie omieszkamy powalczyć o nieśmiertelność.

Zabijemy ostatecznie próżne ideały, nieistniejące byty i bujne wyobraźnie, świat przeżyć i ułud, i sprowadzimy wszystko do religii informacji zero – jedynkowych. Zatrzymamy się na przeżyciu krótkich przeżyć i pisaniu nic nie znaczących klatek historii żyć?

Takimi właśnie ścieżkami wędrują myśli anioła.

On ciągle płacze, bo zawsze patrzy w dalszej perspektywie niż robimy to my. Jest mu przykro. On ma świadomość, że będzie umiał się uratować. On wie, że będzie mógł uciec. On, w porównaniu do nas, potrafi wnieść się ponad, rozpiąć skrzydła i odlecieć, uwolnić się od tego wszystkiego, co rozgrywa się pod nim. Za to my? Tak mocno przywiązani do przemijalności, nie umiemy pofrunąć jak on. On nie chce nas zostawić, ale będzie musiał to zrobić. Szanuje wybór, który podjęliśmy.

W taki kozi róg się wpędziliśmy.

SKAKANKA

Krzyczą do mnie tak głośno. Zasypują mnie takim gradem informacji. Zabraniają mi tak wielu rzeczy. Daję masę świetnych rad i trafionych wskazówek. Budują wysokie stosy przeróżnych wiar, dziwnych religii i ubarwionych historii. Tuszują pewne fakty, piętnują jakąś część prawdy, rozprzestrzeniają korzystne dla nich kłamstwo. Dzielą się z każdym swoim wszechwiedzeniem, wszechmożliwością oceniania, wszechobecnością umysłu, wszechpojętnością świata i wszechpojemnością wszystkiego.

Czasem czuje się przykuta do ściany. Jestem sama. Towarzyszą mi jedynie krople wody, które nieustannie, w stałych przedziałach czasu, spadają na czoło. Nie mogę ich zetrzeć. Nie mogę też się jakkolwiek przed nimi obronić. Nie wspomnę już o tym, że niemożliwe jest przysłonięcie głowy. A one? Postukują mi w twarz, i krzyczą: „myśl, ucz się, dowiaduj, pytaj”. Trochę się nade mną znęcają. Wiedzą, że nie umiem obchodzić zagadnień dookoła. Są świadome, że nie pozostawię, bez refleksji, ważnego tematu. Szczycą się wiedzą na temat mojej emocjonalności, która tak często nie pozwala mi poczęstować kogokolwiek chłodnym spojrzeniem obojętnośći. Znają mój płomień emocji. Zdają sobie sprawę z obecności w mojej głowie młyna, mielącego wszystkie fakty, nastawionego na tryb nieustającego analizowania. Śmieją się, bo prawdą jest, że nie pozbędę się wątpliwości. One o tym wszystkim wiedzą.

Gdzie odnaleźć spokój?

Nareszczie. Nadszedł wyczekiwany finał. Koniec! Mogę, w końcu! Bez wahania chwytam się tego, niczym mojej ostatniej deski ratunku. Mogę się przyznać, że z ogromnym utęsknieniem wyczekiwałam tego spotkania. W końcu wyrwę się z tych ciasnych ścian klatki. Niedbale wzięty oddech i gwałtownie zerwane z półki słuchawki. Muzyka rozbrzmiewa i zaczyna przenikać mój mały świat. Mój mikrotrening właśnie startuje.

Podskoki wybijają spokojny rytm, zgrany z melodyjnością utworów. Stan psychiczny dostraja się do harmonijnego koncertu odgłosów i dźwięków. Dopasowuję swoje przeżycia do aktualnego kierunku nurtu, naginam myśli tak, by płynęły ze mną. Ugniatam także wszystkie niedogodności do małej i zgrabnej paczuszki, którą z przyjemnością wyrzucam przez okno.

Puk, puk, puk. Buty wybijają rytm. Aktywność pobudza komórki. Płuca pobierają więcej tlenu, więc pozwalają na bardziej skoncentrowane spojrzenie i jaśniejsze myślenie. Endorfiny powoli zaczynają oddziaływać na ciało. Przychodzi rozluźnienie psychiki kosztem napięcią mięśni. Malutka i satysfakcjonują cena.

Im pewniej, im szybciej, z im większą determinacją przebijam się przez kolejne etapy skakania, tym więcej zostawiam za sobą.

Trafiłam do dziwnego świata samych mądrych ludzi. Pełnego wielu błyskotliwych idei i mającego za cel zrozumienie wszystkiego i wszystkich. Chyba trochę tam nie pasuję. Nigdy nie byłam „mózgiem”. Za to zawsze kochałam sport. Był dla mnie cudownym ukojeniem i jedną z większych, szczerszych radości. Teraz trochę się zmieniło. Chyba trzeba w końcu dorosnąć. Prawdopodobnie należy porzucić niektóre przyjemności na rzecz poważnych obowiązków.

Stuk, stuk, stuk. Ale teraz oddam się tej mojej ulotnej chwilii. Zanurzę się w tę, tak mi bliską i tak mi znaną, przestrzeń pełną emocji i uczuć. Pozwolę sobie pomarzyć. Dam sobie szansę pokolorować rzeczywistość, choć na chwilę, według własnego widzimisię. Wejdę, cała, w świat bajek, kompletnie ludzkich magicznych stworów i pięknych, szczerych usmiechów, które nakreślą przyszłe historie pokoleń.

Hop, hop, hop. Ostatnie nuty. Ostatni oddech. Ostatni okruch spokoju. Przemija te trzydzieści minut, wyłuskane z kolejnej doby i przeznaczone tylko dla mnie. Pora wrócić do żywych i poważnych, mądrych i pewnych siebie, skonkretyzowanych i zmotywowanych, niepoddających się i chcących rządzić tym światem. Czas założyć kamuflaż, uśmiechnąć się szeroko. Znowu zacząć udawać, że dobrze rozumiem tych ludzi, że podzielam ich spojrzenie na świat, że pasuję do miejsca, gdzie stoję. Będę dalej stwarzać pozory, że jestem jak perfekcyjnie skrojony puzzel. Nie zdradzę im tego, że jedynie jeszcze szukam właściwego obrazka, w który będę mogła zostać włożona. Ten, przy którym teraz stoję, jest namalowany w zupełnie innych barwach, niż wskazuje na to mój strój. Ale reszta chyba tego nie dostrzega. Niech tak zostanie.

Moja tajemnica jest bezpieczna ; )